I stało się. Uznana ongiś za najlepszą polską dziennikarkę przez samego nadredaktora Michnika Monika Olejnik (z domu, bo po byłym mężu Wasowska) tym razem przejechała się po redaktorze Stanisławie Janeckim.* Publicyście wSieci dostało się, bo odważył się wykpić bieżącą PO-litykę Ewy Kopacz (z domu Lis).

A wszystko dlatego, że zdaniem redaktora wSieci:

Sikorski, Rostowski czy Sienkiewicz mają swoje oczywiste wady, czasem wielkie, ale przynajmniej wiadomo, o czym mówią. Wiadomo, że się na czymś znają i kiedy nie występują na partyjnych wiecach, gdzie często wyłączali rozsądek, komunikują jakąś treść i rozumieją jakieś procesy, nawet gdy w politycznym interesie je karykaturują. Kiedy się słucha nowo-starej gwiazdy PO Joanny Muchy nie sposób tego stwierdzić, nawet mając ocean dobrej woli. To jest mniej więcej taki proces, jak w telewizyjnych teleturniejach. W tych klasycznych typu „Wielka gra”, „Jeden z dziesięciu” czy „Milionerzy” chodziło jednak o jakąś wiedzę, w tych nowych, typu „Postaw na milion” chodzi o to, żeby nic nie wiedzieć i po prostu „strzelać”, co może każdy. Infantylizacja polityczna postępuje mniej więcej tak jak obniża się poziom teleturniejów, a na końcu jest zasada: „wystarczy być”. http://wpolityce.pl/polityka/257092-sikorski-rostowski-i-sienkiewicz-mogli-wkurzac-ale-byli-kims-teraz-nadciagaja-ludzie-pokroju-muchy-i-tomczyka

Nowy wizerunek Ewy KopaczTo boli MO, która próbuje wmówić potencjalnemu elektoratowi, że Ewa Lis (primo voto Kopacz) szykuje kolejny „żont” fachowców. Bo Joanna Mucha to wcale nie jest, jak się powszechnie uważa, peowska  wersja Magdy Ogórek, ale jest to… doktor ekonomii! Jednym słowem profesjonalistka. Kompetentna, że klękajcie Narody…

W rządzie Tuska widocznie przez niedopatrzenie ministrem finansów był li tylko licencjusz Rostowski. Takie coś nieco wyżej, niż technik, i sporo niżej od magistra.

Pewnie wg MO diament w postaci Muchy oczekiwał na moment, kiedy jej głęboka wiedza będzie musiała być wykorzystana. Tyle, że nie było takiej potrzeby, bo dzięki staraniom duetu Tusk – Rostowski żyliśmy na zielonej wyspie. Jak w jakimś bantustanie…

Teraz, o zgrozo, nowy prezydent i szykujący się jesienią nowy rząd może spowodować, że w końcu zejdziemy z drzewa i przyjmiemy postawę wyprostowaną. Stając wreszcie na ziemi.

To najwyraźniej nie w smak MO, a raczej grupie, którą ona medialnie reprezentuje. Dlatego więc tak nachalnie lansowana jest doktor „Dżoana” Mucha – ma stanowić dowód na to, jak licznym i fachowym zapleczem dysponuje PO. Dzisiaj od sportu, jutro od finansów, pojutrze sięgnie po zdrowie? To najwidoczniej taki współczesny bareizm.

Kim z zawodu jest „Dżoana’?

„Dżoana” z zawodu jest ministrem.

A artykuł Janeckiego uwiera. Bo przecież trudno odmówić racji tej konkluzji:

Wydaje się, że przyczyna główna infantylizacji polityki tkwi w zastępowaniu dyskursu widowiskiem. Bo dyskurs zakłada wiedzę, techniki, umiejętności, kwalifikacje, czyli coś, co jest pracochłonne i wymaga jakiegoś poziomu inteligencji, a niekoniecznie gwarantuje efekt. Natomiast w widowisku najważniejsze są wrażenia, czyli można pokazać każdego naturszczyka, amatora czy ignoranta, byleby wywoływał on jakieś emocje. Ma się uśmiechać i być pewny swego, choćby ta pewność dotyczyła kompletnych niedorzeczności, mitów, bajd czy bzdur. Bazuje to na zjawisku percepcji najprostszych przekazów, gdzie nieważna jest treść, sens i struktura, a jedynie forma wywołująca jakieś asocjacje, czyli po prostu obecność. Najlepiej objawiająca się na tak elementarnym poziomie, na jakim działają tzw. emotikony. W przekazie politycznym dochodzi do tego jeszcze identyfikacja ze swoimi (czyli jeden z mechanizmów socjalizacji), która najczęściej jest nieracjonalna.

„Nasi” mogą być kompletnymi głupcami czy naiwniakami, ale to nasi i ich akceptujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza. (ibid.)

Kłamacz Ewa prosi o popracie i obiecuje wziąć się do pracyMO pamięta te czasy, kiedy gazeta wyborcza była nie tylko czytana, ale i cytowana w środowisku ludzi myślących, że stanowią klasę średnią, albo też się nią lada moment staną. I poza teoriami organu nadredaktora byli nieprzemakalni dla innych idei. Te czasy jednak minęły. Zarówno Michnik, jak i MO, stali się synonimem obciachu dla młodszych, a dla starszych nową wersją Ireny Falskiej, Grzegorza Woźniaka, Marka Barańskiego, Marka Tumanowicza, czy Barbary Grad.

Dzisiaj to MO pełni niechlubną rolę czołowej propagandzistki reżimu. Reżimu, który okazuje się po prostu głupi, czego dobitnym dowodem było zachowanie Komorowskiego pomiędzy I a II turą wyborów. A teraz nagła aktywność ustawodawcza całego już ugrupowania.

Stanisław Janecki najpewniej rozjuszył „Stokrotkę” kończącą artykuł konkluzją:

Obecny poziom infantylizacji władzy PO-PSL może się okazać niczym, wobec tego, co nas czeka w końcówce kampanii, czyli we wrześniu i części października 2015 r. Prawdziwy zalew głupoty dopiero nas czeka. (ibid.)

W rozpoczynającym się festiwalu durniów Monika Olejnik będzie grała pierwsze skrzypce. Bo ONI przez osiem lat przywykli uważać nas za głupców, więc narracja będzie dostosowana do ich wyobrażenia o Narodzie.

 

________________________________________

*) Prawicowa tęsknota za „hołotą”, Monika Olejnik, gazeta wyborcza z 28 czerwca 2015 r., str. 4