Mam ochotę napisać cykl pt. „Oni przyszli po roku 1990”, ale i tak się już wystarczająco naraziłem wszystkim. Poza tym to by i tak nic nie zmieniło. W cyklu tym byłyby takie mniej więcej historyjki.

Rzecz miała miejsce na dwa lata przed moją emeryturą. Agencją rządzili ludzie, których wypromował AWS, tolerowało SLD, niektórymi zachwycił się PiS, a intronizowała ich PO. Mieli dobre życiorysy z przynależnością do podziemnych organizacji w okresie PRL włącznie. Znałem ich od wielu lat. Pracowałem z nimi i nie poznawałem ich, ale to najmniej ważne.

Pewnego dnia w 2009 roku pod jedną z naszych wschodnich placówek pojawił się major miejscowej armii i przekazał tajne dokumenty. Typowy oferent. Szef placówki nie mógł znaleźć nikogo od nas, co nie było dziwne, ponieważ ówczesna wspólna polityka AW i MSZ polegała na likwidowaniu miejsc przykryć dla naszych oficerów, więc ów szef zapakował wszystko i szybko przyjechał do kraju. Rozmawiałem z nim. Dokumenty trafiły w moje ręce. Nie będę Państwa zanudzał czynnościami i analizą całości. Ograniczę się do wniosku, że zarówno sposób przekazania dokumentów, jak i one same świadczyły, iż oferent został podstawiony. Kopertę A4 przekazał na pustej ulicy, w momencie, gdy placówka już była nie czynna i nie mógł skryć się w tłumie, a w dodatku trzymał ją tak, by została zauważona przez punkt zakryty tamtejszego kontrwywiadu oraz milicjantów w budce koło placówki (widać to było wyraźnie w kamerach). Dokumenty też były spreparowane. Oznaczone klauzulą tajności, z pieczątkami, nazwiskami oraz opisem ćwiczeń wojskowych. Oczywiście, sprawdziłem co w nich jest tajne. Co prawda, odpowiednie biuro AW stwierdziło, że nie ma nic autentycznego do porównania, ale „muszą być tajne skoro jest pieczątka i klauzula” (poważnie!). Poszukałem i okazało się, że wszystkie nazwiska są znane z miejscowej prasy i można znaleźć je w internecie wraz z funkcjami oraz stopniami, a o zadaniach dla ćwiczących wojsk, brzmiących mniej więcej tak: „w ćwiczeniach wezmą udział oddziały artylerii i piechoty, które będą ćwiczyć transportowanie i łączność”, przeczytałem nawet w prasie zachodniej (były to dość znane manewry wojskowe). Wniosek jeden: nic tajnego, oferent jest podstawiony. W dodatku, zaproponował spotkanie za miesiąc, po uzgodnieniu telefonicznym – mieliśmy zadzwonić na podany przez niego numer komórki (operator miejscowy) – w miejscy, którego żaden z turystów nigdy nie odwiedzał. taki mały placyk w typowym socjalistycznym blokowisku. Sprawa ewidentna, a ja uznałem to, za jakieś ćwiczenia tamtejszej szkoły kontrwywiadu lub wywiadu. Oczywiście, zgodnie z zasadą żadnej oferty nie powinno się odrzucać od razu. Zaproponowałem, by zadzwonić do niego i wyciągnąć go do miasta w Polsce, niezbyt daleko od granicy. Wątpiłem, by miejscowi na to poszli, ale skoro chcą ćwiczeń, to będą je mieli. Obstawimy hotel, miasto i zobaczymy co będzie nic nie ryzykując. Opisałem to wszystko, napisałem plan działań i…zabrano mi sprawę, którą przekazano do specjalnego, utworzonego dopiero co wydziału do takich spraw, prowadzonego przez osobę z właściwym życiorysem. Potem dowiedziałem się, że ówczesne kierownictwo poleciło zrobić tak,jak chciał oferent. Zadzwonili do niego, umówili się w wyznaczonym przez niego miejscu, które „obstawili’. Wysłali kilka osób z supertajnego wydziału, na „lewych” paszportach (niezabezpieczonych), w dwóch samochodach cywilnych z rejestracjami podobnej wartości, co paszporty. Przy wjeździe, miejscowi pogranicznicy zachowywali jeszcze powagę, kserując każdy dokument dokładnie (wiz nie trzeba było, bo to mały ruch graniczny). nasi ludzie pojechali, rozstawili się na placyku i czekali kilka godzin. Byli wściekli, bo pojawiało się tam wielu takich jak oni „turystów” z aparatami, którzy obfotografowali ich dokładnie. Na placyku nie było nawet knajpy lub sklepu, by się schować, co wcześniej sam sprawdziłem w Google Maps. Nie było też tam samochodów z polską rejestracją, poza ich samochodami. Nikt z „obcych” po prostu tam nie jeździł, bo nie było po co. Potem wrócili. Miejscowi pogranicznicy tym razem nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Cała akcja miała służyć sfotografowaniu oferenta, sprawdzeniu czy jest autentyczny (sic!) i jego identyfikacji (na podstawie zdjęcia). Nie będę znęcał się nad tymi „założeniami”. Niestety, chłopaki po powrocie napisali „wściekłe” raporty, gdzie odnieśli się do tej akcji. W rezultacie dostali nagany, kilku musiało odejść, a wobec wszystkich zatwierdzający „akcję” wszczął postępowanie dyscyplinarne za „doprowadzenie do dekonspiracji działań i oficerów”. To prawda! W rezultacie, przeciwnik dokładnie rozpoznał członków mocno zakonspirowanego, dobrze wyszkolonego supertajnego zespołu.

Było jeszcze kilka podobnych historii. Po jednej, pewien młody człowiek napisał raport o popełnieniu przestępstwa przez kierownictwo. I co? Zabrali mu dopuszczenie do tajemnicy i wywalili go, chociaż też miał dobry życiorys. Oni jednak mieli lepszy i dlatego są fachowcami, a ja „głupim esbekiem”.

Nie dziwcie się, Państwo, niektórym sformułowaniom, ale tak jest zawsze, gdy oceny opiera się na generalizacji.