Operacja kryptonim „Holub”. (III Rozdział) Nowa książka płk. Piotra Wrońskiego w sieci

//Operacja kryptonim „Holub”. (III Rozdział) Nowa książka płk. Piotra Wrońskiego w sieci

Operacja kryptonim „Holub”. (III Rozdział) Nowa książka płk. Piotra Wrońskiego w sieci

Jest trzeci rozdział „Holuba”. Proszę o ocenę i sugestie. Kogo w końcu mam zabić? Kurde! Nie mogę przestać pisać kolejnego rozdziału!

Sprawa kryptonim „Holub” to dla mnie książka eksperyment. Pisze ją na bieżąco i sam nie wiem, co będzie w następnym odcinku. To, pojawia się dopiero około czwartku. Chcę pokazać zarówno zimne i wyrachowane działanie służb specjalnych, dla których człowiek, to tylko narzędzie, jak i skontrastować to z emocjami jednostek ubabranych w instytucjonalną rzeczywistość. Moi bohaterowie, oboje, są skrzywieni i to widać. Kontrast czysto ludzkiej miłości z zimnym światem, gdzie jakiekolwiek uczucia są irracjonalne ma stworzyć swoistą schizofrenię, której ulegnie Yveta i Piotr. Nie wiem jeszcze jak skończy się to wszystko, ale raczej nie happy endem. Sceny operacyjne mieszam ze scenami wprost z „Harlequina”. Dlaczego nie? Oprócz tego spodziewajcie brutalności nawet w uczuciach. Oni żyja w bardzo brutalnym świecie, w którym by przetrwać muszą stłumić własną wrażliwość i delikatność.

Chcę też wykorzystać opisy sytuacji operacyjnych w celu ilustracji ich uczuć do siebie, rozwoju tych uczuć przy jednoczesnej ostrożności. W końcu co jest na świecie najważniejsze? Czy być Człowiekiem, czy tylko automatem? Może nie odpowiem wprost i może to będzie wynikać z książki.

OPERACJA KRYPTONIM „HOLUB

Rozdział 3

            Jeśli chociaż przez sekundę spodziewałem się namiętnej randki w pociągu, to nadzieja ta musiała spoczywać gdzieś na samym dnie. Może i przytrzymaliśmy swoje dłonie dłużej, ale rozmawialiśmy bardzo oficjalnie. Chralova dała mi bilet, a gdy nadjechał pociąg pożegnaliśmy się do rana i poszliśmy do swoich przedziałów. Po drodze na peron wszedłem do supermarketu w przejściu podziemnym „pod Mariottem”. Yveta poszła ze mną. Kupiła sobie sok pomarańczowy. Ja wziąłem „Luksusową”, „Colę”, dwie paczki „Marlboro” i plastikowe kubki.

– Jednego nie sprzedają. – powiedziałem do Chralovej, patrzącej na mnie uważnie i dość zimno.

– To nie jest długa podróż. – zauważyła w odpowiedzi.

– Dlatego kupiłem tylko pół litra. – spojrzałem jej prosto w oczy.

Nie powiedziała już nic, tylko uśmiechnęła się dziwnie: oficjalnie z cieniem smutku. Poszliśmy na peron.

W przedziale byłem sam. Ruszyliśmy. Konduktor przyniósł kawę. Dlaczego oni zawsze przynoszą kawę? Nawet, gdy jedzie się w nocy? Nigdy nie usiłowałem zrozumieć PKP. Otworzyłem butelkę i nalałem sobie połowę plastikowego kubeczka. Chciałem wypić od razu, ale coś mnie powstrzymywało. „Nie cierpię pić z plastiku!” – pomyślałem i ta myśl nie chciała opuścić świadomości. Dolałem „Coli” i wypiłem łyka. Nie smakował mi ten „mazut”. Zapaliłem papierosa, potem następnego i następnego. Koło drugiej w nocy otworzyłem kolejną paczkę. Nie myślałem o niczym. Przez chwilę zastanawiałem się, co robi Yveta, ale szybko przestałem i włączyłem „discmana”. „Dazed and confused” uspokoiło mnie. Dopiłem resztę z kubeczka i zasnąłem na chwilkę.

Obudziłem się po dwóch godzinach. Poszedłem do toalety, a po drodze zamówiłem u konduktora kawę. Otworzyłem okno. Świeże powietrze pomieszało się z dymem papierosów. Usiadłem i spokojnie piłem kawę. Około siódmej usłyszałem pukanie do drzwi. „Proszę!” – krzyknąłem i do przedziału weszła Yveta.

– Dojeżdżamy. – powiedziała – Na dworcu będzie czekał na nas kierowca. Pan pojedzie do hotelu, a ja do siebie. Około pierwszej ten sam kierowca przyjedzie po pana i przywiezie do nas. – mówiła i patrzyła na ledwo napoczętą butelkę.

– Dziękuję PANI za informację. – zaakcentowałem „pani” – Dostosuję się na pewno.

– Nie dziw się Piotrze. – zauważyła ironię w moim głosie – Musimy…

– Nie dziwię się. Jesteśmy przecież w pracy. – uśmiechnąłem się do niej – Dlaczego jesteś taka zdenerwowana? Sprawa to tylko sprawa. Wyjdzie.

– Dla mnie to nie tylko sprawa. – odpowiedziała – U nas jest inaczej niż u was. Wy nie jesteście tak… – szukała słowa – okrutni. Nie chodzi tylko o moją karierę.

– Spokojnie. – nie drążyłem dalej i zmieniłem temat – W jakim języku rozmawiamy?

– Ty mów po polsku. – rozluźniła się – Nasz szef zresztą zna polski. Idę po walizkę i spotkamy się na peronie.

– Jutro pokażesz mi Pragę. – powiedziałem, gdy wstała i była już w drzwiach w przedziału.

– Nie sądzę, by było to możliwe. Jest pan w pracy. I ja też.

– Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Yvetko. – uśmiechnąłem się z udawaną wyższością.

– Nie smakowało? – zapytała złośliwie, wskazując na prawie pełną butelkę i wyszła z przedziału.

Spakowałem się, zapaliłem jeszcze jednego papierosa i pociąg wjechał na praski dworzec. Na peronie podszedłem do Yvety, która wysiadła innym wyjściem na końcu wagonu. Po chwili pojawił się przy nas młody mężczyzna w garniturze. „To jest Vasek. Kierowca naszego szefa. Będzie też woził pana.” – przedstawiła nas Chralova. Przywitaliśmy się, Vasek wziął walizkę Yvety i poszliśmy przez dworzec na ulicę o dźwięcznej nazwie „Wilsonova”. Wsiedliśmy do szarego „Passata”.

– Ma pan pokój w hotelu „Savoy”. To bardzo dobry hotel i w bardzo dobrej dzielnicy. Rozmowy odbędziemy w naszej willi. Miał pan rację, pisząc, że musimy ograniczyć liczbę osób znających sprawę, a więc i pana. – powiedziała Yveta, odwracając się do mnie z pierwszego siedzenia.

– Słusznie. – potwierdziłem.

Jechaliśmy dalej w milczeniu. Przez okno obserwowałem ruch na ulicach, ludzi, samochody. Normalne, zwykłe miasto. Zapędzone. Nowoczesność, komunistyczne koszmarki ozdobione obecnie zachodnimi reklamami, pomieszane z przedwojennymi kamienicami. Niektóre odnowione, niektóre nie. Przez chwilę poczułem się jak w Warszawie.

Hotel „Savoy” znajdował się w starej kamienicy na Hradczanach przy ul. Keplerova. Vasek wyszedł ze mną, wziął mój paszport i podszedł do recepcji. Po chwili wrócił z kluczem i dokumentem. Oddał mi wszystko. Pożegnał się i wyszedł z hotelu. Całkowicie bez słowa. Stałem, nie wiedząc, czy śmiać się, czy wściekać. W końcu przeszedłem przez lobby i wsiadłem do windy za recepcją. „Pokój 211 to chyba drugie piętro” – pomyślałem i nacisnąłem „dwójkę”. Po chwili znalazłem się na piętrze i zobaczyłem numer 211 na wprost windy.

Pokój był duży i bardzo ładny. Przypominał apartament złożony z dwóch pomieszczeń: salonu i sypialni. W salonie był stolik, dwa fotele, komoda z telewizorem, który jako jedyny element wyposażenia nie udawał fin de siècle, albo Austro-Węgier. Włączyłem go od razu, nastawiając głos tak, by był słyszalny z zewnątrz, choć nie irytujący natężeniem. Na sypialnię składało się duże, podwójne łóżko, szafki nocne i duże szafy na ubrania. Z sypialni prowadziły drzwi do łazienki. Na szczęście miała ogromną wannę. Pokój był wyłożony żółto-złocistymi, kwiecistymi tapetami, a na podłodze leżała podobna w kolorystyce wykładzina. „Empire strikes back!” – powiedziałem do siebie i roześmiałem się głośno. Miałem jeszcze dużo czasu, więc rozpakowałem się i wykąpałem. Potem usiadłem w fotelu. Mogłem pójść na śniadanie – czekało na mnie – do hotelowej restauracji, ale nie byłem wcale głodny. Zamiast tego, usiadłem spokojnie w fotelu, koło okna wychodzącego na ul. Keplerova i zapaliłem papierosa. Na szczęście, Chralova pomyślała i wynajęła mi pokój dla palących. Chralova, albo ktoś z jej instytucji. W każdym razie bez sugestii Yvety zrobiliby inaczej. Ciekawe, co jeszcze o mnie im „zasugerowała”?

Położyłem na stoliku folder hotelu, a na nim bilet. Obok ustawiłem popielniczkę tak, by jej krawędź lekko, nachodziła na „zygzak” konduktora, który w ten sposób zaznaczył swoją kontrolę. Zostawiłem też w popielniczce palącego się papierosa – jakieś półtora centymetra – i poszedłem się ubierać. Włożyłem nową koszulę, krawat, buty i wyglądałem niczym świeżo upieczony oszust matrymonialny. Czułem się w tym stroju jak wariat, ale cóż? Noblesse oblige. Wróciłem do stolika. Papieros zgasł, zostawiając mały słupek popiołu, prowadzący z popielniczki do filtra. Zapamiętałem jego położenie. To prosta pułapka, ale nie do powtórzenia przez intruza. Było ciepło, więc nie brałem płaszcza, tylko wyszedłem z pokoju. Zamykając drzwi na klucz, w okolice klamki włożyłem malutką brązową nitkę. Wyciągnąłem ją z kapy na łóżko. Była w kolorze drzwi i ich obramowania. Wystawał tylko prawie niewidoczny koniuszek, zasłaniany przez klamkę. Gdy ktoś będzie chciał wejść może tego nie zauważyć, właściwie nie zauważy, bo pośpiech i stres często uniemożliwiają dokładność. Nitka spadnie na wykładzinę w tym samym prawie odcieniu i tylko ten, kto ją umieścił pozna różnicę. Zostawiłem telewizor włączony, nie oddałem klucza w recepcji i wyszedłem na ulicę. Po wyjściu z hotelu skręciłem w lewo, doszedłem do ulicy Pohorelec i do sklepu spożywczego. Kupiłem sobie paczkę papierosów, po czym przeszedłem na drugą stronę. Zauważyłem małą knajpkę. „Cafe Melvin”. Zamówiłem kawę i usiadłem przy oknie. Widziałem przez nie zakręt, który prowadził na ulicę Keplerova i parking naprzeciwko hotelu. Nie robiłem żadnej trasy sprawdzeniowej. Nie było sensu, ale chciałem troszkę „pobawić się” w szpiega. Nie sądziłem, by Czesi chcieli mnie kontrolować. Nic jednak nigdy w tej pracy nie jest wiadome. Po pół godzinie przeniosłem się do sąsiadującej z hotelem „Cafe Kepler”. Zamówiłem kolejną kawę i spokojnie czekałem na Vaska. Za pięć pierwsza zauważyłem „Passata” wjeżdżającego w Keplerova i parkującego pod „Savoyem”. Kierowca wyszedł z samochodu i wszedł do lobby. Gdy zniknął w hotelu, wyszedłem z kawiarni. Stanąłem obok Volksvegena. Vasek zauważył mnie po chwili. Podszedł do mnie, otworzył tylne drzwi, poczekał, aż wsiądę, po czym zamknął je szybko, obszedł samochód od tyłu i zajął miejsce za kierownicą. Wszystko, cholera, bez słowa. Ruszyliśmy. Po jakichś 30 minutach znaleźliśmy się na ulicy Ke Klimentce koło szarego domku, podobnego do naszych przedwojennych willi na Saskiej Kępie. Jakiś mężczyzna otworzył nam bramę i samochód wjechał na podwórko. Vasek znów otworzył mi drzwi i wskazał w milczeniu boczne wejście, w którym stała Chralowa,

– Witam pana ponownie w BIS. Jak mówiłam, to jeden z naszych lokali. Tu będziemy mogli bezpiecznie i spokojnie porozmawiać. – podaliśmy sobie ręce, nadzwyczaj oficjalnie z dobrze wystudiowaną uprzejmością i uśmiechem oficerów operacyjnych wszystkich służb specjalnych świata. – Chodźmy do salonu, tam czeka na nas major Stefan Bator, który prowadzić będzie „Holuba” w naszej centrali.

– Czyli rezygnujemy z tych oszołomów pansłowiańskich? – zapytałem, idąc za Yvetą poprzez hall w kierunku dużych, dwuskrzydłowych drzwi, otwartych do połowy.

– Oszołomów? Ach, tak! – zrozumiała po chwili – Rezygnujemy. Nie ma sensu dyskutować o porażkach, poza tym uznaliśmy to za legendę dla biurokracji. Chyba dlatego pan to umieścił?

Uśmiechnąłem się w odpowiedzi i pomyślałem, że coś za bardzo im się spieszy, a Yveta może także nie wiedzieć, dlaczego. Wyczuwałem jej zdenerwowanie, przykrywane tą sztuczną uprzejmością.

W pokoju, koło dużego kwadratowego stołu, czekał na nas mężczyzna, blondyn, mniej więcej mojego wzrostu i chyba w podobnym wieku. Podszedł do mnie natychmiast.

– To jest Stefan Bator. Piotr Wilamowski z polskiego kontrwywiadu. – przedstawiła nas Yveta.

– Major Stefan Bator. – powtórzył mężczyzna, podając mi rękę.

– Piotr Wilamowski. Też major. – powiedziałem odwzajemniając uścisk. Starałem się pozbawić swój głos odcieni ironii, ale Chralova musiała to zauważyć, gdyż rzuciła mi błyskawiczne, kpiące spojrzenie. Znała polski i mogła rozpoznawać niuanse semantycznie.

– Czekamy jeszcze na szefa. Będzie za jakieś pół godziny. Może kawy? – zaproponował Bator. Przeszedł na angielski

– Dziękuję, z przyjemnością. – westchnąłem, widząc, jak Czech nalewa mi kolejną kawę.

– Jestem kierownikiem na kierunku rosyjskim. – powiedział, podając mi filiżankę. – nadzoruję obiekt i dyplomatów. Mam nadzieję, że coś wymyślimy razem.

– A ja mam nadzieję, że się nam uda. – odpowiedziałem – Wymyśleć jest łatwo, ale zrealizować? – zawiesiłem głos. – Skończmy z tą angielszczyzną. Ostatecznie jesteśmy Słowianami i rozumiemy się trochę. Poza tym pani Chralova pomoże.

Roześmieliśmy się obaj i przez następne pół godziny rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Bator mówił o pułapkach językowych, ja o niebezpieczeństwach udawania znajomości czeskiego i polskiego. Gadaliśmy, śmieliśmy się. Nasz polski wydawał im się miejscami tak samo śmieszny, jak nam czeski. Yveta trochę tłumaczyła. Gdy nie mogliśmy się ze Stefanem zrozumieć, to wtrącaliśmy słowa angielskie, a nawet rosyjskie. W pewnej chwili moi rozmówcy spoważnieli. Wszyscy usłyszeliśmy dźwięk samochodu wjeżdżającego na podwórko. Czesi odstawili filiżanki i prawie stanęli na baczność. Odwróciłem się spokojnie. W drzwiach salonu pokazał się starszy mężczyzna, siwy, już dobrze po „sześćdziesiątce”, szczupły, ubrany w granatowy garnitur, koszulę w delikatne paski i granatowy krawat. Yveta zameldowała się mu po czesku.

– To jest major Piotr Wilamowski, nasz gość z polskiego kontrwywiadu, a to jest pułkownik Vaclav Chral, szef BIS i naszego kontrwywiadu zarazem. – przedstawiła nas po polsku.

– Znam dobrze polski. Pochodzę z Czeskiego Cieszyna. – powiedział Chral, przy powitaniu.

– Vaclav Chral? – olśniło mnie i wprawiło we wściekłość to, że nie sprawdziłem wcześniej.

– Tak! A cóż w tym dziwnego? – spojrzał na mnie uważnie.

– Nic. – odpowiedziałem – Habent sua fata libelli. – Kątem oka zauważyłem przerażenie w oczach Yvety i zaskoczenie w twarzy Batora. Pewnie nikt u nich tak nie rozmawiał z szefami.

– Oj, mają, mają! – roześmiał się Chral.

– Należy pan do „świętej Trójcy” czeskiej. Hrabal, Havel i pan. – widziałem, że sprawiło mu to przyjemność. – W latach osiemdziesiątych czytałem pana opowiadania.

– Wyszły to w Polsce? Cenzura przepuściła?

– Nie! – zaśmiałem się – Zakładam, że poinformowano pana kim jestem i co robiłem przed dziewięćdziesiątym rokiem. Na ogół czytałem to, co przemycałem. Poza tym lubię czeską literaturę. I uwielbiam Haszka i Capka.

– Wiem! Yveta mówiła mi o pana zainteresowaniach literackich.

– I pewnie o mnie w ogóle. – zauważyłem, spojrzałem na Chralovą, która poczerwieniała na chwilkę i dokończyłem po angielsku – So, let’s stop chatting and start our business. That’s could be a piece of good literaturę as well.

– I hope so! – podsumował Chral i wszyscy usiedliśmy przy stole.

Przez następną godzinę dyskutowaliśmy o celu i realizacji sprawy. Powtórzyłem wszystko to, co wcześniej ustaliłem w Warszawie i napisałem w raporcie. Uzgodniliśmy, że potrzebuję około dwóch miesięcy na przygotowanie odpowiedniego źródła. O wszystkim będę bezpośrednio informował Chralovą, a ona będzie mi przekazywała oceny i potrzeby BIS.

– Proszę państwa, – mówiłem – z waszych słów wynika, że Rosjanie interesują się kontaktami w przemyśle zbrojeniowym. Przygotuję więc, odpowiednie źródło, ale od was potrzebuję również kilku informacji.

– Jakich? – spytał Chral.

– Może zrobimy przerwę na jakąś kawę, albo cokolwiek? – zaproponowałem – O wiele więcej załatwia się w kuluarach niż na konferencjach.

– Oczywiście! – roześmiał się szef BIS i podeszliśmy do bufetu.

– Stefan! – zaordynował Chral – Daj nam jakiejś śliwowicy. Trzeba uczcić naszego gościa. Do kolacji daleko, a wzmocnić się trzeba.

Bator wyjął z małego kredensu butelkę i nalał nam po kieliszku. Wypiliśmy za powodzenie naszych planów i Czech nalał znów. Tym razem postanowiłem zrobić kawał Yvecie, na którą byłem wręcz wściekły.

– Panie pułkowniku! – zacząłem – Wiem, że u was inne są stosunki z przełożonymi, ale pozwoli mi pan na bruderszaft z pańskimi pracownikami? Będziemy pracować razem przez najbliższe kilka miesięcy i nie ma co tracić czasu na te oficjalne bzdury, typu „pan pani”.

Powiedziałem to i nie czekając na zezwolenie podszedłem do Batora. „Piotr” powiedziałem, w odpowiedzi usłyszałem „Stefan” i wypiliśmy brudzia. Czech nalał mi kolejny kieliszek i podszedłem do Yvety, której twarz wyrażała wszystkie rodzaje zmiennej pogody. Od letniego lenistwa do gradobicia.

– Oficer tej służby musi być odważny. Piotr! – w odpowiedzi usłyszałem wypowiedziane przez zęby „Yveta” i skrzyżowałem z nią ramiona. Wypiliśmy, a potem ucałowaliśmy się w policzki. To znaczy udaliśmy pocałunek, bo Czeszka nie dotknęła nawet mej twarzy ustami. Zauważyłem, obserwującego nas Chrala, w którego oczach widziałem rozbawienie. Założyłbym się, że to było rozbawienie. Stefan nalał mi kolejny kieliszek. Tym razem na polecenie swojego szefa.

– Oficer tej służby musi mieć także dystans do siebie. – sparafrazował moje słowa Chral – Tym bardziej, że nikt nie wie, jakie jeszcze książki napisze. Piotrze! Cieszę się, że będziemy razem pracować. Jestem Vaclav. – uśmiechnąłem się i my też wypiliśmy bruderszaft. Kolejny szef, z którym jestem „na ty”, chociaż to nic nie znaczy.

– Dobra! – oznajmiłem – Zsocjalizowaliśmy się i możemy działać. – usiedliśmy znów przy stole i mówiłem dalej. – Potrzebuję od was celu. Nie chodzi mi o coś tak ogólnego, jak konsulat czy ambasada, tylko o konkretnych dyplomatów. Czy możecie znaleźć mi kogoś, kto u Rosjan zajmuje się tematyką zbrojeniową, polityki bezpieczeństwa? Musi to być człowiek mniej więcej w wieku moim i Stefana, mieć co najmniej dziesięcioletni staż w służbach i dwuletni okres pobytu na placówce. Musi być aktywny, to znaczy szukać kontaktów, mieszkać poza ambasadą i prowadzić dość aktywne życie towarzyskie. Znajdziecie kogoś takiego?

– Dlaczego akurat takie parametry? – spytał Stefan.

– To proste. – usiłowałem unikać belferskiego tonu – Oficer z takim stażem jest za stary by go ganiać, a za młody, by awansować. Może przeskoczyć kolegów wyłącznie, gdy wyjdzie mu jakaś sprawa. To pierwsza słabość. Druga to placówka. Oficer na placówce nie istnieje w centrali. Wyprzedzają go wszyscy, którzy są bliżej szefów. Dwa lata to połówka rotacji i trzeba szykować się do powrotu. I co po powrocie? Znów karuzela obróciła się bez nas. Trzeba więc, wrócić z sukcesem. Dużym sukcesem. W dodatku, jeśli wyjdzie, to przedłużą pobyt i więcej się zarobi. Yveta? Przeanalizuj swoich kolegów w ambasadzie i zobaczysz to samo. Przykro mi Vaclav – zwróciłem się do Chrala – ale wszyscy dyplomaci, i ci prawdziwi, i ci, którzy udają dyplomatów, są tacy sami. W każdej służbie na świecie.

– Coś w tym jest! – zgodził się Vaclav.

– Jeśli jest aktywny i szuka kontaktów – kontynuowałem – to oznacza, że naciskają na niego. Działa pod presją i nie ma jeszcze sukcesów. Będzie więc, wrażliwy na każdą możliwość. Gdy dobrze przygotujemy naszego stuka, to trafimy. Obiekt będzie bronił swojej sprawy, jak Stalingradu. To kolejna słabość.

– Muszę cię zaprosić na wykłady do nas! – odezwał się po chwili milczenia Chral. – To ma sens. Nic dziwnego, że rozwaliłeś tych Słowian, a przy okazji nas.

– Wy sami się rozwaliliście, bo nie chcieliście posłuchać. – odpowiedziałem – Chyba, że Rosjanie wam pomogli.

– A to już inna sprawa na inne rozmowy. – uciął Czech – Teraz robimy to. Stefan zdążysz na jutro przygotować dossier kilku dyplomatów? Użyj schematu Piotra. Będziesz miał bezsenną noc.

– Nie na jutro, Vaclav. – pokręciłem głową, widząc minę Stefana, któremu najwyraźniej nie w smak było wracać do pracy na noc. – Po co robić niepotrzebny alarm? Jutro w dzień nikt się nie zdziwi „kopaniną” w kwitach. Poza tym…

Mówiłem potocznie, ale na tyle wolno by Yveta mogła przetłumaczyć. Tłumaczyła dobrze, ale monotonnym, jednostajnym tonem. Wypowiadała słowa przez zęby. Była zdenerwowana, więc postanowiłem ją zdenerwować jeszcze bardziej. Należy się jej!

– …, poza tym…- zawiesiłem głos na kilka sekund – jutro mam zamiar pójść na długą randkę z Yvetą.

Chralova nie przetłumaczyła do końca. Zamilkła zaskoczona, rzucając gromy i błyskawice w moją stronę. Zamiast niej odezwał się Chral.

– No, no, no! Wy Polacy szybcy jesteście! – pokręcił głową z podziwem – Pokażemy ci Pragę, ale…mamy przewodników.

– Wam tylko jedno w głowie, a ja myślę wyłącznie o pracy. – śmiertelnie poważnie odpowiedziałem Vaclavovi – Muszę zobaczyć obiekty. Ich usytuowanie, wejścia, kamery. Wy musicie sprawdzić wasze „pezety”. Jeśli je wykryję, to i Rosjanie je wykryli. Jak tam będę chodził? Sam? Udawał szpiega? Kto będzie podejrzewał faceta z dziewczyną na spacerze? Przecież Rosjanie też obserwują otoczenie. Muszę wiedzieć, jak napisać scenariusz konkretnych działań wobec konkretnego obiektu i dla konkretnego człowieka. Ta praca to gra aktorska w dużej części i żeby odnieść sukces, aktorzy muszą poświęcić się troszkę. Pamiętaj, Vaclav, że nie wprowadzamy nikogo więcej, więc Yveta musi popracować ze mną trochę.

Chralova nie tłumaczyła w ogóle.

– Noo, tak! – powiedział wolno Chral – Masz rację. Nie pomyślałem, ale ja nie jestem zawodowcem i też się uczę. To, zresztą dla Yvetki też będzie dobra nauka. Okej! Umówcie się na jutro.

– Gdzieś około 11 rano w hotelu. W lobby. – „Yvetka” – pomyślałem odpowiadając Vaclavovi i patrząc mu prosto w oczy – I nie puszczaj za nami jutro obserwacji, bo wejdziemy na Ruskich i natychmiast nas rozkminią. To znaczy zdekonspirują. – wyjaśniłem, widząc pytającą minę Czecha.

– Nie, nie! Oczywiste! – przytaknął Chral. – Pojedziemy teraz na kolację i spotkamy się w czwartek, koło dwunastej. Vasek będzie po ciebie.

– Dobra! Ustalimy wtedy obiekt. – wstaliśmy, Stefan wyszedł przygotować samochód i zostaliśmy w pokoju we troje.

– I nie bój się o Yvetkę. – powiedziałem wolno do Chrala. – Ty tylko praca. – przeniosłem wzrok na Chralową i powtórzyłem równie beznamiętnie – To tylko praca.

Chral westchnął. Popatrzył na mnie bez cienia niechęci i wsiedliśmy do samochodu. Nie zauważyłem nazwy gospody, w której byliśmy. Nie chciałem nic zauważać. Wieczór był miły i pełen dyskusji o wszystkim, tylko nie o pracy. Chral spierał się ze mną o Haska i Hrabala, wspominaliśmy Jana Drdę. Cytował po czesku „Szwejka”, a ja zaśmiewałem się jak szalony. W końcu zamówił sobie drugi samochód i zabrał ze sobą Stefana, a ja i Chralova wsiedliśmy do Passata z Vaskiem. Przez cały wieczór Yveta milczała. Nie tłumaczyła nic, bo Vaclav mówił po polsku, a ja ze Stefanem rozmawiałem po angielsku. Widziałem, że była wściekła i ignorowałem ją. „Jutro, jedenasta, lobby.” – rzuciłem na pożegnanie wychodząc z samochodu. Nie czekałem na odpowiedź. „Należy się cholerze i jutro dopiero zobaczy, co oznacza wprowadzać oficera w zakłopotanie.”. Z tą myślą położyłem się spać. Nitka była na swoim miejscu, popiołu nikt nie ruszył. Wszystko w porządku. Zasnąłem i spałem bez snów.

Wstałem o siódmej. Zszedłem na dół na śniadanie, szwedzki stół z nieśmiertelną jajecznicą i parówkami. Było jednak trochę serów, więc skomponowałem sobie niezły półmisek. Tym razem wypiłem herbatę i wróciłem do pokoju. Przez chwilę pooglądałem jakieś wiadomości po czesku i zrobiła się za piętnaście jedenasta. Nie zastawiałem żadnych pułapek, wyłączyłem telewizor i zszedłem na dół. Klucz zostawiłem w recepcji.

Chralowa czekała już na mnie w lobby. Siedziała w fotelu koło okna. Wstała na mój widok. Na szczęście ubrała się normalnie, czyli w dżinsy. Podobnie do mnie, z tą jednak różnicą, że włożyłem swoje czarne Levisy i czarną, skórzaną kurtkę, a ona ciemnoniebieską marynarkę z dżinsowymi aplikacjami. Wyglądała ślicznie.

– Cześć! – podszedłem do niej i podałem jej rękę, a drugą położyłem na jej ramieniu i przyciągnąłem do siebie, by pocałować ją w policzek. Nie zdążyła zareagować, więc wyglądało to bardzo naturalnie.

– Cześć! – odpowiedziała – Jesteśmy w pracy.

– Tu obok jest kawiarnia. Chodźmy najpierw na kawę. – zignorowałem jej uwagę, wziąłem delikatnie za rękę i wyszliśmy z hotelu. Za chwilę siedzieliśmy już przy kawie w „Cafe Melvin” na ulicy Pohorelec.

– I jak? – przerwałem milczenie – Dostałaś wczoraj lekcję?

– Nie za bardzo uważasz się za super Bonda? – spojrzała na mnie ze złością.

– Nie denerwuj się, Yveto! – odezwałem się delikatnie – Jak miałem z tobą przejść na „ty” i umówić się na randkę?

– Jesteśmy w pracy! – powtórzyła – To żadna randka!

– To się okaże! – irytowałem ją dalej – Popracujemy z pół godziny, a potem…

– Potem …- przerwała mi i nie dokończyła.

– Właśnie! Co potem? – powiedziałem wesoło – Wkurzyłaś mnie wczoraj potężnie, więc musiałem się dziś zemścić, ale już mi przeszło! – złapałem ją za rękę. Nie cofnęła jej.

– Czym cię wkurzyłam? Nie chciałam pokazywać, że odbyliśmy nie tylko oficjalne spotkanie i… – znów nie dokończyła.

– Prawie. – dokończyłem za nią – Zawsze chodzi o to cholerne „prawie”. Prawie prawda nie jest żadną prawdą, prawie randka nie jest żadną randką. Prawie, prawie i prawie. Mam już dość tego „prawie”.

– Czym cię wkurzyłam? – powtórzyła pytanie.

– Mogłaś mnie uprzedzić, powiedzieć o twoim ojcu.

– Może to mój mąż, albo kochanek? Jak inaczej zrobiłabym karierę i wyjechała na placówkę? Tylko przez łóżko. – była zła, ale i trochę zrezygnowana.

– Yveta. – uśmiechnąłem się do niej – Rozumiem cię, ale nie traktuj mnie jak idiotę. Jaki mąż lub kochanek wysłałby samą kobietę o twoich parametrach do innego kraju, w środowisko obcych mężczyzn, z których prawie każdy nie jest jego podwładnym? O ile wiem, to jesteś u was sama ze służb. Reszta to MSZ. Jaki mąż lub kochanek? Tylko ojciec mógł ci to załatwić. Nie pracujesz długo, uczysz się jeszcze i na pewno było wielu doświadczonych kandydatów. On chciał cię przed czymś uratować. Chciał byś miała spokój, bo sądzę, że w biurze dawali ci nieźle popalić. Poza tym uważam, że z jakichś powodów, których jeszcze nie znam, chciał mieć kogoś zaufanego w instytucji, ale jednocześnie poza nią i to w bezpiecznej odległości od niej. Poza tym był świetnym pisarzem i wkurzyło mnie to, że zamiast pisać zajął się tą idiotyczną pracą. To był jego, czy twój pomysł z tym oferentem?

– Jesteś okrutny, wiesz? – powiedziała cicho.

– Wiem. W dodatku nie lubię kobiet, a poza tym czasem słyszę cudze myśli nawet jeśli są w innym języku.

– Telepata! – zaśmiała się – Masz rację! Powinnam cię uprzedzić. Spodobałeś się ojcu. Nie sądził, że ktoś jeszcze pamięta jego twórczość, poza tym on też uwielbia Haszka. Musiałam tak zrobić. Bałam się, że…

– Powiedz mi! – przerwałem jej – Jak wpadliście na mnie? Przecież ci panslawiści to tylko pretekst.

– Nie tylko! – odpowiedziała szybko – Były i inne przesłanki.

– Rozpracowywaliście mnie? Moi szefowie wam nadali?

– Nie, nie! – zaprzeczyła gwałtownie. – Po kompromitacji z kongresem Havel praktycznie wywalił wszystkich i mianował mojego ojca. Znali się jeszcze z opozycji i razem walczyli z komuną. Ojca wsadzili do psychiatryka wtedy. To nie ważne teraz. Po objęciu stanowiska, ojciec badał, dlaczego doszło do tej wpadki. Znalazł nagranie rozmowy naszego łącznika z tobą oraz twój raport dla nas. Wasi przekazali go oficjalnie, ale nikt tutaj nie puścił go dalej.

– I mój raport tak go zachwycił, że postanowił podesłać mi swoją córkę, bo chce mieć sukces. – zdałem sobie sprawę, że robię jej przykrość i powiedziałem cicho – Przepraszam. Nie myślę tak.

– Nieważne. – Chralowa pokręciła głową – Fakt, że powiedział, iż czyta się ciebie dobrze i masz talent, ale coś innego zadecydowało. Nie wiem tylko czy chcesz wiedzieć.

– Oczywiście. Czas na więcej szczerości. – wtrąciłem.

– Ojciec przez pewien czas pracował w naszym IPN. Z przyzwyczajenia sprawdza tam wszystkich. Cudzoziemców też. Okazało się, że znalazł notatkę naszej bezpieki z roku 1987 na twój temat. Robiłeś tu wtedy coś.

– Byłem wtedy w wywiadzie i udawałem kogoś zupełnie innego. Na pewno nie walczyłem z komuną, jak twój ojciec.

– Właśnie! – była podekscytowana – On wiedział, że byłeś po drugiej stronie i nie potrafił zrozumieć, dlaczego wtedy wyprowadziłeś naszych w pole. Wiesz o co chodzi?

– Wiem. – pokiwałem głową – I nie mówmy już o tym. Przynajmniej teraz. Czy ojciec kazał ci mnie rozpoznać?

Pomóż nam!

Więcej możecie Państwo przeczytać na stronie powieści w odcinkach pt. Sprawa kryptonim „Holub” czytaj TUTAJ.

By |2018-03-06T01:19:26+00:00Marzec 6th, 2018|Kultura|Możliwość komentowania Operacja kryptonim „Holub”. (III Rozdział) Nowa książka płk. Piotra Wrońskiego w sieci została wyłączona

About the Author:

Piotr Wroński
Pułkownik Piotr Wroński, pracownik I Departamentu SB, a w III RP oficer UOP i Agencji Wywiadu jest autorem powieści z kluczem „Spisek założycielski. Historia jednego morderstwa” odsłaniającej kulisy działalności bezpieki, w tym m.in. morderstwa bł. ks Jerzego Popiełuszki.
Google+