Kolejny fragment rozdziału III „Holuba II” i zarozumiała uwaga. Nikt w Polsce nie ma odwagi napisać tego, co ja, nawet jeśli to fikcja literacka.

„Rick przyszedł z Jamesem i Rupertem, którzy wzięli kluczyki od Mercedesa, zabrali samochód z parkingu i pojechali przygotować w nim skrytki, a my, we troje, usiedliśmy przy kawie i śniadaniu. Najpierw pogadaliśmy chwilkę z Johnem przez nasz komunikator. Następnie skopiowałem nagranie rozmowy z Janicką na pendrive dla Amerykanina. Yveta nagrywała kamerą z torebki, a ja ograniczyłem się do audio. Oba nagrania wyszły dobrze i wyraźnie.
– Rick! – zakończyłem ten wątek spotkania – John zgodził się na wyrwanie stąd Janickiej. Niech ktoś pójdzie do niej z tym blankietem i załatwcie wszystko – podałem mu wypełniony przez kobietę papier. – Ona zgodzi się na wasze warunki i nie będzie o nic pytać. Chciałbym, byście ewakuowali ją w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Da się zrobić?
– Da – skinął głową. – Skąd ten pośpiech?
– Nie możemy działać dalej nie ryzykując dekonspiracji – odpowiedziała za mnie Yveta. – W tym tygodniu przeprowadzimy jeszcze jedną rozmowę. O wiele trudniejszą, bo z takim jak ty fachowcem. Pewnie nikomu o naszym spotkaniu nie powie, ale…Wiesz jak jest. Jeśli zorientują się, że ktoś szuka śladów Smoleńska, to dojdą do niej. Usuną ją i dzieci. Chcemy, by była bezpieczna i tylko to nas wstrzymuje.
– Dobrze. Zrobimy to w ciągu dziesięciu dni góra.
– A co się działo w Gdańsku, poza tym o czym już pisałeś? – spytałem.
– Obserwowaliśmy GazInstall – opowiadał Rick. – Po likwidacji Timoriewa i spaleniu warsztatu, Krupiński wyleciał z biura, jak szalony. Dosłownie wskoczył do samochodu i poleciał do jakiejś przychodni na…Powstańców Śląskich – z trudem wypowiedział nazwę. – Za budową kościoła chyba. Tam też jest kancelaria wizowa. To samo wejście. Siedział tam ze dwie godziny. Potem wrócił do biura i zanotowaliśmy kilkanaście transmisji wchodzących i wychodzących. Około szóstej pojechał do domu. Potem już nic. Aha! Pojechaliśmy jeszcze pod dom Timoriewa. Nikt nic nie zbierał, ale w niedzielę wieczorem zaparkował tam samochód na berlińskich numerach. Wyszedł z niego jakiś facet i dokładnie obejrzał parking, uliczki obok, śmietnik, po czym pojechał. To chyba ten Rudtke. Zobacz zdjęcia.

Podał mi swój telefon. Obejrzałem fotografie. Mężczyzna ze zdjęć był rzeczywiście pracownikiem BND, synem oficera Stazi, którego widzieliśmy wraz z Wośko i Timoriewem na Powstańców Śląskich.

– Sprawdzali – skomentowałem. – Rudtke też musi się bać, bo uczestniczył w wykończeniu czeskiego agenta i pewnie też kręcił coś na boku razem z tatusiem, a mocodawcom z Moskwy to się nie spodoba. Nie martwiłbym się tym. Na niego też przyjdzie czas.
– No, właśnie! – Rick poprawił się na fotelu – Co dalej? Co robimy?
– Masz w grupie snajpera, więc i odpowiednią broń też – powiedziałem. – Zostawiliśmy swoją w Czechach, a będziemy potrzebować. Możecie pożyczyć na kilka dni?
– Do jakiej rozmowy szykujecie się, skoro snajperka wam potrzebna? – zdziwił się Amerykanin.
– Do takiej, która może być dość trudna – odpowiedziałem. – Pożyczysz czy nie?
– Pożyczę, ale ty kochasz Baretta, a my mamy SR-25 z dobrą optyką. Na kiedy ci potrzebny?
– Najlepiej na czwartek w Kielcach. Oddam ci go w piątek, ale w Katowicach, bo załatwimy jeszcze jedną rozmowę i wracamy do Czech na trochę.
– A co dla nas? – spytał raz jeszcze Rick.
– Na razie już nic – stwierdziłem. – Możecie pojechać na wszelki wypadek do Kielc i jak się coś z nami stanie, to zareagujecie, albo przynajmniej będziecie wiedzieć. Co prawda, wolałbym byście dali mi karabin i pojechali do Katowic, bo my będziemy po tej rozmowie znikali z tego rejonu. Macie urlop – roześmiałem się na końcu.
– Okej – zgodził się Amerykanin. – Gdzie i kiedy w Kielcach?
– Na ulicy Permskiej jest jakiś pawilon handlowy z dużym parkingiem – pokazałem mu w komputerze. – Może tam w czwartek około jedenastej?
– Może być – skinął głową. – Potem poczekamy na was w Katowicach. Dam ci znać, gdzie będziemy.

Wrócił James z Rupertem, więc zeszliśmy do samochodu. Pokazali nam skrytki w zderzaku, pod sufitem, w siedzeniach, w komorze silnika. „Cały Mercedes to teraz jedna wielka skrytka!” – skomentowała Yveta. Pożegnaliśmy się i wróciliśmy do mieszkania spać dalej, odpocząć, bo chcieliśmy w nocy pojechać w Kieleckie. Mieszkanie w mieliśmy opłacone do soboty. Klucze zostawiliśmy w skrzynce pewni, że właściciel jeszcze przez resztę tygodnia do niej nie zajrzy. Sprzątnęliśmy po sobie, ale bez przesady, ponieważ musieliśmy zachowywać się, jak normalni turyści.

O czwartej rano wjechaliśmy do miejscowości Miedziana Góra. Objechaliśmy ją całą, lecz nigdzie nie było „hodowli psów obronnych”. Nie chcieliśmy pytać, bo rozpytywanie zaalarmowało by „Chmurę”, który z jakiegoś powodu zaszył się w miejscu łatwym do kontrolowania zainteresowania swoją osobą. Jeśli przychodziła do niego policja, to tylko oficjalnie, w interesach z psami, a na to musiał być przygotowany. Przejrzałem Internet, na stacji benzynowej miejscowe gazety, lecz nigdzie nie było żadnego ogłoszenia o hodowli oraz treningu psów.

– Ale się zakamuflował! – zastanawiałem się głośno przy kolejnej kawie – Cholera! Pewnie tylko dla wtajemniczonych!
– Oj, Piotruś! – Yveta pokręciła głową – Jesteś nielogiczny! Przecież zerwał kontakty, a wykorzystuje policję do kontroli kto go sprawdza i kanalizuje zainteresowanie. Pomyśl! To trochę jak w Szwejku. Pamiętasz? Ten wywiadowca…Jak on się nazywał?
– Bretschneider – podpowiedziałem i zaczynałem rozumieć.
– Właśnie! On miał inwigilować Szwejka i kupował psy, które w końcu go zjadły, bo je głodził…
– „Miał tyle honoru, że skarbowi zaoszczędził kosztów swego pogrzebu” – zacytowałem ze śmiechem.
– No widzisz! Polska policja też nie ma forsy na ciągłe kupowanie i trenowanie psów. Ile tych psów mogą mieć w Kielcach? Utrzyma się z tego? Nie. Szukajmy więc, weterynarza, bo taka hodowla musi mieć weterynarza. Prawdopodobnie wybrał najbliższego, w tej miejscowości, by to on jeździł do niego. To bezpieczniejsze. Może w klinice znajdziemy ogłoszenie.

Pokiwałem głową, pocałowałem Yvetę i pojechaliśmy szukać lekarza od zwierzaków. Długo nie szukaliśmy. Duży gabinet był na ulicy Łódzkiej. Był oczywiście zamknięty, ale przy drzwiach frontowych znajdowała się oszklona witryna z ogłoszeniami. Obejrzeliśmy wszystkie dokładnie. Normalne anonse o sprzedaży piesków, kotków, nawet konia. Pośród nich zobaczyłem odręcznie napisaną kartkę oferującą „Szkolenia psów obronnych. Cena do uzgodnienia. Wyręba 131 B. Dojazd ulicą Sienkiewicza do końca i drogą w las około kilometra.”. „Mamy go!” – ucieszyłem się i pojechaliśmy wg GPS, który wyprowadził nas praktycznie poza Miedzianą Górę, drogą przez las, prowadzącą do innej, trochę szerszej asfaltowej szosy. Kilometr od wjazdu do lasu znajdowała się odnoga, wiodąca do ledwo widocznego poprzez drzewa gospodarstwa. Minęliśmy ją, dojechaliśmy do asfaltówki, odjechaliśmy jeszcze z kilometr, po czym zostawiliśmy samochód na małej polance, parkingu dla grzybiarzy. Było około szóstej rano, zimno i pusto. Czekał nas jeszcze ponad kilometrowy marsz poprzez gęsty, iglasty las.

Zatrzymaliśmy się około stu metrów od zabudowań. Wiatr mieliśmy od przodu, więc psy nie poczuły naszego zapachu. Praktycznie czołgając się, dobrnęliśmy do ostatniego rzędu drzew, oddzielającego las od podłużnej polany, na końcu której znajdowało się boczne ogrodzenie posiadłości. Zwykła, druciana siatka, dwa niepozorne zabudowania, z których jedno było domem mieszkalnym, a drugie, niższe, pewnie pomieszczeniem dla psów. Przesunęliśmy się z pięćdziesiąt metrów w prawo, by móc widzieć naroże posesji wraz z bramą wjazdową, dróżką do leśnej szosy oraz podwórze. Spojrzałem przez teleobiektyw aparatu. Powoli przesuwałem okular na poszczególne elementy otoczenia, zbliżałem, oddalałem. W pewnej chwili zobaczyłem człowieka, który wyszedł z domu i łaszące się do niego dwa potężne wilczury. Za chwilę przybiegły trzy inne psy, podobne do pitbulli, czy amstaffów. Nie znałem się na psach. Zbliżyłem obraz maksymalnie. „To był „Chmura”.

– Zobacz! – podałem lornetkę Yvecie i pokazałem, gdzie patrzeć – On się rzeczywiście boi. Widzisz, na drzewie za polaną z boku, z tyłu domu jest alarm i kamera, podobnie na tych przy drodze i jakieś pięćdziesiąt metrów od nas. Skierowane są na dół, czyli wypatruje ludzi. Zaskoczyć można go tylko z przodu i tyłu, bo z boku psy zauważą dzięki tej polanie. Po to chyba mu ta furtka na bocznej siatce. Popatrz dodatkowy alarm i kamery na dachu zabudowań, na bramie i na każdym rogu posesji. Reflektory na ogrodzeniu na czujnik. Z każdej strony.
– Nas chyba nie zauważył – stwierdziła Yveta. – Jesteśmy za daleko. Już wiem po co ci karabin! Spodziewałeś się?
– Nie tego! Raczej konieczności obstawy, bo nie wiem, jak mnie przyjmie. Potrzebujemy walkie-talkie. Mamy zdjęcia, a teraz wycofujemy się, bo zmarzłaś kochanie, ja też. Bierzemy jakiś motel i jutro podchodzimy do niego. O jedenastej Rick, a potem tutaj.
– W dzień?
– On się najbardziej boi świtu, wieczora i nocy. Oni tak działali. W dzień uważa za bezpieczny – wyjaśniłem Yvecie.

Dotarliśmy zmarznięci i przemoknięci do samochodu. Objechaliśmy Kielce i na Wikaryjskiej znaleźliśmy motel. Wykąpaliśmy się, przebraliśmy, ogrzaliśmy nawzajem, po czym pojechaliśmy do centrum. Znalazłem jakiś komis ze sprzętem elektronicznym, a w nim sprawny komplet walkie-talkie. Dla amatorów, ale działał na sto pięćdziesiąt metrów, co sprawdziliśmy w jakimś lasku pod Kielcami. Poszliśmy na obiad i wreszcie wróciliśmy do motelu, obejrzeliśmy zdjęcia, pomierzyliśmy, zadzwonił Wiktor, zaprosiłem go do Pragi na niedzielę i położyliśmy się spać.

Na Permskiej, w czwartek o jedenastej, na parkingu supermarketu czekał na nas w Landroverze Rick z Iris.

– Masz dwa magazynki – poinformował mnie Amerykanin. – Starczy?
– Oddam dwa strzały – wzruszyłem ramionami. – No! Może trzy. Jeśli potrzebny będzie czwarty, to ktoś zginie.
Pokręcił głową, pożegnaliśmy się i umówiliśmy w Katowicach. Wynajęli już pokoje w hotelu „Katowice”. Yveta dodała, by spodziewali się nas nawet w nocy.

– To teraz powiedz, coś ty, mężu, wymyślił? – Yveta jechała na miejsce pozostawiania samochodu naokoło, bo chcieliśmy podjechać z drugiej strony – Liczyłeś, liczyłam ja i co wyszło?
– Przecież wiesz, kochanie – cmoknąłem w nastawiony przez nią policzek, po czym powtórzyłem nasze ustalenia.

Zostawiliśmy Mercedesa w tym samym miejscu co wczoraj. Wjechaliśmy tylko głębiej w las, zatarliśmy ślady. Z asfaltowej drogi nie było go widać. W niecały kwadrans dotarliśmy do podłużnej polany. Wczołgałem się na nią na jakieś dziesięć metrów. Jeszcze metr i byłbym w polu widzenia kamery. W ręku miałem opakowane w czerwony, jaskrawy papier pudełko z jednym walkie-talkie i napisem naklejonym z liter wyciętych z gazet. „Otwórz mnie. Nie wybuchnę”. Yveta śmiała się wczoraj i zaproponowała jeszcze butelkę z napisem „Wypij mnie”. Każdy czytał Carolla. Położyłem pudełko przed sobą, wycofałem się, przesunęliśmy się na róg polany w prawo. Yveta przygotowała drugie walkie-talkie, a ja karabin. Strzelałem już z SR-25 kiedyś. Tu było proste strzelanie. Jeden cel miałem odległy o sto pięćdziesiąt metrów, drugi o dwieście. O trzynastej trzydzieści wymierzyłem, strzeliłem i zniszczyłem kamerę na bocznej siatce. Huk wystrzału spowodował szczekanie psów. Czekaliśmy dwie minuty. Z bocznej furtki wybiegły dwa wilczury, a za nimi wyszedł „Chmura”. Szedł skulony, prawie kucał, a w ręku miał pistolet. Spojrzał w stronę zniszczonej kamery. Wtedy strzeliłem po raz drugi. Celowałem tak, by kula przeszła nad nim, by usłyszał jej świst, by wbiła się w tylna kamerę. Padł na ziemię, wycelował w kierunku strzału, ale wstrzymał psy, które denerwowały się obok niego. My jednak zdążyliśmy przesunąć się o dziesięć metrów w bok. Trzeci strzał zniszczył kamerę na drzewie rosnącym prawie na polanie. Oddałem karabin Yvecie, która wycelowała w „Chmurę”, a ja wziąłem do ręki walkie-talkie. Mój były znajomy podniósł się, poszedł w kierunku trzeciego strzału. Wiedziałem, że tak zrobi. Zrozumiał dwie sprawy. Po pierwsze, ktoś mu chciał coś pokazać, a po drugie, czwarty strzał będzie śmiertelny. Tak nie zachowałby się nikt, kto chciałby go zabić. Ciekawość zwyciężyła. Zauważył pudełko, otworzył je, wyjął walkie-talkie i włączył. W moim rozległy się trzaski.
– Witaj Marek! – powiedziałem – Poznajesz kto mówi?
– Nie bardzo – zatrzeszczało w radiostacji. – Jeśli chcesz psa, to trzeba było zadzwonić i wejść od frontu.
– „Chmura” – roześmiałem się – Szkoda, że nie poznajesz, bo mam połówkę „Luksusowej”. Usiedlibyśmy na tych pieńkach na wprost ciebie, poza zasięgiem twoich kamer, wypili i pogadali.
– Piotrek!? – usłyszałem zdziwienie w jego głosie – Ty żyjesz? Podobno zabiłeś kogoś i ciebie zabili po jakimś skandalu z kobietą.
– Żyję i mam się dobrze, a ta kobieta ma cię teraz na muszce. Spodziewałeś się, chyba, że się ubezpieczę. No jak? Usiądziemy na tych pieńkach?
– Nie boisz się psów?
– Przecież jak będziesz chciał, to pozwolisz mi je pogłaskać. Poza tym to SR25. Jest jeszcze trochę naboi w magazynku. Schowaj pistolet. Ja swojego nawet nie wyjąłem.
– Nie musiałeś. Dobra, chodźmy na te pieńki.

Oddałem Yvecie walkie-talkie, włączyłem nagrywanie, wyjąłem z bocznej kieszeni kurtki kwadratową butelkę wódki i wyszedłem z lasu. Obaj podeszliśmy do pieńków w tym samym momencie.

– Nic się nie zmieniłeś! – ocenił mnie „Chmura”.
– Obaj postarzeliśmy się trochę – otworzyłem butelkę i podałem mu ją.
– Mnie się przytyło – pociągnął duży łyk.
– Przez grzeczność nie przeczę – oddał mi flaszkę, a ja wypiłem z gwintu, patrząc cały czas Markowi w oczy.
– Domyślam się o czym chcesz pogadać, ale nie wiem, dlaczego – powiedział.
– Lubię porządek, ład i sprawiedliwość. Nie lubię zdrajców i skurwysyństwa – stwierdziłem. – Niech ci to wystarczy. To nie jest oficjalne śledztwo i nie jest oficjalna rozmowa.
– Nie mogłeś, po prostu, przyjść, jak człowiek? Usiedlibyśmy, pogadaliśmy.
– I co? – roześmiałem się – Uwierzyłbyś mi, że nikt mnie nie nasłał? Po to tak się zaszyłeś, by oficjalnie do ciebie przyszedł facet, którego nie widziałeś jedenaście lat? Gdzie byś wtedy zadzwonił? Sam was uczyłem, jak neutralizować prowokację. Poza tym gadamy przecież. Nic ci nie grozi. Mnie tu nigdy nie było.
– Masz rację – skinął głową. – Nagrywasz to wszystko?
– Tak! Może warto przestać tchórzyć? Co, „Chmura”?
– Pytaj! – odpowiedział po kolejnym łyku, a ja wiedziałem, że miał dość nurtujących go od kwietnia 2010 myśli i musiał się nimi podzielić z kimś.
– Co się zdarzyło dziesiątego kwietnia dwa tysiące dziesiątego roku? – zacząłem oficjalnie.
– Nie dziesiąty jest w tym wszystkim ważny, ale dziewiąty – poprosił o papierosa, podałem mu ogień, zaciągnął się. – Nie paliłem od roku! Dziewiąty, to był piątek, przed weekendem. Było już ciepło i chciałem pojechać na działkę wieczorem. Zostać do niedzieli. Około wpół do czwartej przyszedł do mnie do pokoju Kuszewski, ten minister z KPRM. Był z jakimś facetem. Nie znałem go i dotąd nie wiem kto to był. Nie odzywał się w ogóle. Tylko patrzył. Minister powiedział, żebym po cichu i dyskretnie zawiadomił chłopaków, by nie szykowali się na weekend. Mogą w sobotę być potrzebni od rana. Nie pytałem o co chodzi. Myślałem, że będziemy kogoś zwijać. Ostatecznie, Kuszewski odpowiadał za służby.
– Nadzorował cię?
– Nie, ale miał władzę. Przecież on był najpierw koordynatorem, potem ministrem od służb, potem znowu licho wie kim, ale nadzorował służby.
– I co zrobiłeś?
– A co miałem zrobić? Zawiadomiłem po cichu chłopaków. Byli wkurzeni, bo weekend, ale wiesz, jak jest. Na drugi dzień…
– Poczekaj! – przerwałem mu – Sięgnę teraz do kieszeni i wyjmę telefon i przy okazji kopertę. Chce ci coś pokazać. Przestań we mnie celować przez kurtkę. Nie zdążysz strzelić. Widać dokładnie kształt twojej dłoni i pistoletu w celowniku – nie czekałem na jego reakcję, wyjąłem telefon z kopertą, którą położyłem na kolanach. – Przejrzyj te zdjęcia. Ten facet z Kuszewskim? Jest na nich? – posunąłem telefon bliżej jego twarzy i zacząłem przesuwać fotografie.
– To chyba ten! Powiększ! – zrobiłem o co prosił – Tak! To ten! Nic nie mówił.
– Dobrze – zaznaczyłem zdjęcie, zauważając jednocześnie, że Marek nie włożył na powrót ręki do kieszeni kurtki. – Co dalej?
– Około godziny ósmej trzydzieści zadzwonił do mnie Kuszewski, żebym zbierał ekipę i za godzinę był w pracy i to w pełnym rynsztunku. Uruchomiłem alarm i na Rakowiecką. Tam już czekał minister. O dziesiątej kazał wpakować się do samochodów i pognaliśmy na bombach na Krakowskie do pałacu. Ja z grupą robiliśmy pałac, a BBN obstawiała druga grupa. Razem szesnastu chłopaków.
– Robiliście? Obstawiała? – zdziwiłem się.
– Mieli obstawić wejścia i nikogo nie wpuszczać. Nawet pracowników. Tylko nas i Doleckiego, bo na miejscu czekał już Jacuś.
– Przecież Dolecki chyba był w wojsku? – znów byłem zdziwiony.
– Był. My już wiedzieliśmy o katastrofie, bo najpierw radio podało, a potem Kuszewski powiedział, że wszyscy zginęli.
– O której ci to powiedział?
– Jak tylko wpadłem do biura. Ja blisko mieszkałem i dziewiątej jeszcze nie było, a miałem wypisać kwity na uzbrojenie i sprzęt. W końcu nie wypisałem, bo minister przyszedł z ta wiadomością i powiedział, że nie ma co tracić czasu na biurokrację, bo „sytuacja jest nadzwyczajna.
– O której byliście w pałacu?
– Gdzieś z kwadrans po dziesiątej.
– A BOR? Wpuścili was?
– Jaki BOR? – prychnął – nawet szefa ochrony nie pozwolili wpuszczać. BOR poszedł do domu, a my chroniliśmy. To znaczy moich pięciu.
– Jak to? Powiedziałeś, że mieliście dwie ośmioosobowe grupy.
– Jedna ósemka stała pod BBN, a piątka pod pałacem, bo ja, jako zastępca naczelnika, Arek Stecki i „Kołowrót” weszliśmy do gabinetów trzepać kasy i szuflady.
– „Kołowrót”? – zastanawiałem się – ten judoka. O ma chyba dwa i pół metra!
– Miał, ale o tym później – „Chmura” odetchnął głęboko kilka razy – Z nami trzepał Dolecki, bo szukał dokumentów po WSI. Najpierw weszliśmy do gabinetu prezydenta.
– Nikt z pracowników was nie zatrzymywał? – kręciłem z niedowierzaniem głową.
– Jeszcze jeden nam otworzył! Teraz to poseł, Życki, zastępca Wośki. Dolecki powiedział, że minister Wośko dał mu zgodę. Życki tylko kiwał głową. Podobno telefon Wośki też wyciągnął go z domu.
– Życki? O której pojawił się na Krakowskim?
– Czekał na nas.
– I znaleźliście coś?
– My nic, ale pojawił się Kuszewski i opieczętował wszystkie materiały. Zapakowali z Doleckim w pudła i pojechali do KPRM. Mnie, Arkowi i „Kołowrotowi” kazali jeszcze trzepać BBN. Szczególnie gabinet Bieleckiego. Też nic tam z wojska nie było. Około dwunastej pojawiła się nowa ekipa BOR z nowym prezydentem, a nam kazano jeździć po domach pasażerów tego cholernego samolotu i zbierać próbki DNA, zabezpieczać dokumenty, kurwa! – nie wytrzymał – Mówię ci! To kurwa było totalne skurwysyństwo, bo ci ludzie roztrzęsieni, a tu, kurwa, antyterroryści wpadają! Cholerne gówno!
– I to wszystko?
– Tak. Koło dwudziestej wróciłem do domu i schlałem się.
– Nie wszystko – pokręciłem głową – Marek, nie wszystko. Inaczej byś tu się nie ukrył.
– Słabo się ukryłem, skoro mnie znalazłeś!
– To ja, a jestem…to dość skomplikowane. Co stało się później? Co z „Kołowrotem”?
– Powiesił się w marcu 2011. Załamanie nerwowe, stres, kłopoty finansowe. Powiesił się na działce. Miał na niej mały arsenał, a wybrał sznurek. Chyba stalowy, bo on ważył z tonę! – mówił szybko – Nie było sekcji, a Ryński, ten prokurator, dwa dni po śmierci, czyli w poniedziałek, bo w piątek było to samobójstwo, zamknął śledztwo!
– A Arek Stecki?
– Osiwiał i opiekuje się żoną i dzieckiem. Ktoś w nich wjechał na pasach, jak jego kobita wracała z dzieciakiem z przedszkola. Oboje rośliny! Arkowi została tylko starsza córka. On prawie zwariował i poszedł na rentę. Był nawet w wariatkowie i jest na prochach. Przynajmniej tak było jeszcze w czerwcu rok temu.
– Czyli z waszej trójki, która trzepała biurka i szuflady, tylko ty zostałeś? Arkowi nikt nie uwierzy.
– Tak, tylko ja i nie myśl, że zapłacili mi za milczenie – musiał zauważyć lód w moich oczach, bo powiedział to mocno, dobitnie, patrząc mi w oczy. – Ja stchórzyłem! Piotrek! Ja, kurwa, stchórzyłem! Ja, który nie bał się Wołomina i Pruszkowa, tych popierdolców w Iraku i Afganistanie, przestraszyłem się chui w drogich garniturach, tych pierdolonych biurw z wiecznie przyklejonym kurewskim uśmieszkiem na twarzy, tych słabeuszy, którym biurka trzeba było wnosić i stali w portki na widok broni. Ja się tych kurew przestraszyłem!
– Przestań się denerwować, Marek – widziałem jego wściekłość. – Grozili ci czymś? Co było dalej?
– Nic nie było – wzruszył ramionami. – W niedzielę przyszedłem do pracy i zacząłem pisać raport. Zadzwoniłem do „Kołowrota”, bo zapomniałem jakiegoś szczegółu. Nagle wpadł Kuszewski i powiedział, że raporty robi prokuratura, zabrał mi brudnopis i kazał nam wszystkim wziąć urlop na tydzień. Już wiedziałem, że mam podsłuch w wewnętrznym, na komórkę, a w dodatku puścili za nami „Betkę”. Potem mnie awansowali. Po zdarzeniu z żoną Arka i śmierci „Kołowrota”, ktoś wjechał w Aśkę. Pamiętasz moją żonę? Kurwa, świata za nią nie widziałem, ale ty tego nie zrozumiesz, bo nie cierpisz kobiet – uśmiechnąłem się w myśli do siebie, słysząc ostatnie zdanie, lecz nawet nie mogłem zaprzeczyć. – Nic jej się nie stało. Zatrzymała się na światłach samochodem i ktoś wjechał w nią z tyłu. Nie mocno, ale tak by odczuła. Zrozumieliśmy oboje i postanowiliśmy odstawić teatr. Ja pijany, awantury domowe, musiałem jej przyłożyć ze dwa razy, policja, niebieska karta i rozwód. Dzieci nie mieliśmy, więc łatwo poszło, a ja zaszyłem się tutaj.
– Co ona robi?
– Nie wiem – pokiwał głową ze smutkiem. – Nie mamy kontaktu. Podobno raz jeszcze wyszła za mąż. Jak legenda to legenda. Żyje i jest bezpieczna, a ja stchórzyłem i nie mogę patrzeć w lustro!
– Pierdolisz, Chmura! Co miałeś zrobić? – podałem mu kopertę, leżącą dotychczas na moich kolanach – Tu jest tysiąc dolców za te kamery. To więcej, ale spraw sobie dodatkowe i pamiętaj! Mnie nie ma.
– Daj spokój! – spojrzał na mnie i wolał wziąć pieniądze – Kto prowadzi to śledztwo?
– Nie ma żadnego śledztwa, nie ma mnie i nigdy nie było. Trzymaj się, „Chmura”! -wstaliśmy obaj.
– Piotrek! – usłyszałem, gdy odszedłem kilka metrów od niego, lecz nie uskoczyłem w bok, a odwróciłem się dziwnie pewny, że będzie stał z rękami rozłożonymi na wysokości bioder, tak, bym ja i snajper je widział i tak też było – Piotrek! Zabij tych skurwysynów! Za tych ludzi, za „Kołowrota”, za Arka, za moją żonę. Zabij ich!
– Nie martw się. Wszystkich nie dam rady, ale niektórych dni już są policzone – zamarkowałem salutowanie i poszedłem do lasu, w którym czekała Yveta.

Prowadziłem do Katowic, bo Yveta dwukrotnie oglądała i słuchała nagrania. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę. Jeść nam się nie chciało.

– Szkoda faceta! – westchnęła – Popatrz jaki timing! Musieli wiedzieć o wiele wcześniej! O ile pamiętam telewizja dopiero koło jedenastej powiedziała, że wszyscy nie żyją, a oni już od dziewiątej szykowali zmianę!
– Tak. Timing jest ważny – skomentowałem. – Ominęli Mateusza, szefów wojskowych, szefów ABW. Tylko KPRM i tacy jak Dolecki. Inni nie byli włączeni, chociaż to nie znaczy, że nie wiedzieli lub nie domyślają się.
– O wszystkim musiał wiedzieć wasz premier! Nie da się tego ukryć bez szefa szefów!
– I bez źródeł w obozie przeciwnika, ale tam mamy nielegała i ewentualne źródło, choć to może zwykły karierowicz i tchórz – dodałem.
– Są jeszcze Niemcy – zauważyła. – On rozpoznał Rudtke.
– Właśnie! – kiwnąłem głową – Tylko na jakim szczeblu? Ci, których już znamy, to tylko szczebel wykonawczy.
Pokój Ricka w hotelu „Katowice” miał numer 203. Oddałem mu broń, powiedziałem, że nikogo nie zastrzeliliśmy, nawet uwierzył, skorzystałem z okazji i napisałem draft do Wiktora: „Na cito! 1. Ryński, Żylicz, Kuszewski – co wiesz i adresy. 2. Śmierć policjantów Sandeckiego i Glika w styczniu 2010. 3. Delegacja niemiecka albo impreza służb w okolicy dziesiątego kwietnia.”. Skopiowałem tez dzisiejsza rozmowę i dałem Rickowi kolejny pendrive dla Johna. Umówiliśmy się na kontakt po ewakuacji Janickiej.

Około dwudziestej trzeciej wyruszyliśmy Mercedesem ze skrytkami do Pragi. W domu byliśmy około wół do czwartej. Zmęczeni poszliśmy od razu spać.”