Obiecałem Państwu artykuł o plasowaniu agentów, nielegałów i oficerów wywiadu przez Rosjan w Polsce. Podzieliłem nawet ten proces na trzy okresy i jestem w kropce. Nie dlatego, iż nie wiem co napisać, ale dlatego, że nie wiem co mogę napisać. Większość dowodów jest ściśle tajna, a opisanie stworzonego przeze mnie profilu może także wywołać energiczne reakcje śmiertelnie poważnych panów. Zaryzykuje jednak w obu kwestiach.

W sprawie dowodów narażę się pewnie na opinię, iż „Tak to jest z esbekami. Niby coś wiedzą, ale nie mówią co”. W tym przypadku kontrargument jest jeden. Przypominam, że jeden z okresów, które wydzieliłem przypada na lata 1980-1983. Daty te są oczywiście orientacyjne i związane, nie tylko z sytuacją w Polsce, ale i z sytuacją międzynarodową oraz w samym ZSRS. Danych na ten temat praktycznie niema.

Trudno przypuszczać, by SB zbierała informacje o Rosjanach przyjeżdżających do naszego kraju, związanych z GRU lub KGB. Nie rozpracowywano przecież tego kierunku, a jakiekolwiek działania kontrwywiadowcze były niemożliwe z przyczyn oczywistych. Nawet, jeśli Polacy wprowadzeni zostali w sowiecką operację, to na bardzo ograniczonych zasadach i na ogół zajmowali dość wysokie stanowiska. (pomijam grupę „D” Departamentu IV, gdyż składała się ona na ogół z funkcjonariuszy polskich, działających na zlecenie KGB za wiedzą swoich przełożonych; nie wszystkich, oczywiście, ale tych „wybranych”). Do wszystkiego dochodziliśmy po roku 1990. O ile można było znaleźć dane z lat 1987-1990, o tyle lata poprzednie są nadal enigmą, a im bardziej w nie się zagłębiam, tym większe wątpliwości się rodzą. W dodatku, nie mieliśmy dostępu materiałów, które już dzisiaj mogą być dostępne.. Dlatego też, należy potraktować ten tekst jako hipotezę operacyjną opartą na doświadczeniach pracy kontrwywiadu na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie jest to również oskarżenie kogokolwiek.

Zadaniem „łapacza szpiegów” jest wykrywanie modus operandi przeciwnika, a nie podejrzewanie wszystkich naokoło. Jeśli chodzi zaś o „poważnych panów”, to…Zaryzykuję w obu kwestiach. Ostatecznie jednym z najważniejszych zadań kontrwywiadu – dzisiaj zupełnie nieobecnym – jest prewencja, a jej podstawowym elementem – edukacja społeczeństwa. Poza tym, minęło już ponad dwadzieścia lat i zmieniły się uwarunkowania wewnętrzne oraz zewnętrzne, determinujące modele działań wywiadowczych. Dobry wywiad reaguje na nie w sposób elastyczny.

Złożoność problemu naszych „kontrwywiadowczych badań historycznych” ilustruje następująca historia. W roku 1993 jeden z lokalnych kierowników likwidowanego przedsiębiorstwa poczuł na sobie – dosłownie – niezadowolenie pracowników. Był to starszy człowiek, około 70 lat. Nazwijmy go „Sasza”. Zeznając przed prokuratorem, roztrzęsiony i przerażony, stwierdził, że „jest Rosjaninem, oficerem KGB”, którego w roku 1956 „zaopatrzono w dokumenty polskiego zesłańca i wysłano do Polski”. Badania na wykrywaczu kłamstw potwierdziły, ze mówił prawdę. Jego zadaniem było uzyskanie pracy w przedsiębiorstwie zaopatrującym rozmieszczoną w okolicy jednostkę PGWAR. Według przygotowanych papierów był inżynierem. Pracę dostał bez kłopotu.

W ramach umowy z ZSRS, repatrianci z lat „odwilży” (1956-57), strona Polska powinna zapewnić wracającym do kraju Polakom prace oraz odpowiednie warunki życia. Nasz nielegał, miał dość konkretne zainteresowania i wykształcenie, legendę i dokumenty, szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Pracował, awansował, by w końcu zostać dyrektorem. Oczywiście, że ktoś mu pomagał. Przede wszystkim oficerowie KGB, którzy go łącznikowali, poprzez swoje źródła w Polsce. Nie zapomnijmy jednak, że liczba „pomocników” musiała zostać ograniczona do minimum ze względu na konspirację „Saszy”. Sam Rosjanin nie miał zresztą świadomości owej „pomocy” i rzeczywiście uznawał, że awansował dzięki kompetencjom i działalności partyjnej. W tam tych czasach, musiał być członkiem PZPR, by awansować. W dodatku wystarczyła „akceptacja” dowództwa jednostki PGWAR, które, po prostu, wyrażało wątpliwości, bądź nie, wobec współpracujących z nią oficjalnie obywateli polskich i w ten sposób otwierały się drzwi do kariery.

„Sasza” był zawsze na kontakcie dowódcy grupy KGB (w każdej jednostce taka grupa była). Ostatni pożegnał go, powiedział, że „czas na emeryturę”, po czym kazał mu wybrać czy zostaje w Polsce, czy wraca do Rosji. „Sasza” wybrał Polskę. Nic dziwnego. Tyle lat był nielegałem, że tam nic na niego nie czekało. Twierdził, że był sierotą. Tu też został sam. Żona, Polka, zmarła w latach 80-tych, a dzieci nie miał. Prowadzący zaakceptował wybór. Ustalił hasło i odzew oraz sposób kontaktu i kazał czekać cierpliwie. Nie pamiętam szczegółów tej łączności. Wiem tylko, że ktoś miał pojawić się w domu „Saszy”. Żadnych znaków, sygnałów na wypadek niebezpieczeństwa, planów awaryjnych, łączność tylko C-A, czyli w jedną stronę. Sugerowało to, że sami Rosjanie postanowili zakończyć z nim współpracę, zostawiając sobie jedynie furtkę, gdyby nielegał doszedł do ciekawej dla nich pozycji po likwidacji zakładu. Wątpili w to jednak chyba, gdyż „Sasza” był już starszym, schorowanym człowiekiem. Zmarł kilka miesięcy później w szpitalu.

Poligraf potwierdził nie tylko, że mówił prawdę, ale również to, że wierzył święcie w to, co mówił. To ostatnie dotyczy przekonania Rosjanina, że nigdy nie działał przeciwko Polsce. Miał jedynie chronić jednostkę „przed penetracją wrogich sił i obcej agentury”. Sprawdzał też dla KGB „miejscowych, zatrudnianych lub zaopatrujących armię, a także doraźne ekipy remontowe”. Zarabiał dość dobrze, więc nie brał wynagrodzenia z tytułu swojego właściwego zawodu. W KGB też awansował i doszedł do stopnia majora. Nie wiedział nic o sytuacji w ZSRS, ani w Rosji, poza tym, co przeczytał w gazetach. Nie było to też tematem rozmów z prowadzącym.

Najciekawszy był jeden wątek rozmów z „Saszą”. Nie przyjechał do Polski sam. Był szkolony w grupie trzech młodych ludzi. Nie znali swoich nazwisk. Rozstali się od razu po przyjeździe do naszego kraju w roku 1956 i już nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Tu Rosjanie popełnili błąd. Umieścili trzech nielegałów w jednej grupie repatriantów, wspólne przekroczenie granicy, co pozwoliło każdemu z nich poznać nową tożsamość drugiego. „Sasza” zapamiętał imiona i nazwiska. Jeden z jego kolegów jechał do Gliwic, a drugi na Opolszczyznę. Również w pobliże jednostki PGWAR. Sprawdziliśmy. Okazało się, że obaj w latach sześćdziesiątych wyemigrowali do RFN, jako osoby zamieszkałe w granicach Niemiec z roku 1937 (chyba punkt 4 konstytucji RFN). Tożsamość i legendę musieli mieć po żołnierzach Wermachtu, którzy zginęli gdzieś w Rosji. Powiadomiliśmy partnerów. W Polsce nie pozostawili po sobie żadnych śladów. Zresztą, zajęliśmy się czymś innych, a kierownictwo niechętnie patrzyło na takie „historyczne” badania.

Casus „Saszy” pokazuje łatwość z jaką Rosjanie mogli plasować u nas swoich ludzi. To był rok 1956 i przypadek sprawił, że można było trzydzieści prawie lat później podjąć próbę poznania przynajmniej mechanizmu. Niestety, tylko na podstawie jednego przypadku. Nikt przecież nie kontrolował działań „sojuszników”. Gorzej jest z latami siedemdziesiątymi i początkiem lat osiemdziesiątych. Praktycznie nie pozostawiono żadnych śladów. Przypuszczam, że do powstania „Solidarności” Polska była dla służb rosyjskich jedynie miejscem tranzytu. To znaczy, miejscem budowania legendy oraz legalizowania nielegałów przed przerzutem na Zachód. Mimo wszystko, emigranci z Polski budzili mniejsze podejrzenia niż osoby wyjeżdżające z ZSRS. Jest tez oczywiste, że koniec eksperymentu z Gierkiem i powstanie ruchów niezależnych w Polsce, a w końcu „karnawał Solidarności”, spowodował, iż Rosjanie zaczęli instalować swoich ludzi na naszym terenie. Być może zaczęli już wcześniej.

Po roku 1976, ale uważam osobiście, że do 1980 roku wykorzystywali istniejące już źródła, albo osoby, które znalazły się na Zachodzie. Pamiętacie akcję „powrotu” Niemców Nadwołżańskich” do RFN? Breżniew zezwolił na emigracje tych osób w latach siedemdziesiątych. Jaka była to okazja dla KGB i GRU pisać nawet nie muszę. Do polskiej opozycji, coraz bardziej widocznej po roku 1976 zaczęli docierać dysydenci z Rosji, a szczególnie z Niemiec. W większości wypadków byli to zapewne działacze autentyczni, ale należy założyć, iż Rosjanie sami budowali kontrolę ruchów „antysocjalistycznych i antyradzieckich”, bez udziału lokalnych służb bezpieczeństwa. No, może za wyjątkiem Stazi, która stałą się szczególnie aktywna po powstaniu „Solidarności”.

W latach 1980 i 1981 KGB zdawało sobie sprawę, iż nie wystarczą im „ich ludzie” w aparacie władzy. Potrzebują bezpośredniego dotarcia do środowisk opozycyjnych. Nie tylko po to, by monitorować działalność tych grup, ale także po to, by sprowokować je do działań, które byłyby korzystne z punktu widzenia ZSRS i jego polityki międzynarodowej, a także by „skanalizować” ją poprzez skłócenie ugrupowań składowych. W obozie władzy Rosjanie musieli wybrać tych, którzy stanowili rękojmię realizacji ich interesów. I wybrali.

Wiem, że na moją głowę spadną gromy, ale służby radzieckie (i rosyjskie) „kochały” zawsze zdecydowanie wrogie Rosji organizacje. Z dwóch powodów. Po pierwsze, była to znakomita legenda dla nielegałów. Nikt nie podejrzewał ich o agenturalność, a i Zachód chętnie „otwierał się” na takie osoby. Podwójna korzyść operacyjna. Po drugie, można było tak budować presję i zagrożenie, by oficjalna władza, akceptowała prorosyjskie grupki i sama eliminowała spośród siebie zwolenników innych rozwiązań lub nastawionych bardziej koncyliacyjnie.

Ostatnio, rozmawiałem z paroma działaczami środowisk antykomunistycznych na Zachodzie z tego okresu. Wszyscy, bez względu na dzielące ich różnice, stwierdzili jednoznacznie: słynny apel do robotników krajów socjalistycznych, przyjęty na pierwszym zjeździe „Solidarności” przeraził ich, a nawet wzbudził podejrzenia o to, iż jest prowokacją, służącą Kremlowi w budowaniu presji na KC PZPR. Był też nieskoordynowany z rozpoczynająca się zmianą polityki USA wobec ZSRS, toteż został poddany krytyce przez zachodnie środowiska polityczne.

Powtarzam: to nie jest moja opinia, ale pochodzi od ludzi, którzy wówczas tworzyli zintegrowany i prawdziwy ruch antysowiecki w Europie i w USA. I tu dochodzimy do lat 1980-1985. Pamiętajmy, że wtedy Polska nie byłą dla Rosjan najważniejsza. Od roku 1981 do 1983 następowało gwałtowne pogorszenie stosunków NATO-UW, zakończone ćwiczeniami Able Archer (listopad 1983), które Moskwa potraktowała, jako finalna fazę wszczęcia wojny „gorącej”. Mało brakowało. W dodatku, na Kremlu trwały walki frakcyjne. Zmarł Breżniew, Andropow usiłował kontynuować jego politykę, a presja ekonomiczna i technologiczna generowana przez USA powodowała powstawanie grup, usiłujących zmienić dotychczasowe „stalinowsko-breżniewowskie” podejście do świata. Nie chodziło o poluzowanie więzów imperialnych, ale o takie ich zakamuflowanie, by Zachód uwierzył w „ucywilizowanie się” imperium.

Jeden z komentatorów pytał mnie o lata 1983-1985. Nie mam danych, bo ich być nie może. Przynajmniej u nas. Uważam zresztą, że w tym czasie Rosjanie posługiwali się głównie „cudzymi” rękami. W podziemiu zaczęli pojawiać się „dysydenci z NRD”, a KGB zacieśniało stosunki z kierownictwami służb Układu Warszawskiego. Działo się to na poziomie bardzo wysokim i tak, by zakonspirować to przed „dołami” oraz ograniczyć jedynie do wybranych dokładnie osób. Czy to jest tylko czysta spekulacja, fikcja, czy są ku temu realne przesłanki? Nie odpowiem konkretnie na to pytanie. Mogę tylko powiedzieć, że moim zdaniem tak było. Wszyscy przecież czekali na koniec walk frakcyjnych na Kremlu. Służby sowieckie panowały nad sytuacją, ale także podlegały „wojnie na górze”. W swojej książce „Spisek Założycielski” przedstawiłem taką hipotezę.

Na początku tego tekstu napisałem dlaczego jest on tak ogólny. Brak materiałów, niechęć instytucji państwowych, szczególnie tych tajnych, do poszukiwania spraw podobnych do sprawy „Saszy” powoduje, że poruszać mogę się jedynie w polach spekulacji oraz hipotez. W roku 1997 mogłem zapoznać się z oryginałem tekstu Mitrochina dotyczącego Polski. Był to dla mnie szok. Kolejnym szokiem było wydanie oficjalne, gdzie tekst ten został okrojony. Czy to coś znaczy? Dla mnie tak, lecz nawet nie będę w stanie tego udowodnić. Potraktujcie więc, Państwo, ten artykuł, jak zbiór haseł do dyskusji. Może ktoś wie więcej? Może ktoś zna inne przypadki? Warto w końcu stworzyć pełniejszy obraz działań wywiadowczych ZSRS przeciwko Polsce i poprzez teren naszego kraju. Może wyjaśnimy kilka kwestii nurtujących nas obecnie?. Nie wiem, ale warto spróbować.

Bardziej konkretny, ograniczony jedynie wymogami tajności będzie opis modelu plasowania aktywów przez KGB i służby FR w Polsce w latach 1987-1995. Teraz jednak, jak w serialu sensacyjnym, kończę, gdyż „ciąg dalszy nastąpi”.