– Najpierw było moje rozliczenie z przeszłością, a dopiero później wywiad w tygodniku „wSieci” o tragedii w Smoleńsku. Inna sprawa, że ja tym wywiadem dałem się trochę podpuścić. Powinienem go udzielić, ale nie temu dziennikarzowi – mówi Januszowi Schwertnerowi w rozmowie dla Onet.pl były oficer służb specjalnych, płk. Piotr Wroński.

Piotr Wroński: – Zanim zaczniemy, to ja mam do pana pytanie.

Janusz Schwertner, Onet: – Tak?

Piotr Wroński: – Puści pan wszystko, co powiem?

Janusz Schwertner, Onet: – Puszczę. Chyba że nie zmieści się pan w granicach prawa.

Piotr Wroński: – Zgoda. To zaczynajmy.

Janusz Schwertner, Onet: – Jest pan byłym esbekiem, a równocześnie bożyszczem części prawicy i wrogiem III RP. Niezła mieszanka.

Piotr Wroński: – Da się to wytłumaczyć. Po pierwsze rozliczyłem się z własną przeszłością. Przyznałem ludziom rację i nie zaciemniałem obrazu. Każdy w życiu zrobił jakąś głupotę, ale nie każdy umie to wziąć na klatę.

Kiedy pan wstąpił do SB?

– W listopadzie 1982 roku. Czynną pracę zacząłem dwa lata później, po „Kiejkutach”, w 1984 roku, gdy na szczęście w służbach panował już inny świat od tego, który był wcześniej. Zresztą ja nie pracowałem w „czystym” SB, tylko w wywiadzie, z ludźmi – powiedzmy – trochę innymi. A i żadnych rodzinnych konotacji nie miałem. Sam się na to zdecydowałem, a dziś mogę tego tylko żałować i nie opowiadać głupot, że się nie ubabrałem, albo że byłem jakimś Konradem Wallenrodem. Działałem w zbrojnym ramieniu PZPR i w przeciwieństwie do wielu kolegów, potrafiłem wyznać to prosto w twarz.

Dokonał pan coming outu, ale to chyba nie stąd wzięła się miłość prawicy.

– Z tą miłością to niech pan nie przesadza. Co najwyżej sympatia, i to pewnej części.

Coś mi się nie chce wierzyć. Prawica tak łatwo nie wybacza grzechów z przeszłości.

– Po 1989 roku zamknąłem za sobą drzwi. Zacząłem, przynajmniej chciałem zacząć, nowe życie Odciąłem się od przeszłości i zająłem kontrwywiadem. Nie zakłamywałem rzeczywistości, bo prawda była taka, że pracując w SB, wszyscy podlegaliśmy jednemu kierownictwu. A to kierownictwo żądało od nas, byśmy rozpracowywali ludzi opozycji. Teraz, gdy jestem już na emeryturze, nie tylko się publicznie przyznałem, ale też potrafiłem trzeźwo ocenić to, co stało się przy Okrągłym Stole i później.

Racja, pan zaczął publicznie mówić, że przy Okrągłym Stole doszło do zdrady. Prawicy mogło się to spodobać, ale i to za mało, by facet z pańską przeszłością mógł liczyć na dowody sympatii.

– Uczepił się pan tej sympatii, a ja mówię po prostu o wyciąganiu wniosków. Ja naprawdę w tym 1989 roku mocno wierzyłem, że te wszystkie układy i całą tę komunistyczną przeszłość zdołamy rozliczyć. Liczyłem na to, że przy Okrągłym Stole nie zostaną wykluczeni ludzie z „Solidarności Walczącej”, trzymałem kciuki za rząd Olszewskiego i dekomunizację. Tylko nic z tego nie wyszło. Dziś za to płacimy. Prawica, która jest w kontrze do tego całego salonu, którzy rządził Polską przez 25 lat i doprowadził do olbrzymiej patologii, teraz stara się to wszystko odkręcić. Nie we wszystkim się z nią zgadzam, ale na wiele rzeczy patrzymy podobnie.

Niech będzie, że prawica docenia pańskie wyznanie win i poglądy na III RP. Ale uczciwie mówiąc, chodzi po prostu o Smoleńsk. Pan uważa, że 10 kwietnia doszło do zamachu.

– Nic nie docenia. Najpierw rozliczenie z samym sobą, czyli książka „Spisek założycielski”, w której napisałem o III RP i manipulacjach Okrągłego Stołu, a dopiero później mój wywiad w tygodniku „wSieci” (gdzie po raz pierwszy płk Piotr Wroński wygłosił swoją teorię zamachu – przyp. red.). Myli pan kolejność. Inna sprawa, że ja tym wywiadem dałem się trochę podpuścić. Powinienem go udzielić, ale nie temu dziennikarzowi. Dlaczego? Pan nie pyta. Nie znałem wtedy środowiska dziennikarzy wszystkich opcji.

Zmienił pan zdanie odnośnie do katastrofy w Smoleńsku?

– Nie, ja nadal twierdzę, że doszło do zamachu. Tylko pozostaje kwestia definicji.

To wygląda na zwykłe mieszanie w głowach, także u bliskich ofiar tej katastrofy. Pan wie, że bierze za to odpowiedzialność.

– Zbyt długo istniała tylko jedna obowiązująca wersja, żebym teraz siedział cicho. Mówię o odpowiedniej definicji, bo ja nie wiem, czy doszło do wybuchu, czy był trotyl, bomba, i jak to było z brzozą. Takie hipotezy winny być rozpatrywane od początku, lecz ja nie znam się na technice i awiacji. Wiem za to, że samolot można strącić za pomocą odpowiedniego zestawu niespełnionych procedur.

Co pan ma na myśli?

Uważam, że wszystko było przygotowane tak, żeby ten lot się nie udał. Chce pan przykłady? Proszę bardzo. Inspektor sanitarny w ciągu tygodnia rozesłał do wszystkich rodzin pismo zabraniające im otwierania trumien. Zniknął protokół kontroli pirotechnicznej przed lotem. Nie ma pisma i protokołu z wizyty studyjnej, która odbyła się dwa tygodnie wcześniej. Gdzie są wszystkie teczki, dokumenty, noty? Jak to możliwe, że wszystko nagle poginęło?

Czytelników odsyłam do strony „faktysmolensk.niezniknelo.com”, gdzie znajdą odpowiedzi. Ale czy pan naprawdę bałagan, jaki panował przed Smoleńskiem, nazywa zamachem?

– Bałagan to ja mogę mieć w domu i o to może mieć do mnie pretensje moja żona. Ale gdy takie rzeczy dzieją się na poziomie państwa, to trzeba już mówić o intencjonalności. Według mnie za konkretnymi zaniedbaniami stoją konkretne osoby, które należy ukarać. Po prostu, ktoś z przeciwnego obozu politycznego zasugerował, by zrobić wszystko, żeby ten samolot nie poleciał; z nadzieją, że może w końcu poleci i spadnie. I to dla pana jest zamach czy nie jest?

Kto tak zasugerował?

– To trzeba wyjaśnić.

Pan wyjaśnia tę katastrofę podobnie jak minister Macierewicz. Wiele oskarżeń, ale żadnych dowodów.

– Nie rozumie pan. My w Polsce w ogóle jesteśmy wszyscy w gorącej wodzie kąpani. Nagle wszyscy stali się specjalistami od chemii organicznej, od patologii, od awioniki, lotnictwa…

Nie. Katastrofę badali polscy specjaliści i to oni ustalili okoliczności tragedii.

– A ja konsekwentnie mówię to, na czym sam się znam. Z racji swojej pracy w służbach i mojego doświadczenia, wiem, jak działa państwo i jak funkcjonuje przestrzeganie procedur. I tylko na tym się koncentruję. I powtarzam: wszystko było przygotowane tak, żeby ten lot się nie powiódł. A później natychmiast ogłoszono wersję o błędach pilotów. Zadziwiająco szybko. Oglądałem relacje po Smoleńsku w czterech różnych telewizjach: w polskiej, rosyjskiej, amerykańskiej i brytyjskiej. Tylko w tych dwóch pierwszych poszła jednoznaczna narracja o błędach. Nie dziwi to pana?

Telewizje relacjonowały pierwsze ustalenia. Później zaczęło się dochodzenie, a polska prokuratura brała pod uwagę wszystkie hipotezy. Zamach wykluczyła.

– A ja, jako oficer wywiadu, uważam, że od początku ktoś „wrzucił” odpowiednią narrację. Zresztą, ja w dniu tragedii w Smoleńsku pracowałem jeszcze w Agencji Wywiadu. Byłem pewny, że zaraz po rozbiciu się samolotu, wszyscy zostaniemy postawieni w stan najwyższej gotowości. Czekałem, byłem gotowy. I nic takiego nie nastąpiło. Dlaczego i o to nie zadbano?

Mimo braku materialnych dowodów będzie się pan trzymał teorii zamachu?

– W służbach jest zasada: wszystkie hipotezy są równouprawnione.

Nie przeszkadza panu, że teorie wygłaszane przez Antoniego Macierewicza zaczęły się wzajemnie wykluczać?

– Minister stara się znaleźć dowody materialne, żeby sprawa stała się ewidentna.

Szuka tych dowodów na przekór wszystkiemu?

– Nie, to pan powiedział. Ale mnie naprawdę nie interesuje trotyl, brzoza, badanie szczątek, bo ja się na tym nie znam. Chcę, żeby pan to zaznaczył: w zakresie łamania procedur i intencjonalnych prób przeszkadzania tej wizycie, to był zamach.

Rozmawiał pan o tym osobiście z Antonim Macierewiczem?

– Nie.

Wie pan, jak zareagował na pański głośny wywiad w „wSieci”?

– Z tego, co wiem, niechętnie spojrzał na tę publikację. Nie dziwię mu się, powiedział, że uważa mnie za prowokatora. Jak by Pan zareagował po tylu latach deprecjonowania?  Ale to było wtedy, dziś to już nieważne. Ja konsekwentnie mówię to samo, robię swoje i piszę swoje.

Zapyta go pan o okoliczności jego powrotu ze Smoleńska do Warszawy w dniu katastrofy?

– Dla mnie ta sprawa jest jasna. Musiał wrócić, żeby zabezpieczyć sytuację w kraju. Doszło do tragedii, w której zginęło wiele osób z jego środowiska politycznego, więc co on miał robić w Smoleńsku? Zrobił to, co do niego należało: wrócił i starał się zintegrować swoje środowisko. Sprawdzić, czy nie postępuje dalsza destrukcja PiS i czy nie dojdzie do kolejnego uderzenia.

Wtedy rządziła PO. Czego w kraju pilnować miał Macierewicz?

– Już powiedziałem. Bezpieczeństwa tych, którzy zostali. Naprawdę nie było wiadomo, co jeszcze się wydarzy.

Może chodziło o zabezpieczenie kopii archiwów Służby Kontrwywiadu Wojskowego?

– Nie wykluczam tego. W Warszawie zostało wiele dokumentów, które miały ogromne znaczenie. Także związanych z likwidacją WSI. Ale nie wiem nic więcej. Na pewno jednak nie było sensu zostawać na obcej ziemi.

Powiedział pan, że służby muszą przyjmować różne hipotezy. A czy politycy powinni opowiadać o teoriach spiskowych w blasku fleszy?

– W tej sytuacji nie ma już wyjścia. Sprawa dotyczy polskiego prezydenta i niemal całej czołówki polskiego państwa. W Stanach Zjednoczonych wciąż mówi się na głos o wątpliwościach związanych ze śmiercią Johna Kennedy’ego. Rozmawiałem kiedyś z szefem lokalnego FBI z Dallas, który mnie przekonywał, że Lee Harvey Oswald nie był prawdziwym zabójcą prezydenta USA. Że to była jedna wielka manipulacja. Takie tematy rozpalają. Choć wiem, że cierpią ludzie Bogu ducha winni.

Wywiadowany płk. Piotr Wroński, to były oficer służb specjalnych, autor książek m.in. Spisek Założycielski. Historia jednego morderstwa (wydawnictwo: Editions Spotkania)  Czas nielegałów (wydawnictwo Fronda). Autor programów telewizji internetowej portalu wRealu24: Piękna i bestiaSzpiedzy z Madagaskaru”, publikuje na portalu Pressmania.pl. Twierdzi, że jest znienawidzony przez »koleżeństwo«”.