Kiedy udzieliłem wywiadu dla GP (przeprowadził go Michał Rachoń) i następnie wystąpiłem w programie pani Doroty Kani, mówiąc otwarcie o „krecie w AW”, nie pozostawiono na mnie „suchej nitki”. Również „W Sieci”, po zeszłorocznym wywiadzie, w którym były podobne sugestie, uznało mnie za prowokatora, a prowadzący rozmowę dziennikarz obraził się na mnie i uznał, że „straciłem umiejętności operacyjne”. „Koleżeństwo” ze wszystkich lat, ci z dobrym i ci ze złym PESELEM rozpoczęło zgodną działalność „deprecjacyjną”. Informacja, potwierdzająca niejako to, co mówiłem staje się nagle sensacją.

To, że jakiś oficer wywiadu jest „na przykryciu” w MSZ nie jest szokujące i naganne. W każdym wywiadzie na świecie bywa tak samo, a dla niektórych – nie tylko wschodnich – MSZ staje się swoistą filią, co uważam osobiście za błąd. W przypadku, wskazanym przez portal „wPolityce” implikacje mogą być poważne, bo sprawa dotyczy 10 kwietnia.

Nie mogę w publicznym tekście napisać konkretnie dlaczego, ponieważ nie jestem zwolniony z tajemnicy, a część odpowiedzi jest w ściśle tajnej instrukcji operacyjnej i procedurach, obowiązujących oficerów zewnętrznych, prowadzących ich funkcjonariuszy oraz zgodnej z wymienioną instrukcją dokumentacji. Na miejscu komisji i prokuratury sprawdziłbym czy wszystko było zgodne z tym dokumentem i gdzie są, o ile są, materiały. Jeśli ktokolwiek, w jakiejkolwiek służbie, wszczął sprawę operacyjną „na Smoleńsk”, zapytał bym na jego miejscu kto i dlaczego został nagle przeniesiony do rezerwy kadrowej i zmuszony do odeprokujścia na emeryturę i kto nagle awansował na kierownicze stanowisko mimo orzeczenia o „niepełnej przydatności”. To może nie mieć, oczywiście, związku, ale wymaga wyjaśnień.

Spodziewam się „zgrilowania” przez wszystkie strony za ten post.

Czytaj więcej.