Tłok. Ścisk. Wielka ludzka pulpa, żyjąca własnym życiem pomimo czterdziestu wzajemnie się nienawidzących odnóży. Od samego początku wiesz, że to będzie udany dzień. Jedziesz, bo jesteś debilem. Masz tyle lat, co masz i nie masz prawa jazdy. To twoja wina. Mogłeś chociaż wziąć rower leniwa świnio. Zasłużyłeś. I nie łudź się, że nastąpi jakieś katharsis, że to wszystko ma jakiś sens. Nie ma.

Wsiada jakaś pani. Starsza. Nie starsza. Nigdy nie wiadomo. Ustępujesz miejsca. Och, ale pan miły. Ale ja dziękuję. Ja wolę stać. Nie, nie, niech Pani usiądzie. No dobrze, skoro Pan nalega. [Nie nalegam, ale jak pani nie siada, to na tym wąskim odcinku między krzesełkami jest jeszcze mniej miejsca.] Dziękuję Panu. Proszę. Nie ma za co. Jest Pan bardzo miły. Dziękuję. Nie, nie, to ja dziękuję. Ale mogłam postać. Naprawdę. [Jasne kurwa].

Czasami poszczególne części pulpy są dla siebie miłe, choć przecież nie mają wspólnych interesów i cały czas prowadzą wojnę. O miejsce. O powietrze. O przestrzeń wolną wyziewów. Kaszlów. Pochrząkiwań. Od tych wszystkich wiszących w powietrzu zarazków.

Gorąco. Upał. Kurwa jak oni grzeją. Jakby ludzie tu wsiadali na golasa to wciąż byłoby im za gorąco. Tu przecież musi być jakaś klimatyzacja. Nie działa. Jedziesz. W zasadzie jesteś prawie pewien, że pieszo posuwałbyś się niemal tak szybko jak na niektórych odcinkach tej trasy. Bo przecież Gdynia. Miasto z morza i korków. A może z marzeń i korków? Albo z korków i korków.

Na Leszczynkach wsiada jakiś kloszard. Kurwa. Ja pierdolę. Jeszcze tego tu brakowało. Ale przecież to twoja wina. Mogłeś nie być debilem. Poza tym to taki sam człowiek jak ty. Może lepszy nawet. Pewnie lepszy, nie ocenia bez sensu od razu. Nie wartościuje. Nie klasyfikuje rzeczywistości przed jej poznaniem jakimkolwiek.

Wmontował się w pulpę. Tłuste kudły wystają mu spod czapy. Stoimy wszyscy. W zasadzie trzęsiemy się równomiernie. Łup. Bum. Co czas jakiś wpadamy na siebie udając, że nie chcieliśmy tak mocno. No jak pan jedzie! Jakby z ziemniakami jechał nie z ludźmi! Jakaś pani krzyczy. Kloszard się uśmiecha. Do wszystkich. Ma czarną, puchową kurtkę. Więcej dziur niż kurtki. Brudne spodnie. I te włosy. Te tłuste, wijące się, kręcone kudły spozierające spod czapy niczym odnogi meduzy. Masz prawie pewność, że zaraz wypierdolisz swoim ryjem prostą w ten jego tłusty łeb.

Śmierdzi. Nie tylko kloszard. Wszyscy śmierdzą. Potem. Mierzwą. Brudem jakimś bliżej nieokreślonym. Jak to kurwa możliwe, przecież jest rano. Gdzie oni zdążyli tak się zapuścić. Kiedy. Kloszard znów się uśmiecha. Też się uśmiechasz. Jesteście częścią tego samego wijącego się organizmu. Homo viator. Human centipede. Nagle dzwoni telefon. To do niego. Wyjmuje komórkę. O, przypominasz sobie, że miałeś taką we wczesnych latach 90-tych. Nawet ten sam dzwonek chyba. Na pewno ten sam.

Kloszard zaczyna rozmawiać. Szok. Naprawdę. Po francusku. Mówi perfekcyjnie. Oczywiście tylko na tyle, na ile umiesz to ocenić. Ale przecież słyszałeś Francuzów i Niefrancuzów mówiących po francusku. On mówi cudownie. To piękny język. Ale on to wie. On się nim delektuje. Boże, jak on pięknie mówi. I nagle uderzenie. Derrida coś tam. Differance coś tam. Filozofia coś tam. Społeczeństwo coś tam. Wyłapujesz słówka. I już wiesz. Wszystko jasne.

To filozof, nie żaden kloszard. Ale przecież to i tak bez różnicy.

artur-ceyrowskiAutor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz