Koniec roku i wszyscy wpadli w szał podsumowań, głownie optymistyczno-euforycznych. Nie jestem pesymistą. Patrzę trzeźwo na świat, nie lubię idiotycznych bajek o wróżkach, trollach i innych krasnoludkach. Nie odbierajcie więc tego, jako czarnowidztwo, ale raczej jako temat do przemyśleń. Nie zapominajmy, że dwadzieścia pięć lat Polski sprywatyzowanej, to więcej niż rok i trzeba czasu, by zrównoważyć ćwierć wieku bez gwałtownej rewolucji, tym bardziej, że owa Polska sprywatyzowana ma wiele twarzy, czasem w najmniej spodziewanych miejscach. Mam nadzieję, że przyszły rok będzie pomyślny, gdyż to właśnie 2017 należy uznać za rok przełomowy, a nie ten mijający. Mniejsza o to.

Chciałbym również, by powstał w Polsce ruch narodowy. Zjednoczony i mocny, nie infiltrowany przez wszystkich na około, a nie naiwny zbiór niespełnionego „ja” przywódców. Ruch ten, by mieć szansę, musi redefiniować zagrożenia, gdyż nie są one tożsame z zagrożeniami z czasów Dmowskiego, choć wydają się być podobne z pozoru. Musi też wypracować konkretny program polityczny i gospodarczy, a nie w koło obracać się w kręgu utartych schematów, zapominając o geopolitycznych zmiennych. Ostatnia sprawa. Najtrudniejsza. Nowy ruch narodowy musi redefiniować pojęcia tak, by były jednoznaczne, nie zrelatywizowane, ale także uwzględniające wiek XXI i naszą historię ostatnich stu lat. To wydaje się być niemożliwe. Też tylko pozornie, chociaż i ja wątpię, by dzisiejsi przywódcy rozczłonkowanych ruchów narodowych, byli w stanie poradzić sobie z pojęciem „polskości”, tak, by nie zarzucano im wzorów z Rosenberga. Dobrze! Nie wymądrzam się już i nie pcham „między wódkę i zakąskę”. Jest przecież tylu znawców tematu ze stopniami naukowymi. To tylko nadzieja i życzenia na nowy rok.