Polityka transportowa dużych miast budzi coraz większe kontrowersje. Z jednej strony ogranicza się ruch samochodowy w imię zdrowia i ekologii, z drugiej – promuje elektromobilność jako rozwiązanie przyszłości. Czy te działania są spójne, czy raczej pełne sprzeczności?

Polityka transportowo-komunikacyjna jako system sprzeczności

Polityka transportowo-komunikacyjna w dużych miastach to – w mojej ocenie – przykład poważnej niespójności. Widać to szczególnie w zestawieniu lokalnych restrykcji z polityką elektromobilności promowaną przez Unię Europejską i realizowaną (lepiej lub gorzej) przez rząd oraz dedykowane ministerstwo. Nie chodzi wyłącznie o Strefy Czystego Transportu (SCT), lecz o całokształt działań.

Utrudnianie życia kierowcom

W Krakowie – podobnie jak w wielu innych miastach – od lat prowadzona jest konsekwentna polityka utrudniania życia kierowcom. Już w czasach PRL wprowadzono strefy płatnego parkowania.

Obecnie realizowane są kolejne działania o charakterze „korkotwórczym”: zwężanie ulic, przekształcanie ich w jednokierunkowe, likwidowanie sygnalizacji świetlnej na istotnych skrzyżowaniach czy brak nowoczesnego monitoringu ruchu.

W efekcie, mimo zielonego światła, kierowcy często stoją w miejscu – jakby sygnalizacja nie była w stanie reagować na realną sytuację drogową. W XXI wieku systemy sterowania ruchem mogłyby być przecież skorelowane ze stanem faktycznym i dynamicznie dostosowywać się do natężenia ruchu.

Parkowanie i „rotacja”

Równolegle likwiduje się miejsca parkingowe, przeznaczając znaczne środki na montaż słupków ograniczających parkowanie na chodnikach. Jeśli miejsca postojowe już są, często wyznaczane są równolegle do krawężnika, bez czytelnych linii określających ich szerokość. Powstaje pytanie, na jakiej podstawie określa się liczbę dostępnych miejsc.
Towarzyszy temu argument o „rotacji”, która – według władz – ma poprawiać dostępność miejsc parkingowych.

Ścieżki rowerowe i organizacja ruchu

Wyznacza się kolejne ścieżki rowerowe, choć w praktyce część użytkowników – np. kurierzy dostarczający jedzenie – i tak porusza się chodnikami, mimo że jest to zabronione. Brak skutecznego egzekwowania przepisów sprawia, że regulacje często pozostają martwe.

W rezultacie ruch w mieście spowalnia, a kierowcy krążą w poszukiwaniu miejsc postojowych lub poruszają się z minimalną prędkością. Wszystko to uzasadniane jest troską o zdrowie publiczne. Tworzy się wskaźniki, prowadzi pomiary i podnosi argumenty dotyczące chorób oraz zanieczyszczeń, odwołując się do poczucia zagrożenia.

Elektromobilność – druga strona medalu

Równocześnie Unia Europejska promuje elektromobilność, przeznaczając miliardy euro na jej rozwój. W Polsce funkcjonują rządowe programy dopłat do samochodów elektrycznych – przy czym dotyczą one głównie nowych pojazdów. Właściciele aut elektrycznych są (przynajmniej na razie) zwolnieni z opłat za parkowanie i mogą korzystać z buspasów.

W Krakowie wprowadzono jednak rozwiązania ograniczające również ten przywilej – poprzez oznaczenia „nie dotyczy MPK”, co w praktyce wyłącza samochody elektryczne z możliwości jazdy buspasem.

Gdzie tu spójność?

Powstaje zasadnicze pytanie: jak pogodzić lokalną politykę ograniczania ruchu samochodowego z jednoczesnym promowaniem elektromobilności jako rozwiązania ekologicznego i przyszłościowego?

Jeśli pojazdy elektryczne są bezemisyjne i korzystne dla zdrowia, to dlaczego ich użytkownicy podlegają tym samym ograniczeniom infrastrukturalnym – zwężeniom ulic, likwidacji miejsc parkingowych czy reorganizacji ruchu – co właściciele aut spalinowych?

Logicznie rzecz biorąc, wraz z eliminacją samochodów spalinowych (planowaną w perspektywie około 2050 roku) restrykcje motywowane walką z emisją powinny tracić rację bytu.

O ile oczywiście celem tych działań rzeczywiście jest wyłącznie redukcja emisji.

Paradoks „zeroemisyjności”

Na marginesie można zauważyć, że skoro samochód elektryczny określany jest jako zeroemisyjny, to jego wpływ na jakość powietrza – przynajmniej lokalnie – jest minimalny. W tym kontekście pojawia się ironiczne pytanie: czy intensywny wysiłek fizyczny, np. jazda rowerem pod górę, nie generuje większej emisji CO₂ z punktu widzenia pojedynczego użytkownika?

To oczywiście uproszczenie, ale dobrze ilustruje skalę sprzeczności w argumentacji.
Całość tych działań sprawia wrażenie braku spójnej wizji transportu miejskiego. Z jednej strony ogranicza się motoryzację jako taką, z drugiej – inwestuje w jej elektryczną odmianę. Bez jasnego określenia, czy problemem są emisje, czy sama obecność samochodów w przestrzeni miasta, trudno mówić o konsekwentnej polityce.