Żołnierze Niezłomni stali się pretekstem dla wyrażania przez różne osoby osobistych uprzedzeń oraz wylewania jadu nienawiści na wszystko, co im się z Niepodległą Polską kojarzy. Takie widzenie rzeczywistości polskiej charakterystyczne dla okupantów sowieckich w latach PRL, powoduje, że u niektórych powracają nawet kalki językowo-pojęciowe.

Zadaniem historyka opisującego tamte wydarzenia jest podawanie faktów a nie ocen, publicysta ma jednak tę możliwość, że może podjąć polemikę także z ocenami. Zastanówmy się zatem nad pochwałą „warcholstwa” i „ruchawki”. I nad historią Wojska Polskiego.

DZIEDZICTWO „WARCHOLSTWA” W POLSCE

Pragnący zaistnieć w życiu publicznym starszy pan napisał tekst o „warcholstwie w temacie”, w którym wezwał do wskazania korzyści dla Polski i Narodu Polskiego z „ruchawki” Żołnierzy Wyklętych. Abstrahując od błędów językowych – bowiem w temacie mogą występować wyrazy i frazy, ale wypowiadać należy się na temat – jego tekst jest przykładem skrajnej manipulacji pojęciami i informacjami z polskiej historii, lub też dowodem jego totalnej niewiedzy. I tak ocenili to czytelnicy.

Nie wiadomo, czy określenie „warcholstwo” nakierowywał ów autor na Żołnierzy Wyklętych, czy chciał naznaczyć nim osoby upamiętniające antykomunistyczny opór Polaków. Warto jednak zauważyć, jak głęboko w przesiąkniętych „Polską Ludową” i komunistyczną propagandą ludziach tkwi „syndrom peerelu”, syndrom Homo sovieticus, jak go określił ś.p. ks. Józef Tischner.

Czymże bowiem w języku PRL było „warcholstwo” i kim byli „warchołowie”? Według słownika warcholstwo to awanturnictwo, jednak to pierwsze określenie ma zdecydowanie większe nacechowanie pejoratywne.

Historia Polski pełna jest opisów zrywów społeczeństwa, starającego się bronić czy odzyskać niepodległość naszej ojczyzny. Większość z nich skierowana była głównie lub m.in. przeciwko najeźdźcom ze wschodu, czyli zaborcy rosyjskiemu. To wtedy warchołami nazywano konfederatów barskich, wśród których był Kazimierz Pułaski. Później na miano to zasłużyli insurgenci Tadeusza Kościuszki, z Jakubem Jasińskim, szewcem Janem Kilińskim i wieśniakiem Wojciechem Bartosem czyli Bartoszem Głowackim. Sprzeciwiali się bowiem carskiej ingerencji w sprawy polskie i czynnie stawili opór rosyjskim najeźdźcom.

Warcholstwa w rozumieniu cara dopuszczali się Jan Henryk Dąbrowski z Józefem Wybickim, gdy z Legionami chcieli przybyć „do Polski z ziemi włoskiej”, a później książę Józef Poniatowski, który dla wskrzeszenia i zachowania ojczyzny śmiał nawet wyruszyć z Napoleonem pod Moskwę. Warchołem był spiskowiec – major Walerian Łukasiński, próbujący pracy organicznej czyli montowania konspiracji wśród wojska Królestwa Polskiego, był nim Piotr Wysocki, ze swoimi podchorążymi i wszyscy powstańcy listopadowi z Janem Skrzyneckim, Józefem Chłopickim, Ignacym Prądzyńskim, Józefem Bemem czy Maurycym Mochnackim. Warchołami byli uczestnicy Wiosny Ludów, którzy także dostrzegali potrzebę odzyskania niepodległości przez Polskę. Warchołami byli powstańcy styczniowi z Romualdem Trauguttem, Dionizym Czachowskim czy Ludwikiem Narbuttem.

I wreszcie Józef Piłsudski ze swoją Organizacją Bojową, później Legionami Polskimi i Polską Organizacją Wojskową. To dzięki nim wszystkim był, niestety krótki, bo zaledwie dwudziestoletni, czas Polski Niepodległej.

I znów zapadła kolejna noc okupacji – na pięćdziesiąt lat. I znów pojawiło się „warcholstwo” – żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego z Akcją „Burza” i Powstaniem Warszawskim, Żołnierze Niezłomni, robotnicy poznańscy w czerwcu 1956 r., studenci w marcu 1968 r. i robotnicy wybrzeża w grudniu 1970 r., robotnicy Radomia i Ursusa i ponownie wybrzeża w czerwcu 1976 r. a wreszcie „Solidarność” w roku 1980. Propaganda komunistyczna pełna była w owych latach epitetów „warchoły” i „warcholstwo”.

Ale bywało i tak, że kiedy komunistyczni władcy chcieli się uwiarygodnić wśród polskiego społeczeństwa, sięgano po owo „warcholstwo”, po niepodległościowe tradycje oraz ich personalne symbole. Dlatego tworząc polskojęzyczną armię mającą w zamierzeniu Stalina uzasadniać powstanie tzw. siedemnastej republiki sowieckiej – „polskiej” – nadawano jej jednostkom patronaty nawet osób najbardziej przez Rosjan znienawidzonych. Bo chociaż 1. Dywizja Piechoty nosiła imię T. Kościuszki, który wprawdzie z carem walczył, ale później dał parol, czyli słowo honoru, że już nie będzie – i go dotrzymał, ale już 2. DP nadano imię J.H. Dąbrowskiego, a 3. DP patronował – o zgrozo – R. Traugutt! 4. DP nosiła imię J. Kilińskiego, 8. DP B. Głowackiego a 1. Brygada Artylerii Armat J. Bema.

Piękny przykład zastosowania fasady o głębokich treściach antynajeźdźczych i antyrosyjskich, mającej ukryć – i jak pokazała praktyka dosyć skutecznie zamazującej, przynajmniej w części polskiej opinii, rzeczywiste i tradycyjne cele rosyjskiego imperium – zniewolenie i zniszczenie Polski.
Zatem używanie wobec Żołnierzy Wyklętych określenia „warcholstwo”, jeżeli ma ubliżyć im czy umniejszyć znaczenie, właśnie dlatego że pokazuje ową ciągłość polskiej tradycji walki o niepodległość i wyzwolenie spod rosyjskiej „przyjaźni i braterskiej miłości” jest raczej komplementem… choć wątpliwej klasy. Ot, prawdziwego mężczyznę poznaje się po klasie komplementów. Używanie zaś owego epitetu wobec osób szanujących polską tradycję i pamiętających, że jest to Narodowe Święto Żołnierzy Wyklętych – jest tylko przypomnieniem propagandowego prymitywizmu władz i środowisk komunistycznych.

ZBRODNIARZE, FAŁSZERZE Z UB KONTRA ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI – DROGA DO BILANSU

Czy można sporządzić bilans zysków i strat antykomunistycznego powstania i oporu Polaków? Zapewne można i niewątpliwie będzie on korzystny dla Żołnierzy Niezłomnych i dla wszystkich Polaków. Ale najpierw musimy poznać prawdę o działaniach okupanta, o rzeczywistej skali i przejawach oporu i o skali zafałszowania owych wydarzeń przez funkcjonariuszy UB i PPR.

Owa „ruchawka” – swoją drogą to kolejne słowo mające pejoratywny podtekst, ale znowuż przeciwskuteczne używającym go carsko-sowieckim poplecznikom – Żołnierzy Niezłomnych była wynikłą z konieczności i narzuconych okoliczności kontynuacją Akcji „Burza” i Powstania Warszawskiego. Czy zatem całość działań powstańczo-niepodległościowych od 1939 do przynajmniej 1956 r. należałoby sprowadzić do miana „ruchawki”? No tak, i w myśl tego co zaproponował ów pan, powinniśmy byli „polubić” okupantów. To byłby prezent dla Stalina, a oczywiście wcześniej, idąc tym tokiem rozumowania, dla Hitlera. A jak byśmy tak ich polubili, to grzecznie dalibyśmy się wywozić, najpierw do Auschwitz, później na Sybir. Bo przecież takie były generalne założenia najpierw Generalplan-Ost czyli planu kolonizacji i podporządkowania ziem na wschodzie – przez III Rzeszę, a później „marszu rewolucji w głąb Europy” czyli kolonizacji i podporządkowania świata w wykonaniu sowieckiej Rosji.

Autor ów posłużył się całkowicie fałszywą tezą o pozytywizmie. Pozytywiści bynajmniej nie polubili cara i okupantów. Po prostu zdali sobie sprawę, że na tamtym etapie, po krwawym stłumieniu Wiosny Ludów i później Powstania Styczniowego zaborcy są zbyt mocni, by przeciwstawiać się im militarnie. Ale wiedzieli, że najważniejsza jest tożsamość. Dlatego zaproponowali zamiast irredenty zbrojnej irredentę ducha – edukację kulturalną i społeczną, mającą podnosić poziom polskiego społeczeństwa i dawać mu siłę przetrwania. Polski język, polską kulturę, polski pacierz, polską tradycję. Tym właśnie był pozytywizm, a nie żadną kolaboracją z caratem.Zatem tak postawione tezy i rzekome argumenty są i głęboko nieprawdziwe i niegodne Polaka.

Trzeba pamiętać, że dzięki wybuchowi, skali i długotrwałości Powstania Warszawskiego Stalin podjął decyzję o rezygnacji z włączenia Polski do ZSRS jako 17. republiki. Potwierdzają to relacje zaangażowanych po stronie komunistycznej Polaków, m.in. generała Leona Nałęcz-Bukojemskiego, zastępcy dowódcy artylerii 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS a później dowódcy Okręgu Wojskowego w Lublinie. Zrezygnowano wtedy z włączenia Polski do Związku Sowieckiego, ale nie z podporządkowania jej.

Nie zaprzestano wywozów żołnierzy AK na Sybir i innych represji, mających całkowicie skolonizować podbite ziemie. Dopiero skala oporu Polaków, paradoksalnie zwiększająca się w miarę upływu czasu od zainstalowania władzy komunistycznej i wzmagania represji, uświadomiła czynnikom sowieckim, iż… prawie całego narodu nie są w stanie wymordować i wywieźć na Syberię czy w głąb kazachstańskich stepów. A przynajmniej nie w krótkim czasie i nie bez kosztów własnych. Tymczasem mimo potężnej anglo-saskiej pomocy w środkach walki i żywności Rosja była wycieńczona wojną.

Informacje o oporze Żołnierzy Wyklętych docierały także do wolnego świata, od którego Sowieci potrzebowali nadal i jeszcze więcej rozmaitej pomocy surowcowej i politycznej. To te czynniki zmusiły Stalina i jego polskojęzycznych sługusów do zmiany kursu wobec Polaków i do uwzględnienia w polityce na ziemiach polskich przynajmniej pozorów odrębności i odmienności, realizowania jej inaczej niż w większości pozostałych krajów bloku wschodniego. Chociażby w polityce rolnej – bardziej zakamuflowane i wolniejsze niż gdzie indziej uspółdzielczanie rolnictwa, czyli wprowadzanie kołchozów, czy polityce wobec kościoła, który okazał się twardą ostoją polskości i patriotyzmu.

Gdyby nie opór Żołnierzy Wyklętych nie byłoby Polski, a co najwyżej polskojęzyczna posowiecka enklawa Rosji. Nie wiadomo zresztą, czy byłaby nawet polskojęzyczna, bo przecież całkowite podporządkowanie Rosji pozwoliłoby na całkowite wynarodowienie. Zatem, być może w takiej „Polszy” nawet mówienie po polsku byłoby konspiracją, zapewne srogo karaną, i nawet psy by szczekały i koty miauczały po rosyjsku.

Nie byłoby niewątpliwie także Litwy, Łotwy, Estonii, dzisiejsza Rosja sięgałaby przynajmniej po Odrę, a Ukraina nie miałaby problemu Donbasu. Bo skąd się wziął konflikt w Donbasie? To konflikt ludności rosyjskojęzycznej, przybyłej z innych terenów b. ZSRS z rdzennymi mieszkańcami, czyli Ukraińcami. To nie Ukraińcy walczą ze sobą, ale z Ukraińcami walczą Rosjanie i stojąca za ich plecami Rosja. I tak byłoby na ziemiach polskich, gdzie wywiezionych i wymordowanych Polaków zastąpiłyby uległe kadry rosyjskie i rosyjskojęzyczne, gdzie nie byłoby zrywów i „ruchawek” lat 1956, 1968, 1970, 1976, a tym bardziej „Solidarności” roku 1980 i lat późniejszych. A zatem… albo nie byłoby dzisiaj w ogóle niepodległej Polski, albo „Krwawy Donbas” z „zielonymi ludzikami” byłby dzisiaj na ziemiach polskich. Nie mamy problemu Donbasu, nie mamy baz sowieckich ani „zielonych ludzików”. Takie są podstawowe korzyści z „ruchawki” Żołnierzy Wyklętych i ich „warcholstwa”.

A co do bilansu zysków i strat czyli ofiar po obu stronach konfliktu, istnieje duża szansa na jego rzeczywiste wyliczenie i oszacowanie. W archiwaliach bezpieki zachowały się dość dokładne informacje kto i za co zginął z ręki podziemia. Zachowały się wyroki, doniesienia, informacje, za co ginęli Polacy z ręki bezpieki. Oczywiście generalnie za patriotyzm i opór, ale bezpieka strzelała kiedy chciała i najczęściej bez wyroków.

Najwyższa pora na odrzucenie fałszerstw towarzysza pułkownika Wałacha, który oczywiście miał nieograniczony dostęp do archiwaliów, ale zgodnie z komunistyczną praktyką używał ich tylko do uprawdopodobnienia swoich kłamstw i manipulacji, nigdy zaś – dosłownie nigdy, bo kiedy się przeanalizuje całą jego twórczość, nie znajdzie się ani jednego przykładu – nie używał materiałów archiwalnych do napisania prawdy. Podobnie inni funkcjonariusze PPR – S. Skwarek, M. Moczar czy W. Machejek.

Ten ostatni posunął się nawet do sfałszowania tzw. „pamiętnika” vel „notatnika” majora Józefa Kurasia „Ognia”, którego rzekome fragmenty „cytował” w swoich elukubracjach. Zresztą i Wałach udając, że cytuje dokumenty, w rzeczywistości pisał własne konfabulacje. Porównanie zachowanych dokumentów z tym, co jest w książkach Wałacha pokazuje to dobitnie. Jeżeli prawdą jest informacja jednego z komentatorów, że ktoś załatwiał za wódkę z „towarzyszem pułkownikiem” usuwanie czy przerabianie fragmentów książki, byłby to kolejny dowód manipulacji przez Wałacha materiałem rzekomo historycznym. A zatem kolejny dowód na nieprawdziwość wałachowych opisów i wypisów.

O HARCERZACH BIJĄCYCH HARCERZA I RABOWANIU JEDYNYCH KRÓW-ŻYWICIELEK SŁÓW KILKA

W komentarzach do poprzednich artykułów pojawił się wątek harcerski. Oto jakiś (podobno?) harcerz spotkał (podobno?) Wądolnego czy też jego żołnierzy (?) i zabrali mu mundurek i finkę (serio?) i jeszcze zbili sztachetami (podobno?). No cóż, nie ma podstaw nie wierzyć, że jakiegoś chłopaka w harcerskim mundurku gdzieś spotkali jacyś ludzie i pobili tudzież obrabowali. Jednak wątpliwym jest – delikatnie mówiąc – aby byli to Żołnierze Wądolnego czyli Niezłomni.

Przede wszystkim z przyczyn ideowych. Podziemie uważało harcerstwo za kontynuację organizacji przedwojennej i z racji realizowanej przez nie funkcji wychowawczej młodzieży, za organizację bliską sobie ideowo. Wielu Żołnierzy Wyklętych było harcerzami, niektórzy nadal na mundurach nosili swe Krzyże Harcerskie. Aby wymierzyć karę chłosty, musiał być odpowiedni wyrok i rozkaz jego wykonania, nigdy nie bito osób przypadkowo napotkanych. Także aby skonfiskować ubranie czy inne przedmioty musiał być wyrok i rozkaz jego wykonania.

Żołnierze Niezłomni uzbrojeni byli nieźle, a i sporo uzbrojenia zamelinowane mieli w różnych miejscach – zatem finka nie była szczytem ich pożądania. Mundury nosili raczej wojskowe, a od nich mundurek harcerski odbiega nieco i krojem i fasonem. I oczywiście, gdyby wymierzali jakowąś karę chłosty, bili by raczej wyciorami od karabinów lub pasami, a nie sztachetami. Bo to było wojsko, a nie wiejskie wesele. Zatem cały ten wątek, powtarzany kilkakrotnie jest albo całkowitą konfabulacją podyktowaną złą wolą autora, albo informacją o spotkaniu przez niego bandytów (ściganych i tępionych przez Żołnierzy Wyklętych) względnie ubowców (także ściganych i tępionych przez Żołnierzy Wyklętych).

Oni (i bandyci i ubowcy) niewątpliwie nie pogardzili by rabunkiem – nawet finki i mundurka, a za przynależność do ZHP ubowcy chętnie katowali i to nawet znacznie dotkliwiej niż wymieniane przez owego autora 14. sztachet. Bo ZHP to była organizacja, którą bezpieka uważała za wrogą, rozpracowywała i stosowała wszelkie metody, aby młodzież zapisywała się do ZMP a występowała z ZHP. Należałoby więc zawiadomić IPN o przestępstwie dokonanym na osobie harcerza. Albo przynajmniej – jeżeli przytoczona opowieść jest prawdziwa – podać miejsce i czas zdarzenia, a być może uda się odnaleźć dokumenty, kto tego dokonał?

Jeżeli ludzie Wądolnego wyprowadzili kogokolwiek na egzekucję – to znaczy, że był wrogiem narodu polskiego. Do osób nieszkodliwych dla Polaków nie strzelano. Zatem – kim był rzekomy harcerz? Kim był jego rozstrzelany za zdradę narodu polskiego brat? W archiwach bezpieki gromadzono wszelkie dokumenty, świadczące o tym kto był kim? Z materiałów tych jedno wynika bezdyskusyjnie. Ci, których zastrzeliło podziemie w wyniku wydanych wyroków byli albo działaczami PPR współpracującymi z bezpieką, albo wprost agentami UB. Nawet szeregowemu funkcjonariuszowi UB, gdy podziemie spotykało go pierwszy raz, zabierano broń i legitymację i dawano tylko ostrzeżenie. Zwykłemu członkowi PPR dawano najwyżej 10-25 wyciorów na dupę. I ewentualnie konfiskowano krowę czy świniaka, jeżeli miał. Bo oddział musiał się wyżywić, a Polakom nic nie zabierano. Zgodnie z rozkazami należało się wyżywić u wroga. Relacje o zabieraniu jedynej krowy potwierdzają jedynie istnienie zdrajców Polski z PPR. Tu małe uzupełnienie: Społeczeństwo polskie natychmiast po pojawieniu się na murach Warszawy pierwszych napisów PPR trafnie rozwiązało ten skrót jako: Płatne Pachołki Rosji. Nikt nie odmawiał wykonania rozkazu konfiskaty krowy u PPR-owca, bo to był czyn patriotyczny, a poza tym dostarczał wojsku koniecznego pożywienia.

Gdyby Żołnierze Niezłomni robili krzywdę uczciwym ludziom, nie utrzymali by się w terenie zbyt długo. A przecież oddziały leśne, mimo zmasowanych ekspedycji i obław prowadzonych przez bezpiekę i KBW, i pomimo straszliwych prześladowań ludności za pomoc udzielaną podziemiu, utrzymywały się na terenie Ziemi Wadowickiej wiele lat po zakończeniu wojny światowej. To jest najlepszy dowód na to, po czyjej stronie było społeczeństwo.

ŻOŁNIERZE – NIE STRZELAJCIE DO POLAKÓW! WETERANI – WALCZCIE O PRAWDĘ O ŻOŁNIERZACH

Do żołnierzy i milicjantów strzelano tylko w sytuacji, kiedy oni pierwsi otworzyli ogień. W odróżnieniu od bezpieki wojsko – nawet KBW – nie koniecznie chciało strzelać np. do tłumu ludzi, wśród których byli żołnierze podziemia. Dla ilustracji jeden przykład. Na str. 133 „Świadectwa tamtym dniom…” towarzysz pułkownik pisze o pijanych ludziach Spuły, którzy przyszli do kościoła w Wielkanoc, kazali organiście grać „Przepustkę” itd. Nie pisze, w którym roku to było, ani skąd nagle wzięło się we wsi wojsko, z którym w chwilę później Niezłomni stoczyli walkę. Warto zatem za oryginalnymi dokumentami w tym meldunkiem specjalnym PUBP Wadowice do Wydziału III WUBP przybliżyć rzeczywisty przebieg zdarzeń.

22 marca 1948 r. starostwo w Wadowicach poinformowało PUBP, że Koło „Wici” w Wysokiej prosi o wydanie zezwolenia na zabawę wiejską w drugi dzień Wielkanocy, czyli w poniedziałek 29 marca. W PUBP natychmiast podjęto decyzję o zorganizowaniu zasadzki w dniach 22-30 marca we wsi, którą określono jako „miejscowość czysto bandycka”.

Zaktywizowano agenturę dla szybkiej informacji o pojawieniu się pięcioosobowego wtedy oddziału „Felusia”. Wykorzystując świąteczną przerwę w nauce grupę uderzeniową (10 żołnierzy KBW i 3 funkcjonariuszy PUBP) umieszczono w szkole. Planowano likwidację oddziału, kiedy przyjdzie bądź do kościoła bądź w drugim dniu świąt na zabawę.

Tymczasem 28 marca oddział „Felusia” wziął udział w uroczystej rezurekcji i wraz z wiwatującymi na ich cześć ludźmi wyszedł przed kościół. Tam partyzanci legitymowali kierowcę przypadkowo przejeżdżającego przez wieś samochodu PPR z Zabrza. Wtedy informator powiadomił czekających w zasadzce i funkcjonariusze UB nakazali żołnierzom otoczyć całe zgromadzenie i strzelać. Żołnierze owszem, próbowali obejść kościół, ale ognia do tłumu nie otwarli. Kiedy „Feluś” zauważył, że jego ludziom grozi okrążenie, nakazał wycofanie, ale ubecy zaczęli strzelać, nie przejmując się w ogóle obecnością tłumu ludzi postronnych. Leśni rzucili granaty w stronę zaczajonych ubowców i zbiegli.

Niestety, jeden – Stanisław Żak „Zendra” nie dotarł do lasu. Ubecka kula trafiła go kilkanaście metrów przed zaroślami. Jak później raportowali ubecy:

Jedyną przyczyną która zawiodła ujęciu ewentualnie zastrzeleniu reszty było zacięcie się broni u KBW tak, że bandyci wykorzystując ten moment i zalesienie terenu zbiegli. (cytat z oryginału, za jego polszczyznę nie odpowiadam). Doprawdy strasznie dziadowskie musiało być to wojsko KBW, skoro dziesięciu ludziom naraz broń się pozacinała.

Problem unikania przez wojsko strzelania do ludzi, a nawet do żołnierzy podziemia był problemem politycznym. Rozważano go na odprawach i naradach dowódców i aktywu wojska.

Od początku nowej okupacji wszystkie organizacje Polski Podziemnej apelowały do wojska „Żołnierze polscy – nie strzelajcie do Polaków!” I apele te – jak widać m.in. w opisanym przypadku – odnosiły skutek. Bo to nie była żadna wojna domowa, ale walka z Polakami.

Stawianie znaku równości pomiędzy żołnierzami z tamtych lat a nawet częścią milicjantów a ubowcami nie jest oczywiste. W świetle zachowanych materiałów archiwalnych możliwa jest prawidłowa ocena zdarzeń. Dlatego spadkobiercy tradycji 18 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty powinni uczynić wszystko, aby nie stawiano znaku równości pomiędzy szlakiem bojowym pułku w walce z najeźdźcą i wykorzystaniem wojska w walce z Polakami. Tablica, której treść zakłamuje polską historię i sławi upodlenie Polski „utrwalaniem władzy ludowej” powinna zniknąć – albo zostać przerobiona albo zdeponowana w muzeum.

MICHAŁ SIWIEC – CIELEBON

Źródło: portal Wadowice24.pl, fot. Józef Brynkus