Wincyj, wincyj – żeby student medycyny mógł studiować w każdym powiecie. Szpital tam ma, jakieś prosektorium się znajdzie, pracownia chemiczna w szkole może robić na sale ćwiczeń, lekarze też jacyś są obsadzając w 4 osoby miesiąc pracy oddziału zabiegowego, poradnie przyszpitalna, SOR i konsultacje.

Profesora z miasta akademickiego zatrudni się na 1/160 etatu, wywiesi się szyld fili szacownego uniwersytetu oddalonego o 300 kilometrów i będzie wypasione kształcenie. Można? można!

Przecież to nie ma znaczenia gdzie studenci medycyny będą uczeni, czy pokaże im się nowoczesna medycynę, wytłumaczy diagnostykę, zobaczą casusy jakich mogą przez całe nie zobaczyć. Tu chodzi o MIĘSO ARMATNIE, rzucone na potrzeby „udzielania świadczeń” jako tako wymusztrowane i ze słuchawkami i skalpelem w ręku.

Państwo od lat nie widziało zmniejszającej się liczby lekarzy, umierających przedwcześnie, uciekających z piekiełka administracyjnych obowiązków i permanentnego bałaganu połączonego z brakiem szacunku. Jak poczuło oddech wyborców na karku i zauważyło,że system wali się nie tylko z powodu braku pieniędzy na leczenie, ale z powodu braku lekarzy – to trzeba było tę odpowiedzialność odsunąć od siebie jak najszybciej. Bo kształcenie lekarzy – to odpowiedzialność państwa, która może być bezlitośnie rozliczona przez wyborców. Ale błędy lekarza nieprzygotowanego do zawodu – to już jego odpowiedzialność zawodowa, karna, cywilna i etyczna. Można rączki z dumą umyć chwaląc się kolejnym sukcesem.

To nie znaczy,że tylko ośrodki akademickie mają tę łaskę,że tylko one wykształcić mogą nowych lekarzy – ale mają wszelkie warunki, by to robić. Nie mają tego ośrodki wojewódzkie naprędce przekształcone w filie akademii. Trzeba to budować latami.

W Polsce widocznie wszystkie wymogi dotyczące akademii, asystentów, prac naukowych, IF, sprzętu itd. – można dowolnie interpretować w zależności od potrzeby politycznej.

Czytaj więcej.