Materiały, które pani generałowa Kiszczakowa przekazała (mniej lub bardziej dobrowolnie ale jednak) do IPN wstrząsnęły tylko tymi, którzy zawsze – dla życiowej  wygody – stosują się do oficjalnych przykazów władzy. Kazali wierzyć w Marksa, wierzyli –  bo tak trzeba było. Od 1989 r. kazali wierzyć w elektryka, który – jak twierdzi – sam obalił komunizm.  Też wierzyli.

Dla wielu – nie tylko zwykłych obywateli – ta wiara była zbawiennie prosta. Chroniła nie tylko od niepotrzebnych wątpliwości, ale zapewniała najczęściej jakąś tam karierę. Każdy kto odważał się mówić o „Bolku” – zostawał „oszołomem”, „destruktorem”, a w jego oczach Gazeta Wyborcza dopatrywała się morza nienawiści („Macierewicz z oczami pełnymi nienawiści”).

W III RP kariery robili ci, którzy cmokali po rekach „ałtorytety” i – zgodnie z wykładnią oficjalną – uważali Kiszczaka i Jaruzelskiego za „ludzi honoru” – bo tak oznajmił im naczelny „ałtorytet III RP „ – Michnik.

Ale nawet i to nie wystarczało. Rafał Ziemkiewicz postawił niegdyś tezę, że w III RP nie awansuje nikt, na kogo nie mają „haków”.   Jak na kogoś jest jakiś „kompromat” (kompromitujący materiał), to gość jest trzymany za uszy i nie podskoczy. Zrobi co mu każą i żadne tam własne pomysły – do łba mu nie przyjdą. Los Lecha Wałęsy, jego kariera  jest dokładnym dowodem, że teza Ziemkiewicza jest słuszna.

Po pierwsze – funta kłaków nie są warte opowieści, jak to nasz elektryk donosy dla bezpieki pisał tylko do 1976, a potem zaczął zwalczać komunę. Ktoś, kto takie bajki Polakom opowiada uważa nas wszystkich za skończonych głupców.

Gdyby w 1977 r. i 1978, kiedy rodziły się Wolne Związki Zawodowe na Wybrzeżu i Śląsku,   Wałęsa rzeczywiście stał się dla komuny zagrożeniem to SB natychmiast opublikowałaby i donosy, i kwoty jakie „Bolek” pobrał za wystawienie kolegów. Jeśli bezpieka tego nie uczyniła, to znaczy że „Bolek” pracował nadal. Już nie jako prosty donosiciel, ale jako „agent wpływu” („agent d’influence”) – ktoś, kto miał kształtować politykę Wolnych Związków Zawodowych i rodzącej się „Solidarności” w duchu korzystnym dla komunistów.

Zadaniem robotnika Wałęsy do 1976 było pisać donosy na kolegów. To rutyna. Zadaniem  po 1977 stało się realizować politykę komunistów w ramach rodzącej się opozycji. W ten sposób działają wszystkie służby specjalne na świecie i w ten sam sposób działała komunistyczna SB.

Wałęsa był dla reżimu bezpieczny bo był na niego potężny „hak”.

Nie był zresztą w tym odosobniony. Dziś wiemy – że kiedy w 1980 r. zaczęły się strajki, na czele każdego ze strajkowych ośrodków (Szczecin, Gdańsk, Jastrzębie) stali agenci SB.

Czy to znaczy, że proces rozpadu komunizmu był kontrolowany przez służby specjalne? Oczywiście, że tak. Przecież komunizm upadł nie tylko w Polsce, gdzie była silna „Solidarność”, ale także w Czechach, Rosji, Bułgarii gdzie żadnej opozycji nie było.

Czy to umniejsza zaangażowanie naszego pokolenia w tę wielką rewolucję jaką była „Solidarność”? W najmniejszym stopniu.

Komunizm – gdyby nie musiał się zmienić, trwałby do dziś w swej stalinowsko-breżniewowskiej formie. To nasz nacisk – społeczeństwa, setek tysięcy ludzi przechowujących w domu ideały wolności, drukujących ulotki, organizujących strajki, tworzących wolne związki – zmusił komuchów do ustąpienia.

Lech Wałęsa nie tylko sam nie obalił komunizmu – on starał się go jak najbardziej ocalić. Na zlecenie swoich szefów jako agent wpływu, tak kształtował politykę „Solidarności” żeby nie tylko włos z głowy nie spadł komunistom, ale żeby jeszcze uwłaszczyli się na naszym dorobku, żeby politycznie zachowali władzę i wpływy.  To była ta właśnie „pokojowa transformacja” i „zasługa” Lecha Wałęsy.

A Kiszczak? Kiszczak – zrobił co do niego należało. Ale ani jeden dzień dłużej niż było potrzeba nie chronił kapusia. Musiał Wałęsą potężnie gardzić – no bo jakie inne uczucia należą się takim kreaturom?

Należą im się – pogarda i hańba –  a nie żadne honory!

poseł RP Janusz Sanocki