A jednak na Powstaniu Warszawskim powinniśmy budować narodową tożsamość. Bo jeżeli nie… to wobec tego musimy wyprzeć się i Insurekcji Kościuszkowskiej, i Powstania Listopadowego, i Wiosny Ludów i Powstania Styczniowego. Bo przecież wszystkie one były nietrafione czy nieudane wojskowo, a i politycznie niespełnione. W mniejszym lub większym stopniu, oczywiście w proporcji do epoki… ale wtedy, bez tych zrywów nasza tożsamość narodowa zostanie, proszę wybaczyć kolokwializm, wykastrowana. A poza tym… może jednak… jako historycy i nie historycy, zadajmy sobie to pytanie… Co by było, gdyby…?

Gdyby nie było powstań XVIII i XIX w. to przecież przetrwanie czynnika polskości i dążenie do niepodległości Polski przez ponad stuletni okres niewoli byłoby chyba znacznie trudniejsze. Mimo ofiar, mimo Wielkiej Emigracji, mimo branek, mimo Sybiru… Mimo. Bo to te mity podtrzymywały Ducha Narodu. Świadomie piszę z dużej litery, bo uważam, że jest coś takiego… w nas, Polakach na pewno. I Mit Powstania Warszawskiego także podtrzymywał tego Ducha przez wiele lat komuny… zwłaszcza w rodowitych Warszawiakach, stanowiących mniejszość wśród napływających do stolicy nowych mieszkańców, w wielu wypadkach ukształtowanych przez komunistyczną propagandę. A odnosząc się do kwestii merytorycznych… całą dyskusję moim zdaniem cechuje po prostu ahistoryczność. Bo żeby ocenić decyzję przywódców Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej o wybuchu Powstania trzeba byłoby mieć tylko ich wiedzę i ich świadomość z ostatnich dni lipca 1944 r. Cała reszta, to co wiemy dzisiaj, z perspektywy czasu, narzuca nam oceny nieadekwatne do odpowiedzialności Dowódców AK. Tej odpowiedzialności, jaką im chcemy narzucić według dzisiejszych naszych kryteriów.Wiele wiemy o Powstaniu Warszawskim. I jest to temat dla historyków, profesjonalistów i amatorów, cóż coraz częściej zajmują się nim publicyści. I dobrze. Jest w Polsce wolność słowa, wolność badań naukowych. Ma niewątpliwe prawo formułować swoje tezy prof. Ciechanowski. Ale, z całym szacunkiem, niechaj będą to tezy naukowe, a nie publicystyczne. Można mieć awersję do pewnych postaci historycznych, nie lubić generałów Bora-Komorowskiego, Montera-Chruściela czy Niedźwiadka-Okulickiego. Ale nie wolno zarzucać im złej woli… Nie tylko dlatego, że nie mogą się już obronić. Przede wszystkim dlatego, że byli to ludzie honoru. Okulicki nie pozostawił po sobie spuścizny literacko-pamiętnikarskiej… z przyczyn wiadomych. Ale skoro mowa o odpowiedzialności, to za decyzję o Powstaniu Warszawskim zapłacił cenę najwyższą, cenę swojego życia. Gdyby Powstanie nie wybuchło, to zapewne nie trzeba byłoby wywozić jego i pozostałych ujętych piętnastu przywódców PPP do Moskwy. Proces odbyłby się w świetle jupiterów i błysku fleszy w zniszczonej Warszawie. Ale wtedy głównym punktem aktu oskarżenia byłby zarzut współpracy z hitlerowskim okupantem. Bo przecież… nie wybuchłoby Powstanie. Teza, że AK stała „z bronią u nogi”, nie potrzebowałaby wielkiego udowadniania.

Wracając do odpowiedzialności… Przeczytajcie „Armię Podziemną” Bora. On zdawał sobie sprawę, jak chyba nikt inny, że stanął przed koniecznością podjęcia decyzji strategicznej i arcypolitycznej. Podjął ją w myśl najlepszych zasad i najprawdopodobniej zgodnie z najbardziej obiektywną na czas końca lipca 1944 r. wiedzą. I nigdy nie robił z siebie bohatera. Z godnością przyjmował i szacunek podkomendnych, i krytykę przeciwników. Monter, dowódca okręgu warszawskiego był tym, który najlepiej zdawał sobie sprawę z nastrojów ludności… a właściwie czekających na zryw żołnierzy Podziemnej Armii. Komenda Główna AK, Delegatura Rządu RP, były strukturami głęboko zakonspirowanymi. Do Sztabu Okręgu zbiegały się wszystkie realne nici informacji, tutaj weryfikowano je, oceniano.

Już od wielu lat nawet najbardziej zagorzali sowieccy, czy nacjonalistyczni rosyjscy historycy przyznają, że Armia Związku Radzieckiego wstrzymała swoje działania właśnie specjalnie po to, żeby Niemcy mogli zdławić Powstanie. Wcale nie chodziło o infantylizm myślenia dowódców AK, którzy „nie przewidzieli, nie rozumieli”. Taki był stan wiedzy. Wiadomo było, iż ZSSR to sojusznik ciężki, trudny i chcący rozgrywać swoje karty w Polsce. Ale przecież o Teheranie i „ustaleniach sojuszniczych” nie wiedziano nawet w „polskim Londynie”. Stalin wiedział, jeszcze od gen. Sikorskiego, że w Polsce przygotowywane jest powstanie przeciw Niemcom.

Czy gen. Monter „na własną rękę” zarządził mobilizację sił AK w Warszawie? Chyba nie całkiem… Bo struktury konspiracji wojskowej Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej od początku swojego działania przygotowywane były m.in. do samodzielnego wyzwolenia kraju spod okupacji, zatem właśnie do Powstania. Więc twierdzenie, że jakikolwiek dowódca, realizujący wytyczone wcześniej cele zrobił coś „na własną rękę” jest chybione w zarodku. Gdyby były dowody jakiejkolwiek prywaty czy niesubordynacji, to gen. Chruściel stanąłby przed sądem, nawet, w Londynie. Przypomnijmy, że w sławnej skądinąd Monarchii Naddunajskiej czyli w C.K. Austro-Węgrzech nadawano za samodzielną inicjatywę dowódczą, ale zgodną z ogólną tendencją czy założeniem działań, najwyższy order, order Marii Teresy. Oczywiście w przypadku powodzenia inicjatywy. W przypadku niepowodzenia, nawet najbardziej rzutcy i zasłużeni oficerowie, mogli liczyć tylko na taką ocenę, jaka dzisiaj spotyka dowódców Powstania Warszawskiego. Moim zdaniem niesłusznie. Bo jedyną „winą” Powstania, jego żołnierzy i dowódców jest to, że Powstanie nie przyniosło zamierzonych efektów militarnych i politycznych. Oczywiście przyniosło hekatombę miasta i ludności. Ale przecież… trwała wojna. Niemcy mieli zamiar bronić Warszawy jako punktu umocnionego. Jeszcze przed wybuchem Powstania zamierzali część ludności wyprowadzić poza polską stolicę, do budowy umocnień na przedpolach miasta. Pytanie, co by się z nimi później stało… w walkach, albo wśród cofających się niemieckich wojsk i nacierających sowieckich? Miasto i tak miało być ufortyfikowane. Czasu na budowę jakichś poważnych umocnień przecież Niemcy nie mieli. Więc zapewne i tak przygotowaliby „Festung Warschau” do obrony metodami najprostszymi. Obracając w gruzy, aby oczyścić przedpole i pola ostrzału. I jak podają znawcy falerystyki, czyli nauki o orderach, odznaczeniach i insygniach wojskowych, w moskiewskiej mennicy wybito już medal.. „Za wziatie Warszawy”. Tak, za „wzięcie”, czyli zdobycie. Jak widać… każdy miał inną wizję rozwoju wydarzeń. Dopiero później (jak się okazało- Sowieci mieli jeszcze mieć na to pięć miesięcy), wybito „poprawny medal”, którego dewizą, jak na ironię historii, jest „Za oswobożdienie Warszawy”. Tylko co oni wtedy wyzwalali? Zwałowiska gruzów? Ale dzięki Niemcom i „słusznej” decyzji Stalina o wstrzymaniu ofensywy – przez długie lata propaganda wmawiała nam i światu, że z powodu wyczerpania wojsk i braku środków walki – Sowieci uniknęli problemów, jakie stanęły przed nimi wcześniej we Lwowie, w Wilnie, a nawet na mniejszą skalę w Lublinie i wielu innych polskich ośrodkach. Nie było „miejscowej ludności” i „prawowitych władz”. Można było zainstalować swoich agentów.

A przecież… przez ostatnią dekadę lipca 1944 r. „polska” radiostacja z „wyzwolonego” Lublina, czyli PKWN-owska „Pszczółka” nadawała wezwania do powstańczego zrywu w Warszawie. Podobnie polskojęzyczne komunikaty radiostacji moskiewskiej nawoływały „lud Warszawy” do zrzucenia „jarzma okupantów”. Armia Krajowa była wojskiem. I niewątpliwie byli to żołnierze zdyscyplinowani w sposób wyjątkowy. Bo żeby zbudować Taką Armię w warunkach okupacyjnego terroru i degrengolady, musiano dysponować ludźmi „najwyższej próby”. Zatem, choć pewnie i wyjątki się zdarzyć mogły, było to Wojsko z Prawdziwego Zdarzenia, mimo, że głównie młode i niewątpliwie zapalczywe. Ale przecież w stolicy działały grupy i grupki o różnym zabarwieniu politycznym. Zarówno formalne sowieckie agentury, jak i takie, których liderzy prawowitość władz „londyńskich” podważali, a z sowieckim namiestnictwem zwanym „Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego” flirtować chcieli. I chociaż dysponowali niewielkimi siłami, to właśnie te były… raczej niezdyscyplinowane. No, powiedzmy, znacznie mniej zdyscyplinowane niż AK. A będąc pewnymi intencji swoich dowódców czy przywódców, chętnie w sprzyjających okolicznościach walki by wywołali, oczywiście, by „upiec przy tym ogniu swoją pieczeń”. Ten aspekt także dowódcy AK musieli brać pod uwagę.

Lekceważenie stanu oczekiwania i pewnej gorączki wśród polskich, zwłaszcza młodych, mieszkańców stolicy, jakie towarzyszyły ucieczce – a oficjalnie ewakuacji – Niemców z Warszawy nie wydaje się mądre. Bo ewakuacja Niemców była zarządzona formalnie, zatem 1. Niemcy liczyli się z szybkim dotarciem do Warszawy wojsk sowieckich. 2. Przygotowywali obronę miasta i nie chcieli, żeby ucierpieli ich rodacy. Polacy natomiast, wymęczeni, sponiewierani nieludzkimi warunkami okupacji, czekali na wolność i na Powrót Polski. Skoro dzisiejsze młodsze pokolenie nie pamięta już czasów wojny, okupacji, Powstania… to może przynajmniej ta nieco starsza młodzież przypomni sobie atmosferę 16 miesięcy lat 1980-1981, które nieco później historycy i publicyści nazwali zgodnie „karnawałem Solidarności”. To także było oczekiwanie… na zmiany, na lepsze. I niejaki generał Jaruzelski usiłował usprawiedliwić swoje „mniejsze zło”, czyli stan wojenny, faktem, że… mogło coś wybuchnąć. No cóż, jako sowiecki namiestnik zapewne obawiał się… powtórki z historii. Oczywiście w innej skali, w innym wymiarze, w innych warunkach… ale jednak.

Jakże łatwo z dzisiejszego punktu widzenia i wiedzy szafować argumentem, brzmiącym zresztą w tym kontekście jak epitet, o „rachubach politycznych” dowódców AK. To byli przede wszystkim żołnierze, a ich celem, któremu przysięgali, była Wolna Polska. A więc i wolna Warszawa. Co więc było „rachubą polityczną”? Czy to, żeby wobec wkraczającej armii „sojuszniczej”, chcącej narzucić Polsce nową okupację, pokazać, że Naród Polski chce bronić swojej suwerenności? To przecież… powód do chwały i zarzutu z tego czynić niepodobna. To komunistyczni pachołkowie wmawiali nam przez lata, że istniały dwa ośrodki dyspozycyjne „polskiej władzy” Londyn i Lublin. W rzeczywistości był tylko jeden ośrodek, w Londynie, ze swoimi ekspozyturami w kraju, w postaci struktur Państwa Podziemnego, Krajową Radą Ministrów i Delegaturą Rządu (przypomnijmy, że na ich czele stał wicepremier Rządu RP J.S. Jankowski) i siłą faktu najmocniejszą w tych okolicznościach strukturą wojskową w postaci Armii Krajowej. A ten drugi ośrodek to była zwykła ordynarna agentura obcego mocarstwa.

Czy zatem decyzja o wybuchu Powstania była decyzją polityczną? Zdecydowanie i niewątpliwie TAK. Ale przecież nie w znaczeniu jakiejś politycznej rozgrywki, a przede wszystkim w znaczeniu, że dotyczyła niepodległego bytu Państwa Polskiego. Każda taka decyzja jest w jakimś stopniu polityczna. A ówczesna sytuacja w Europie i na świecie po prostu była taka, jaka była. I nie możemy winić dowódców AK, że nie mieli pełnej wiedzy o uwarunkowaniach międzysojuszniczych ustaleń. Oni byli żołnierzami, a ich obowiązkiem była walka o Niepodległą Polskę.

Zatem… szanując Powstańców, szanuję także ich Dowódców. Bo powstańcy w swojej nierozpolitykowanej większości zawsze ich szanowali. Nie doszukiwali się „drugiego dna”, którego zresztą w tej sprawie nie ma. Dowództwo AK musiało podjąć decyzję. Bardzo Trudną Decyzję. Podjęło ją i nikt spośród wymienionych dowódców nigdy się jej nie wypierał. Wśród decydentów w KG AK był tylko jeden oficer, który miał wątpliwości co do wybuchu Powstania. Ale i on nie wypowiedział się twardo przeciw wybuchowi, gdy decyzja ta zapadała. Wszelkie późniejsze dywagacje i komentarze są po prostu… niegodziwe. Bo jeżeli pochodzą od współsprawców wydarzeń, to nie świadczą najlepiej o ich pamięci. A jeżeli od tych, którzy nie musieli tej decyzji podejmować w ówczesnym stanie wiedzy, oczekiwań ludności i społecznego napięcia, to są po prostu… bytem wirtualnym.

Dlaczego nie będzie zgody co do sensu wywołania Powstania? Przecież sens był jeden – Wolna Polska. Nie widzę innego sensu z punktu widzenia Polski i Polaków. I owszem, Powstanie było – w jakimś sensie oczywiście – zaczynem przemian sierpniowych 1980 r. w Polsce i dzisiejszej polskiej niepodległości. Podobnie jak zaczynem niepodległości w roku 1918 były powstania narodowe z poprzedniego stulecia.

A że Powstanie Warszawskie było bitwą heroiczną, ale przegraną? Przecież nie pierwszą w naszych burzliwych dziejach. Zatem uczmy się mądrze przedstawiać naszą historię. Nie nurzajmy naszych bohaterów w kloace tylko dlatego, że nie mogli wygrać bitwy. Dziękujmy im za to, że walkę podjęli. Nawet tak trudną i skazaną na klęskę. Pamiętajmy słowa gen. Kutrzeby o tych, którzy w 1939 r. „starali się wypełnić niewykonalny obowiązek obrony Ojczyzny”. Ci w Warszawie, w 1944 r. mieli taki sam wybór.

Michał Siwiec-Cielebon