Szanowni Państwo, jestem Warszawiakiem z „dziada pradziada” z obu stron. W 1939 roku moja rodzina nie uciekła z miasta i broniła go. W 1944 część brała udział w Powstaniu, część pozostała w ruinach, część przetrwała na Pradze. Nie byli nikim ważnym. Dziadek był zecerem, jego brat kierowcą, a ciotka handlowała przed wojną i po wojnie na Ząbkowskiej. Zwykli, nieważni ludzie bez koneksji, herbów, wykształcenia. Większość już nie żyje, bo albo ginęli w walce z Niemcami, nie tylko w Sierpniu, albo zapijali się na śmierć po wojnie. Nie mieli orderów, bo te, które niektórzy dostali w podziemiu zaginęły wraz z zamordowanym Miastem, a potem trzeba było odbudować własne życie. Przynajmniej spróbować.

Dlaczego to piszę?
Nie po to, by wzbudzić u kogokolwiek jakiekolwiek wzruszenie, lecz po to, by pokazać, iż 1 Sierpnia, to przede wszystkim ich rocznica. Ich i tysięcy im podobnym, ginącym w mordowanym z premedytacją Mieście.Nigdy, nawet w chwilach największego żalu, nigdy nie usłyszałem od żadnego z nich, że Powstanie Warszawskie było niepotrzebne. Mimo późniejszych wydarzeń, kłopotów, biedy uważali zawsze Powstanie za konieczność. na całe życie zapamiętałem słowa pijanego w trupa mojego wujka wypowiedziane do pięcioletniego chłopca w 1962 roku, podczas kolejnej wizyty jego kolegów Powstańców (jeden z nich nosił bardzo znany pseudonim w czasie wojny):

„Pamiętaj, Piotruś, gdyby nie Powstanie mówiłbyś po rusku, albo niemiecku, gdybyś mówił w ogóle”.

To wspomnienie wraca do mnie zawsze 1 Sierpnia.
Niestety i dziś natknąłem się na kolejne dyskusje o sensie Powstania. Powtarzam więc raz jeszcze: dla tych, którzy tu byli, zginęli lub przetrwali w ruinach Powstanie było naturalną konsekwencją ich sposobu myślenia, walki z okupantem, polityki, w która wierzyli. To jest ich święto, a nie historyków. Załączę tekst (czytaj tutaj), który mówi podobnie, chociaż koncentruje się na „usprawiedliwianiu” decyzji w kontekście politycznym. Dla większości Warszawiaków w 1944 roku to była decyzja, której wyczekiwali z niecierpliwością. I nikt, i nic, i żaden historyk tego nie zmieni. Wiem, że traktując Powstanie w sposób tak emocjonalny, nie mogę być obiektywny. Zgadzam się całkowicie z poglądem, że historię należy traktować na zimno i bez emocji, bo tylko w ten sposób można ja właściwie opisać. To prawda, ale w przypadku Powstania Warszawskiego, ja nie chce być obiektywny. Nie mogę być obiektywny. Dlatego więc, nie pisze o historii, ale o ludziach, których kiedyś znałem. Nie bohaterach z pierwszych stron gazet, ale o normalnych, zwyczajnych Warszawiakach. To oni zapłacili najwyższą cenę. Oni i ich Miasto. Powstanie uwarunkowało nie tylko ich śmierć w 1944 roku, ale i później.To im należy się największy szacunek.

Na koniec trochę o polityce historycznej.
Nie lubię tej nazwy i uważam, że największym naszym błędem jest niechęć lub nieumiejętność prezentowania naszej historii światu oraz idiotyczne wręcz reagowanie na ewidentne przekłamania. Wczoraj obejrzałem film o uratowaniu Paryża przez francuskiego konsula, który namówił niemieckiego generała na nie wykonanie rozkazu Hitlera o zniszczeniu stolicy Francji. Ten reżyser, ten Niemiec, ten Schloendorff smie rozpocząć film od sekwencji mordowanej Warszawy w rytm przepięknego alegretto VII symfonii Beethovena. To ma być przykład polityki błędnej. Polityki obwiniającej naszych przywódców o śmierć Miasta, bo tylko konsekwentna dyplomacja – i taki jest tytuł filmu – może zapobiec tragedii.

Ten Schloendorf kłamie.
Zapomniał, lub nie chce wiedzieć, że u nas nie było dyplomatów, którzy mogliby się „dogadać” z władzami okupacyjnymi. naszą dyplomację wymordowali rodacy tego Schloendorfa w mundurach projektu Hugo Bossa. Nie „zauważa” też, że Warszawa miała z jednej strony oddziały bandytów mówiących w języku Goethego, a z drugiej hordy barbarzyńców w walonkach. Obie siły nie uznawały nas za ludzi. To nie Paryż pełen kolaborantów, czekający na wojska alianckie, które wszystko reprezentowały cywilizację zachodnią. Nawet dla przywódców III Rzeszy. Ten Schloendorf to znany reżyser, więc znów świat odbierze przekaz o „głupich Polakach” i dobrych Niemcach. A my? A my nakręcimy kolejną „Idę”. Z tego wszystkiego prawdziwy jest jedynie Beethoven.