Minęła kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, więc i ja mogę napisać swoje zdanie na temat, o którym dyskutują wszyscy, czyli o zasadności Powstania i Jego przyczynach. Zdziwicie się, ale powiem krótko: z perspektywy ludzi, mieszkających i żyjących w okupowanej Warszawie był to akt wyczekiwany i uzasadniony. Łatwo jest oceniać te decyzje dziś, kiedy dostęp do informacji nie grozi torturami w Gestapo i kiedy nie jesteśmy zależni od wojennej propagandy któregokolwiek kraju. Cała dyskusja na temat „błędów”, „zbrodniczych decyzji”, etc, śmieszy mnie i oburza, ponieważ są to oceny dzisiejsze, a więc nie uwzględniają warunków podjęcia ich w tamtych czasach oraz pomijają pewną hipotezę, o której napiszę poniżej.

Kiedyś już pisałem, że pochodzę ze starej warszawskiej rodziny robotniczej. Mój dziadek, jego brat, brat babci należeli przed wojna do tzw. robotniczej arystokracji. Dziadek był zecerem, potem majstrem w PWPW, jego brat tramwajarzem, brat babci – kierowca w jakimś ministerstwie. Do tego dochodzi siostra dziadka, która robotnicą nie była, ale sekretarką w instytucji, o której nigdy nie mówiła. W jakiej? Mogę się tylko domyślać, gdyż należała do pierwszej organizacji wywiadowczej powstałej w Podziemiu. Organizacja została rozbita przez Niemców dość szybko, bo w roku 1940. Zdradził kolega z pracy mojej ciotki, rozstrzelanej w 1943 roku w Ravensbruck. Dziadek przed wojną też był weteranem. legionistą, brał udział w wojnie z Sowietami, odznaczony za Bitwę Warszawską. Wraz z bratem uprawiał amatorsko boks. Mieszkali w drewniakach na Targówku. W roku 1939 mieli już odłożone na domek na Żoliborzu, ale 1 Września dziadek stawił się w swojej jednostce, w której był kapralem. Jednostka stacjonowała pod Białymstokiem.

W dniu 17 Września zaatakowali ich sowieci. Polacy pogonili ich i goniliby nadal, gdyby nie pilny rozkaz ze Sztabu Generalnego: „Nie walczyć z Sowietami. Złożyć broń. Dać się internować.”. Dowódca jednostki nie posłuchał i dalej walczył. W jednej z potyczek jednostka została rozbita, a dziadek ciężko ranny. Sowieci zabrali oficerów, stwierdzili, że zecer to robotnik i szybko umrze, bo nogi juz nie ma w biodrze, więc zostawili go zbliżającym się przyjaciołom niemieckim. Niemcy wyleczyli dziadka. Potem wrócił do Warszawy, podjął pracę na dawnym stanowisku w PWPW, lecz tym razem pracował także dla AK. Drukował gazetki, lewe dokumenty, kartki, koncesje i wszystkie potrzebne dla konspiracji kwity. Potem było Powstanie. Dziadek zmarł wskutek ran w roku 1946. Jego brat gdzieś zaginął, po drugim, mechaniku lotniczym, potem tylnym strzelcu w brytyjskim dywizjonie bombowym (jego nazwisko jest na pomniku w Norholt), zostały tylko listy. Brat babci dalej był kierowcą, po wojnie w SPHW. Zmarł w roku 1965. Wojnę przeżyli tylko oni.

Pisze tą historię tylko po to, by powiedzieć jedno: nikt z nich nie kwestionował decyzji o Powstaniu i była to dla nich świętość. Wszyscy mieli największy żal o tragedię okupacji, o doprowadzenie do największej zbrodni w historii wojen, o zamordowane miasto, do przedwojennych władz Rzeczypospolitej. Do tych, którzy doszli do władzy po śmierci Piłsudskiego. Pamiętam te dyskusje, których wtedy, warszawski dzieciak z domów bez bieżącej wody, bo nowe mieszkania były dla funkcjonariuszy nowej władzy i przyjezdnych, nie rozumiałem.

W dyskusji o Powstaniu Warszawskim warto zastanowić się nad wątkiem infiltracji przedwojennych władz polskich przez wywiad niemiecki i sowiecki. Generał Sikorski chciał rozliczyć rząd z roku 1939, ale nie zdążył. Został zamordowany. Ciekawe co stało się ze źródłami? Nie wiemy czy i w jakim stopniu sposób agenci sowieccy spenetrowali polskie władze emigracyjne. To samo dotyczy Niemców. Zanim więc, obrazicie się na mnie, za ten obrazoburczy post, zanim wydacie ocenę dotycząca Powstania w Warszawie, zanim powiecie „Obłęd ’44”, to zastanówcie się i nad tym. Pamiętajcie też, że ofiarami byli ludzie tacy, jak moja rodzina, a oni nigdy nie żałowali i byli dumni z tego, że w końcu mieli okazję odpłacić, choć troszkę, niemieckim zbrodniarzom.