Byłam w niedzielę 2 lutego 2025 roku w Białymstoku na premierze filmu Jurka Kaliny „Nasza pamięć”.

Mam w związku z tym kilka refleksji, a że byłam tam już tym razem, jako osoba prywatna i cywilna to mogę się „nie opieprzać” tylko szczerze powiedzieć co myślę.
Na wstępie smutne spostrzeżenie : otóż na dzisiejszej premierze w Białymstoku byłam chyba jedyną „etniczna Polką”… Nie było nikogo, ani z instytucji białostockich, poza mniejszościowymi, ani żadnych przedstawicieli władz – poza także – reprezentatem mniejszości. Oczywiście nie było też nikogo z TVP.
Generalnie premierą filmu opowiadającego historię utrwalania pamięci o 79 ofiarach oddziału Burego z podlaskich wiosek Zanie, Szpaki, Końcowizna, Zaleszany i wreszcie Puchały byli zainteresowani tylko ci, którzy są sami tej pamięci nosicielami, albo ci ktorzy tę pamięć usiłowali i usiłują zachować. A szkoda, bo pamięć zbiorowa politycznego narodu, musi być jakoś wypadkową tych wszystkich poszczególnych pamięci, a w każdym razie powinna je uwzględniać i być w stanie się z nimi jakoś uporać.

Wydarzenia, ktore miały miejsce w początkach 46r. czyli brutalne pacyfikacje przez oddział partyzancki kpt. Romualda Rajsa, ps. Bury, kilku zabitych deskami, biednych wsi w południowo wschodniej części powiatu bielsko podlaskiego, w których zginęło 79 osób, w tym wiele osób starszych, kobiet i dzieci, zostały dość dokładnie opisane. To wynik naprawdę ogromnej, mrówczej pracy prokuratora Olszewskiego z białostockiego IPN, a także kilku historyków. Pomimo wielkiej donośności głosu kilku osób, które w ostatnich latach usilowały za wszelka cenę zrehabilitować watażkę i zbrodniarza, w gruncie rzeczy żadne poważne historyczne watpliwości w tej sprawie nie zostały podniesione i działa tu raczej mechanizm „zaprzeczenia” – niż realnego historycznego rewizjonizmu oprtego na badaniach.

Opowiadanie, że większość Bialorusinów w tych wsiach to byli komunistyczni agenci, albo, że wcale nie istniała tam wyraźna polsko- białoruska i (białorusko – polska) animozja karmiąca się niekoniecznie prawdziwymi stereotypami – można miedzy bajki włożyć.Oczywiście że animozja istniała i ja jeszcze w początkach lat dwutysięcznych byłam karmiona tam opowieściami jak to Białorusini w święta narodowe specjalnie wywieszają flagę polską do góry nogami.

A w czasie, gdy kilka lat temu prezydent Duda mial oddac hołd białoruskim ofiarom oddziału Burego i obstawiono okolice, ze wzgledów bezpieczeństwa, miejscowa staruszka z niepokojem pytała jednego z organizatorów: „tyle wojska we wsi… czy z tego nie będzie jakiejś biedy?”

Tylko, że animozje, stereotypy i mityczne opowieści istnieją zawsze w sytuacji dwóch sąsiedzkich społeczności, co akurat nie tak dawno miałam okazję zaobserwować po raz kolejny, tym razem gdy przeczytałam na fb, we fragmentach wydanej niedawno reportażowej książki, typowe wiejskie legendy o sąsiadach (w tym przypadku o zagrodowej szlachcie z drugiej strony granicy, z Białorusi). Sama zresztą słyszałam „bardzo śmieszne żarty” o katoliku w cerkwi itd. Nieufność i wrogość działa w obie strony.

Tylko, że gdy do animozji dołącza się pomysł polityczny albo (nie daj Boże) ideologia – zaczyna się robić niebezpiecznie, a jak jeszcze dochodzi do tego poczucie słuszności celu i zgoda na przemoc, a wszystko dzieje się w czasie gdy wojna luzuje jakiekolwiek hamulce, to powstaje z tego ogromna bieda, a niekiedy i zbrodnia.

Tak zdarzało się w tamtych latach i na bialostoczyźnie i to zapewne nie tylko ten jeden jedyny raz. Pozostaje głęboka pamięć krzywd, a im dłużej o nich się nie mówiło, tym głębiej one tkwią.

Kłopot z pamięcią ofiar o zbrodniach i krzywdach jest zawsze jednak taki, że przeszłości nie da się już zmienić i w zasadzie nie można z nią nic zrobić, a żal i gniew potrzebują ujścia. Hodują się więc w postaci kolejnych pietrowych, trwajacych latami, resentymentów.

Dziś Polacy żądają od Ukraińców przyznania prawdy jeszcze straszniejszej, niż ta z białostocczyzny, o pacyfikacji na Wołyniu i w Galicji wiosek, po których pozostala tylko zarośnieta ziemia, o zbrodniach popełnianych na gigantyczna skalę, w imię szalonego pomysłu politycznego i w imię ideologii nacjonalistów ukraińskich. Sami więc także powinni potrafić się zmierzyć ze swoimi szkieletami w szafie. Bo tylko wtedy one przestają straszyć.

Tylko wtedy gdy uzna się to co się stało, pochyli głowę i najlepiej jeszcze przemodli odpowiednio, jest szansa, ze można to jakos zostawić za sobą i że resentymenty nie zostana wiecznym problemem.

W jakimś sensie chyba takie było przesłanie filmu Jurka.

Wracając z dworca kolejowego do domu, przeszłam koło stareńkiej figury Matki Boskiej na rogu Ząbkowskiej i Korsaka i choć sama malo jestem „modląca” pomyślałam, ze tak mi się trafiło, ze akurat to pobożne przesłanie bardzo tu pasuje.

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 do 2016 roku wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.