Od pewnego czasu swoistą modą lub raczej wyrazem „protestującego” konformizmu stały się zdumiewające deklaracje ludzi nauki, chciałbym powiedzieć naukowców i uczonych, ale wolę użyć neutralnej formuły – posiadaczy stopni i tytułów naukowych. Otóż część moich koleżanek z „branży”, „resortu” lub – znów nie przejdzie mi to przez gardło – świata nauki, uznała że powinna wyjść na ulicę i wykrzyczeć kilka wulgarnych, powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite słów. Albo też – ale to już absolutne minimum minimorum – otwarcie poprzeć tych, którzy tak czynią (część tychże osób czuje się w obowiązku poczynić pewien piruet intelektualno-emocjonalny dodając – „osobiście nie popieram używania takich słów w przestrzeni publicznej, ale rozumiem, dlaczego są one wypowiadane”).

No właśnie dlaczego to ma być uzasadnione? W odpowiedzi na ogół nie da się usłyszeć żadnych konkretów poza ogólnikami i banalnymi oskarżeniami. Osoby protestujące w większości nie wiedzą nawet przeciwko czemu konkretnie protestują, wiedzą natomiast doskonale, że mają dość i są wkurw…e. Ale OK, przyjmijmy, że ten rząd faktycznie wytwarza jakąś taką nieznośną atmosferę dla części mieszkańców Polski i nie jest to wcale mała część. Ma w sobie coś irytującego, co muszę uczciwie przyznać i coraz mniejsze kompetencje i chęci w zakresie komunikowania społecznego, rozładowywania napięcia, budowania porozumienia, słuchania tych, którzy nie zgadzają się z tym czy tamtym (nie ważne czy mają rację czy nie). Wali się zatem młotem propagandowym nie tylko w opozycję, ale w zwykłych ludzi, którzy nawet nie odczuwają ochoty to popierania opozycji.

Wracając do głównego wątku, powstaje pytanie, czy nawet jeśli mamy 1000 powodów do tego, by być wkurzonymi, uprawnia nas to do łamania pewnych zasad kultury. Odpowiadam stanowczo: NIE. A to dlatego, że jeśli komuś każe się wypierd….ać, to jest to na ogół nie kilka osób, ale 20-30-40% społeczeństwa. Gdyby chcieć to zrealizować w praktyce, to dokąd mieliby oni wypier…ć? Za granicę, zamknięci we własnych mieszkaniach, czy do obozów koncentracyjnych? Nonsens oczywisty. Rzucając tego typu hasła niszczy się resztki tego, co nazywamy agorą, miejscem, w którym można się ze sobą spotkać nie podzielając wzajemnie swoich światopoglądów. Gdyby starożytni Grecy, znaczy ich część kazała wypier…ć innym Grekom tylko dlatego, że nie podzielają ich pomysłu na świat i państwo, to nie byłoby cywilizacji europejskiej.

Muszę to z siebie wyrzucić: nie zgadzam się na to, by ludzie nauki stawali się dzikimi, barbarzyńcami żądnymi krwi swoich wrogów, szczującymi otumanione masy, a nierzadko swoich uczniów i studentów przeciwko innym często równie otumanionym masom. W czasach rządów PO-PSL miałem cięty język, zdarzało mi się przekraczać granice w wypowiadaniu publicznie swoich sadów politycznych, mając już wtedy przed nazwiskiem trzy stopnie i tytuł. Teraz tego żałuję, ale to też uprawnia mnie do tego, by wołać o umiar i rozsądek. Jesteśmy świadkami upadku autorytetów. Polski Kościół upada nie pod naporem LGBT, ale pod ogromem swoich grzechów i łajdactw, już teraz nie jest autorytetem dla większej części młodzieży. Ale uniwersytet wciąż ma szansę być ponad tym wszystkim, choć sam jest obciążony wieloma zaniechaniami i przewinami.

Rolą uniwersytetu jest tworzyć płaszczyzny racjonalnej dyskusji, dialogu ponad uprzedzeniami, poszukiwanie prawdy nawet jeśli miałaby być ona bolesna i trudna do zaakceptowania. Rolą uniwersytetu nie jest dostarczanie paliwa ideowego jednej czy drugiej stronie konfliktu. Dlatego też korzystając z tej formy komunikacji proszę swoje koleżanki i swoich kolegów o umiar i nieangażowanie swojego autorytetu po stronie jakiejkolwiek partii politycznej. Uważam, że naszą rolą jest tłumaczenie, że w demokratycznym państwie swoje interesy i racje artykułuje się poprzez cykliczne wybory, a nie poprzez burdy uliczne takie czy inne. A między wyborami jest czas na budowanie struktur partii i organizacji pozarządowych wspierających takie czy inne projekty zmian politycznych. Myślę, że to nie jest przedmiotem większych kontrowersji.

***
Sprawa nie jest jednak prosta. Dziś, gdy poprosiłem jedną panią profesor o umiar w popieraniu dość wulgarnych i obscenicznych protestów (poprosiłem, nie napominałem), usłyszałem od ludzi, którzy mnie zupełnie nie znają, ale także i od tych, którzy znają mnie choć trochę, że jestem: (a) płatnym sługusem PiSu; (b) rozwodnikiem, który nie ma prawa nikogo pouczać; (c) „katolskim świrem”. Otrzymałem również informację, że spisywane są moje myśli i czyny, i gdy dojdzie do wymiany władzy, zrobiony będzie ze mną porządek. Szury i osoby niezrównoważone, zatrute własną żółcią zdarzają się wszędzie, po każdej stronie ideologicznej barykady. Namawiam jednak osoby, które otrzymują wątpliwej jakości wsparcie od takich postaci do radykalnego odcinania się od ich poglądów i niedopuszczania do „obsrywania” swoich postów. Ja przynajmniej tak robię, choć musze przyznać, że nie mam wielu powodów do banowania kogoś za chamstwo w niby-obronie mojego stanowiska. Raczej mogę liczyć zawsze na grono moich kulturalnych krytyków, które sobie bardzo cenię, a które umożliwia mi zachowanie jako takiej równowagi i trzeźwości w ocenie rzeczywistości.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.