Nieoficjalne doradzenie po cichu ministrowi, a oficjalnie krytyka rządu. Suto zakrapiane alkoholem imprezy z politykami różnych opcji, podczas urodzin dziennikarza, pozującego na bezkompromisowego wobec polityków „szeryfa”, w momencie, gdy w Sejmie trwały plenarne obrady. Podwójne standardy są w świecie polskiego dziennikarstwa normą. Konflikt interesów występuje na porządku dziennym. Formalnie, na niby, dziennikarze realizują kluczową w demokracji funkcję kontroli społecznej, rozliczają, krytykują oraz weryfikują działalność polityków, lecz to tylko pozory, bo w wielu sytuacjach rzeczywistość jest inna, taka która właśnie teraz wychodzi na światło dzienne: doradzenie „na boku”, wspólne konszachty, imprezki, wypady za miasto.

Razem się spotykają, razem imprezują, razem piją i razem robią inne słowa na p., a ludzi, „ciemny lud” mają w d.

Pozory a rzeczywistość…
Pamiętam jedno takie zdarzenie. Było to, gdy rozpoczynałem pracę w prasie lokalnej. Dobrze zapamiętałem ten dzień: 14 lutego 2003 roku, dokładnie w Walentynki. Wchodzę do jednej restauracji w małej miejscowości. Tam w najlepsze trwa zabawa (walentynkowa). Po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że akcja rozgrywa się na dwóćh salach: ta oficjalna, główna na ogólnie dostępnej sali; i ta druga, zakulisowa, nieformalna, nieoficjalna, lecz dużo bardziej istotna, na sali niedostępnej, zamkniętej.

Widzę, że w nieoficjalną, zamkniętą strefę co rusz donoszony jest dobry alkohol i wyszukane jedzenie; że jakość serwowanego tam menu standardem znacznie przewyższa, to co jest do dyspozycji ogólnej publiczności; że właściciel i obsługa restauracji na głowie staje, aby „dogodzić”, zaspokoić oczekiwania gości z tej drugiej, odizolowanej przestrzeni, podczas gdy zwykłych gości, tych bawiących się w ogólnie dostępnym miejscu, traktuje – mówiąc eufemistycznie – rutynowo, zaś – mówiąc kolokwialnie – ma ich w d…

W pewnym momencie, przez przypadek, za przyczyną zbiegu okoliczności, udało mi się trafić do zamkniętej, nieoficjalnej sali. Obraz, który ujrzałem zatrwożył mnie. Przeraził. Wprawił w zakłopotanie i osłupienie.

Co zobaczyłem?

Połączone stoły. Pyszne żarcie. Najlepsze alkohole (niedostępne dla normalnego człowieka). I co było najbardziej ciekawe: przy stołach przedstawiciele jakże różnych (normalnie powinny pozostawać one wobec siebie w funkcji antagonistycznej) grup społecznych: policjanci z sekcji kryminalnej miejscowej, powiatowej komendy policji, znane dziewczyny z miasta, które w języku potocznym określa się słowem na k…, ludzie w powszechnej opini uważani za gangsterów, zajmujący się handlem narkotykami, kradzieżą samochodów, przemytem lewych papierosów oraz produkcją nielegalnej wódki.
Z zachowania łatwo było wywnioskować, że dobrze się ze sobą czuli. Luźne kontakty. Swobodne relacje. Bez stresu. Zabawa trwała w najlepsze. Pijani jak PKS-y.

Podsłyszałem, jak jeden policjant opowiadał gangsterowi, że dzień wcześniej był w restauracji, która działała również jak hotel (a właściwie burdel) z żoną znanego lokalnego biznesmena. Mówi do gangstera tak: „właściciel wprowadził nas tylnym wejściem, drugimi schodami, potem przyniósł mi alkohol i napił się ze mną wódki. K., przesadziłem, schlałem się jak świnia, że już nie pamiętam czy ją p. czy nie”.
Gangster skonstatował: „to my się dowiemy”.

Pomyślałem sobie wtedy, że tak wygląda autentyczny obraz Polski. Ze to co widzę to metafora. Ten obraz obudził mnie z naiwnego snu. I tak rzeczywiście, w dużej mierze, w okresie transforamcji wyglądał obraz Polski. Wiekszość rzeczy było na niby. Rolę grały pozory. Markowane, mistyfikowane działania i zachowania.

Zawsze ofiarą było społeczestwo, które politycy, dziennikarze, różne inne osoby życia publiczego miały w d. – „Oni Polskę mają w d.” – powiedział nieżyjący już premier Józef Oleksy, podczas słynnej rozmowy z biznesmenem Aleksandrem Gdzuowatym. Na marginesie: mi osobiście Józef Oleksy również wiele powiedział, ale nie chcę powoływać się na autorytet osoby zmarłej.

Wtedy w tej restauracji coś zrozumiałem. Pomyślałem, że tak wygląda prawdziwy obraz Polski; tak wyglądał wtedy i on niestety dalej tak wygląda. Te dwie sale – oficjalna i zakulisowa, ogólnie dostępna i niedostępna; ta fraternizacja różnych środowisk oraz przedstawicieli zawodów niby przeciwstawnych, antagonistycznych – to metafora, którą napisało życie.

Próbowałem wtedy robić zdjęcia (chociaż nie musiałem, bo wówczas tak naprawdę zajmowałem się kulturą), jednak na prośbę policjantów kilku gangsterów zdecydowanie wkroczyło do akcji i zmusiło mnie do wykasowania zdjęć. Miałem później ogromnego kaca. Ale to był pierwszy i ostatni raz, kiedy ustąpiłem.

Najciekasze jest to, że wówczas o bezpieczeństwie w tej restauracji decydowali nie funkcjonariusze policji, a gangsterzy, i że to oni to bezpieczeństwo gwarantowali, ustanwiając standardy bezpieczeństwa (całą sprawę opisałem wiele lat temu w książce: „Strefa tabu. Największe afery III RP”).

Wiele sytuacji, które miały miejsce w Polsce, wiele zdarzeń, wiele afer, wiele zabójstw, można wytłumaczyć obrazem dwóch sal, dwóch przestrzeni: oficjalnej i nieoficjalnej.

Lista płac…
Innym razem, spotkałem się z gangsterem, który jednocześnie był moim informatorem. Rozmawialiśmy o jednej sprawie prowadzonej przez miejscową policję. Dotyczyła ona wysokiej rangą lokalnej urzędniczki, która „przekręciła” spore pieniądze z funduszu przeciwdziałania problemom alkoholowym i profilaktyi alkoholowej. W grę wchodziły olbrzymie sumy. Malwersacji dokonywała z konkubentem, który prowadził fikcyjną firmę. W okolicznych szkołach odbywały się pozorowane pogadanki oraz szkolenia i kursy, których tak naprawdę nigdy nie było. Za przedsięwzięciami z budżetu miasta szła „gruba kasa”.

Miejscowa skarbnik była przyjaciółką i promotorką „zaradnej” urzędniczki.
Korzystała też lokalna samorządowa elita. W najlepszej restauracji w mieście, „śmietanka urzędnicza” z ratusza każdego dnia żarła pyszne obiady za publiczne pieniądze. Później prokuratura analizowała rachunki opiewające na setki tysięcy złotych. Pewnego razo do miasta zawitał znany i popularny zespół „VOX”, lecz o jego przyjeździe mieszkańcy nic nie wiedzieli; impreza była zamknięta, przeznaczona jedynie dla kilku radnych, a także grupy towarzyskiej („grupy trzymającej władzę w mieście”) złożonej z paru wybranych urzędników, biznesmenów, szefów rożnych lokalnych instytucji oraz – jakby inaczej, przecież ich nie mogło zabraknąć – ludzi z półświatka.

Identyczna impreza odbyła się pewnego razu na jachcie na jeziorze w Mikorzynie. W tym przypadku też grała orkiestra. Choć przeznaczenie pulicznych pieniędzy z zakresu profilaktyki antyalkoholowej powinno być zupełnie inne, miejscowy establischment, złożony z burmistrzów, radnych, lokalnych biznesmenów, prostytutek, gangsterów, dziennikarzy biesiadowała w najlepsze; wódka lała się strumieniami, a jedzenie spadało ze stołów. Później gangsterzy dla rozrywki i żartów przywozili radnych zalanych w pień w bagażnikach.

Tak wygląda ten wychwalany często naiwnie w Polsce z perspektywy Warszawy samorząd. Taki jest jego obraz.

Gangster, chciał mnie wybadać czy o uwikłaniu oraz korupcyjnych poczynaniach urzędniczki coś napiszę. Przeważnie kontakty dziennikarza z gangsterem, to w jakimś zakresie gra, istotne jest, kto kogo przechytrzy, kto od kogo wyciągnie informacje; z drugiej strony, to co przekazują gangsterzy trzeba zawsze dobrze falsyfikować.

W pewnym momencie pokazał mi „listę płac”, czyli wykaz osób, które biorą od gangsterów pieniądze. Nazwiska wielu dziennikarzy były dla mnie szokiem. Dotyczyło to poziomu lokalnego, lecz i na górze mechanizmy są bardzo podobne. Istnieje analogią, występują zjawiska homologiczne.

Sprawę przekrętów (i wiele innych z udziałem urzęników, biznesmenów oraz zorganizowanej przestępczości) opisałem. Nie miałem listości dla nikogo. Nawet dla przyjaciół, z którymi zanim zostałem dziennikarzem piłem wódkę i dla koleżanki z jednej parafi i z sąsiedniej wsi, która po moich publikacjach trafiła na trzy lata do więzienia. Pisałem o sprawach (i o ludziach), za które grożono mi utratą życia. O handlu narkotykami, o przemycie papierosów, o produkcji podrabianego alkoholu, o pokojach na pół godziny i o prostytucji uprawianej w hotelach, a tak naprawdę krypto agencjach towarzyskich, o przemyśle kradzieży samochodów na zlecenie, i o masowym kupowaniu głosów w wyborach samorządowych oraz fałszowaniu wyników wyborów na wielką skalę, o korupcji lokalnych polityków i przekrętach z gangsterami, o napadach oraz rozbojach, o wymuszeniach pieniędzy, o wyłudzaniu podatku vat, itd. Za pulikacje grożono mi utratą życia. Wcześniej proponowano pieniądze.

Zawsze wyznawałem zasadę, że gdy się realizuje misję publiczną, gdy się – tak jak nakazuje art. 10 Prawa prasowego: służy społeczeństwu i państwu – to nie można być k…, nie można dawać d… na lewo i prawo.
A niestety, właśnie w taki sposób wielu polskich dziennikarzy się zachowuje.

Niemoralne propozycje
Gdy w 2010 przyjechałem do Warszawy, rozpocząłem pracę w prasie ogólnopolskiej (w Gazecie Finansowej), od razu obsiadł mnie pr. (czyli w uproszczeniu wydziały promocji i marketingu) różnych firm.

Ktoś zasugerował wtedy, że nie muszę nawet brać oficjalnego wynagrodzenia, bo z „boków” można, nawet wziąwszy pod uwagę Warszawę, dobrze rzyć. Sugerowano, abym poprzez pisane artykuły wpływał na notowania spółek giełdowych. Otrzymywałem różne propozycję od dziewczyn z pr. Perspektywę zagranicznych wyjazdów, m.in. do Monachium, gdzie mieszka moja rodzina. Wakacji fundowanych przez firmy farmaceutyczne. Urlopów w prestiżowych ośrodkach wypoczykowych. Między wierszami, nie wprost, proponowano mi też „kasę” za tzw. kryptochę, albo „sponsorowane” nieofocjalnie wywiady z prezesami banków lub znanych firm; biznesmenów.

Kiedyś jedna z moich redakcyjnych koleżanek wróciła od znanej warszawskiej biznesmenki z prezentem – wiecznym piórem – wartym wtedy ok. 5 tys. zł. Powiedziała do mnie: „idź, zrób z nią wywiad, to też ci da”.

Nigdy z żadnej tego rodzaju propozycji nie skorzystałem. Ale niestety byli dziennikarze, redaktorzy, którzy skrupułów nie mieli, nie odrzucali propozycji, nie opierali się i korzystali całymi garściami.

Tego rodzaju sytuacji jest niestety na styku dziennikarstwa, polityki, pr., biznesu, show-biznesu oraz zorganizowanej przestępczości – mnóstwo. Wielu wie, że tak jest, że autentycznie opisuję polską rzeczywistość. Będą przyznawać to w nieoficjalnych, prywatnych rozmowach, lecz oficjalnie, wprost nikt tego nie przyzna.

Mechanizmy oraz sytuacje, które opisuję funkcjonują na zasadzie tajemnicy poliszynela: prawda o nich jest powszechna, jednak funkcjonuje na styku sfery nieoficjalnej a oficjalnej; pomiędzy przestrzenią nieoficjalną a oficjalną; podobny mechanizm działa w przypadku zajwiska klientelizmu.

Polskie społeczeństwo jest wyjątkowo konformistyczne, opinie oraz zachowania determinuje logika przynależności grupowej oraz solidarność środowiskowa. Działa coś, co określam jako oportunizm w jedną stronę.

Praktyka doradztwa (za wsparcie, lub pieniądze) politykom lub biznesowi też nie jest rzeczą nową. Wielu dziennikarzy to robiło i nadal robi. Nie powiem, że wszyscy, bo absolutnie nie można generalizować, bo tym robi się ludziom krzywdę, lecz niestety w polski dziennikarstwie są to praktyki dość powszechne.

Po prostu uważam (i jeszcze raz to powtórzę, i przepraszam za to wyrażenie, nawet użyte w tej formie), że dziennikarz ma obowiązki puliczne, obowiązki wobec społeczeństwa i nie może być d. (oba słowa są na d., choć powinny posiadć zupełnie inne znaczenie). Niestety wielu z polskich dziennikarzy to typowe d…

Fot. portal Donald.pl

Autor: Roman Mańka
Socjolog, publicysta, pisarz, komentator polityczny, dziennikarz „Halo Radio”, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).