Artystka na scenie i w podróży

Prof. Lidia Grychtołówna opowiada nam dzisiaj w wywiadzie-rzece o swoich przeżyciach na scenach świata i przygodach w podróżach, w których musiała podołać nieraz niewyobrażalnym wręcz przeszkodom i sytuacjom. A potem grać koncerty, których los bywał już prawie przesądzony…

„I jeszcze zdarzały się wręcz niemożliwe sytuacje w podróżach, bywało, gdy program bywał bardzo napięty, że zadania te były trudniejsze nawet do pokonania od samych koncertów.”

Tomasz Trzciński:  Jest Pani znana z wielkiej sztuki kompromisu artystycznego i dobrej atmosfery w kontaktach ze sławnymi dyrygentami, i artystami, ale również z niesłychanego temperamentu i umiejętności postawienia zawsze na swoim, gdy chodzi o sens interpetacji utworów, które wspólnie wykonujecie. Czy zdarzały się Pani sytuacje w których trzeba było długo walczyć o swoje zdanie na próbie z orkiestrą? Co w takich wypadkach było najważniejsze? Dyrygenci potrafią być przecież także tyranami i despotami? 

Prof. Lidia Grychtołówna: Miałam kiedyś taką sytuację gdy występowałam pod Wolfgangiem Sawallischem, nieżyjącycm już od kilku lat słynnym niemieckim dyrygentem, uważanym (i uważającym się) za drugą po Karajanie sławę dyrygencką, z którym wykonywaliśmy w Hamburgu Koncert Fortepianowy a-moll Edwarda Griega. Po próbie z orkiestrą przyszedł do mnie jej insprektor, i zaczął mi gratulować (inspektor orkiestry to człowiek, który organizuje pracę orkiestry i jest jej czynnym muzykiem na etacie), mówiąc:

– Pani udało się coś co innym nigdy się nie udaje…

– Dlaczego? – Zapytałam nieco zdumiona. Ale on się tylko uśmiechnął.

Wolfgang Sawallisch narzucał bowiem swoje tempa wykonania a ja konsekwentnie grać chciałam ten utwór w takich, jakie uważałam dla tej muzyki, i przez to również dla mnie – za właściwe. Wówczas on przerywał grę i mówił ze chciałby to inaczej, a ja konsekwentnie, nalegałam:

– Panie dyrektorze, bardzo przepraszam ale ja prosiłabym jednak o to tempo, które ja Państwu zaproponowałam.

No i w końcu jednak Sawallisch mi uległ, i było grane w takich tempach, i tak interpretowane, jak ja chciałam. I to, co zawsze robił, nie udało mu się, bo to był „Drugi Karajan“ i to on narzucał wszystkim swoją artystyczną wolę i wizję. Ciekwa jestem, gdyby mi przyszlo zagrać wtedy z Karajanem, jakby to na próbie wyglądało, bo on także był na scenie despotą i narzucał swoje tempa i interpretację. 

TT:  Czyli udawało się te sprawy rozwiązywać w miarę pokojowo? Dużo miała Pani tego tepu historii?

LG: Najwięcej kłopotów bywało z błędnym zplanowaniem koncertów przez agencje artystyczne… Zdarzyło mi się kiedyś że polska agentura koncertowa (PAGART), w roku 1960, podała na mój występ z orkiestrą pomyłkowo Koncert fortepianowy f – moll Fryderyka Chopina, którego nie miałam wtedy jeszcze w repertuarze, a który miałabym zagrać już trzy tygodnie później w Niemczech. I już nie dało się tego w żadnym wypadku odkręcić, mimo że nalegałam, by poprawiono i przywrócono mi tam do wykonania mój koncertowy Koncert fortepianowy e-moll Fryderyka Chopina. Drugi raz podobna historia, także z koncertem w Niemczech zdarzyła się później, gdy pomyłkowo podano orkiestrze w jako program słynny II Koncert fortepianowy c – moll Sergiusza Rachmaninova, podczas gdy ja miałam przecież zagrać jego Rapsodię na Temat Pagainiego, i też, w związku z tym, w ciągu niezmiernie krótkiego czasu przeczytać, nauczyć się i opanować ten nowy utwór, i przygotować do wykonania na scenie, i to jeszcze w renomowanym miejscu za granicą. Każdy pianista – muzyk i meloman, wie przecież doskonale, jakie jest to wielke dzieło, jak trudne, i ile wymaga od wykonawcy nie tylko wytężonej pracy, ale też i umiejętności pianistycznych, żeby móc je zagrać w pełni koncertowo, i to po tak krótkim czasie przygotowania! 

TT:  Czyli musiała Pani przygotowana być zawsze na tego typu niespodzianki?! A do tego trzeba było mieć przecież naprawdę stalowe nerwy, a nie tylko palce?!

LG: Tak, a jeszcze zdarzały się wręcz niemożliwe sytuacje w podróżach, bywało, gdy program bywał bardzo napięty że zadania te były nawet trudniejsze do pokonania od samych koncertów. Przeżyłam takich nieprawdopodobnych historii kilka, oto jedna z nich: 

Zaplanowano mi kiedyś trasę koncertową tak, że w piątek w Berlinie miałam grać Koncert Fortepianowy a – moll Edwarda Griega pod dyrekcją Kurta Zanderlinga, sławnego dyrygenta, a już nazajutrz, w sobotę nad jeziorem Garda we Włoszech miał się odbyć mój recital fortepianowy, na jednym ze znanych festiwali. Zaś kolejno, następnego dnia, w niedzielę, miałam być spowrotem w Niemczech, i grać wieczorem w Magddeburgu powtórkę tego piątkowego koncertu z Berlina… Mogło to wszystko być więc przedsięwzięciem bardzo ryzykownym! Agent w Polsce twierdził jednak z uporem, że są przecież samoloty, szybkie połączenia, i że dam sobie radę. I co miałam zrobić… Wyruszylam w drogę. Piętkowy koncert w Berlinie udał się bardzo dobrze, następnego dnia poleciałam raniutko do Mediolanu, gdzie mnie odebrano i zawieziono na festwial. Recital także wypadł świetnie, a w niedzielę wcześnie rano przy pięknej pogodzie, podziwiając wspaniałe widoki, wracałam autobusem na lotnisko do Mediolanu. Było cudownie dopóki, tuż przed lotniskiem, nie pokazała się gęsta jak mleko mgła, z której to lotnisko zresztą słynie. Autobus zmniejszył prędkość do minimum, bo dosłownie nic nie było widać, na ale dowiózł nas w końcu na miejsce, i choć na początku wyglądalo na to że nici z lotu bo samolot we mgle nie wystartuje, to jednak w chwilę jakąś później ogłoszono, że lot się jednak odbędzie. Więc po przejściu przez kontrolę graniczną, gdy już byłam gotowa do samolotu ogłoszono, że jednak maszyna nie wystartuje. Zaczął się stres i ale wówczas czym prędzej zmieniono mi przelot na samolot lecący do Berlina z przesiadką w Monachium. I gdy już mieliśmy wsiadać okazało się znowuż, że ta maszyna ma z kolei jakąś usterkę techniczną i że też teraz nie wystaruje… Zaczęło się robić bardzo nerwowo, martwilam się czy w ogóle dolecę do Niemiec, i wtedy powiedziano mi, że poprzedni samolot jednak wystartuje, ale do Berlina dolecę z błyskawiczną przesiadką we Frankfurcie, i z obietnicą że wszystko zagra jak w zegarku, a mój bagaż będzie we Frankfurcie przeniesiony błyskawicznie do samolotu do Berlina, który miał we Frankfurcie na mnie specjalnie poczekać… I poleciałam. Gdy wysiadłam już we Frankfurcie, ale hen, daleko od lotniska, okazało się że mojej walizki brakuje… I znów kłopot, nie mogę lecieć dalej, bo trzeba przecież spisać protokół… No i wtedy się zaczęło. 

TT: Czyżby sytuacją zawładnęła niemiecka skrupulatność i miłość do formularzy?

LG: Tak, zawiezionio mnie od razu na terminal lotniska, i tam zaczęto spokojnie spisywać protokół. A czas nieubłagalnie płynął i naglił, napawając mnie obawą czy w ogóle zdążę jeszcze dolecieć do celu, więc wreszcie skierowano mnie na inny samolot do Berlina. Tyle że tam był już prawie komplet pasażerów, a oczekujących i chętnych na ten lot osób było jeszcze ponad 30… Nie wiem już jakim cudem, ale jakoś udało mi się dostać na jego pokład, i byłam tą ostatnią osobą, którą jako pasażera do tego samolotu przyjęto. Więc, prawie goła i wesoła, bez bagażu, bez moich rzeczy osobistych, i bez żadnej sukni koncertowej na ten wieczór, doleciałam do Berlina Zachodniego, puściłam się biegiem z dworca na stację S-Bahny, wskoczyłam do kolejki i – wio, dalej w drogę do Berlina Wschodniego. Miałam tam u przyjaciół szczęśliwie „na przechowanie” jeszcze jedną, zapasową suknię koncertową, ale musiałam ją od nich rzecz jasna, odebrać. Dojeżdżam więc do Berlina Wschodniego, na Friedrichstrasse, a tam znowu przeszkoda – długa kolejka do taksówek… Czas naglił już bardzo, na szczęście wybłagałam, i czekający w kolejce ludzie zgodzili się przepuścić mnie do pierwszego taxi, jakie podjechało, wsiadłam i pojechałam… I wtedy, pamiętam, mówię jeszcze do taksówkarza, że będzie musiał mnie zawieść potem do Magdeburga, na mój wieczorny koncert… Filharmonia z Magdeburga wydzwaniała już do moich znajomych, którzy też czekali na mnie zdenerwowani, jak oszalała, gdy nie dotarłam napróbę, nie wiedząc co się ze mną w ogóle dzieje. W końcu, szczęśliwie do nich dotarłszy, zapakowałam zapasową suknię, trochę się odświeżyłam, i już, już miałam wracać do taksówki, gdy do ich drzwi zadzwonił kierowca z widomością, że na drodze wyjazdowej do Magdeburga wydarzył się jakiś poważny wypadek, niemiecka policja w okolicach Berlina zamknęła drogę, i nigdzie już nie pojedziemy. I to był koniec, teraz utknęłam już na dobre. Koncert mój w Magdeburgu się, rzecz jasna, już nie odbył. Nie było szans. Kurt Zanderling był wściekły, szalał podobno ze złości, ale co było zrobić. I nie koniec na tym bo musiałam wrócić jeszcze następnego dnia do Berlina Zachodniego na lotnisko Tempelhoff po moją walizkę, dostawszy wcześniej kolejne pozwolenie wyjazdu z DDR, co także nie było takie łatwe. Szukaliśmy jej długo, aż w końcu znaleźliśmy leżącą, nie wiedzieć dlaczego, w pomieszczeniu na dawne zguby, bo nie chciałam za nic w świecie ustąpić i uparłam się, żeby i tam też jej poszukać. Zażądano więc ode mnie kwitu na mój bagaż z lotniska. Okazało się że ten, który posiadam, ma inny, nie pasujący numer… I znowu problem, bo numer bagażu nie zgadzał się Niemcom w ewidencji bagażowej, i nie chcieli mi niczego wydać. Tłumaczę im że w Mediolanie był chaos i perturbacje ze startem, szukano dla mnie innych, zastępczych lotów, przebukowywano mnie z samolotu do samolotu… i stąd wzięła się na pewno taka pomyłka z numerem bagażu. Ale nie ustępowali. Więc poprosiłam chociaż o jej otwarcie, ponieważ zapamiętałam, że na wierzchu zapakowane były nuty z utworami Fryderyka Chopina, z moim podpisem. Tak zrobiono. I te nuty faktycznie leżały na wierzchu, tak jak im to mówiłam. Na tej podstawie wydano mi w koncu walizkę. Ale ileż nerwów to kosztowało i okropnego, stresu… A Chopin ocalił mój bagaż… 

TT:  Znów nieodstępny, niezasatąpiony Chopin przyniósł Pani szczęście! Takie są te tournee, czasami, tak to się dzieje w trasach, trzeba mieć i wprawę, i mocne nerwy żeby nie paść ze stresu, nim wyjdzie się na scenę?

LG: Tak, i po takim horrendalnym stresie trzeba było nieraz jeszcze usiąść na scenie do instrumentu i zagrać cały koncert, lub recital, i musiało się to przecież udać… 

Ciąg dalszy nastąpi!

Wszystkie poprzednie części wywiadu-rzeki z Prof. Lidią Grychtołówną można znaleźć tutaj: Rozmowy z Mistrzynią