Artystka na scenie i w podróży, ciąg dalszy

Prof. Lidia Grychtołówna opowiada nam dzisiaj w wywiadzie-rzece ponownie o swoich przeżyciach na scenach świata, i przygodach w podróżach, w których musiała pokonywać niejednokrotnie niewyobrażalne przeszkody losowe i umieć przetrwać trudne sytuacje. A potem grać koncerty, których los bywał już prawie przesądzony.

Na tym ten zawód właśnie polega, że trzeba być po prostu przygotowanym absolutnie zawsze na absolutnie wszystko, i wiedzieć, że wszystko co najbardziej nieoczekiwane może nam się w każdej chwili wydarzyć!

 

Tomasz Trzciński: Czyli nieprzewidzianych przygód w podróżach koncertowych, i zupełnie niespodziewanych sytuacji przeżyła Pani jeszcze znacznie więcej?

Prof. Lidia Grychtołówna: Tak…Gdy kiedyś z Filharmonią Łódzką byłam na wielkim koncertowym tournee po Włoszech, przez zakupy w supermarkecie, w jakieś mniejszej miejscowości po drodze, które członkowie łódzkiej orkiestry zaczęli robić za otrzymane dopiero co diety, spóźnilibyśmy się prawie na pierwszy koncert, do Syrakuz na Sycylii. Czekaliśmy tam z odjazdem prawie półtorej godziny, aż wszyscy członkowie orkiestry powrócą z tego sklepu, i dojechaliśmy do Syrakuz dosłownie w ostatniej chwili, niecałe pół godziny przed koncertem. Miałam tam więc dokładnie tylko tyle czasu, żeby móc pośpiesznie przebrać się w strój koncertowy, wejść na scenę, wyregulować na odpowiednią wysokość stołek do fortepianu, i zagrać kilka dźwięków na przywiezionym tam specjalnie fortepianie, żeby sprawdzić ogólnie instrument, jak brzmi, i jaka jest klawiatura, lekka czy ciężka… To był potworny stres i napięcie, ale tylko to można było jeszcze zrobić, i trzeba było tak zagrać ten koncert. Oni mnie potem wszyscy strasznie przepraszali, mówiąc że zupełnie nie wiedzieli, że to ja jestem solistką tego koncertu (sic!), i nie myśleli w ogóle o tym, że ja muszę przecież dobrze tego wieczoru zagrać. 

TT: To dobrze że choć na koniec zrozumieli że to Pani miała tam zagrać, i że to koncert w tym dniu był ważny…

LG: No tak… Takie to były czasy. Zresztą ci, którzy je pamiętają, wiedzą najlepiej jak to wtedy było. Uroki tamtej rzeczywistości były rozliczne a muzykom nigdy nie powodziło się najlepiej…

TT: Czyli to była taka ciągła karuzela niespodzianek i niewiadoma? Ale że też nie było z Panią żadnego agenta, który by o to dbał i pilnował takich sytuacji? Jak często była Pani skazana wyłącznie na siebie?

LG: Tak niestety było prawie zawsze! Drugi raz zdarzyło mi się coś podobnego znowu w Bułgarii, gdy grałam w Sofii koncert fortepianowy Wisłockiego, zresztą pod jego osobistą dyrekcją, a następnego dnia miałam w dawnej – wówczas jeszcze Jugosławii, także jeszcze jeden koncert, tyle że to już był solowy recital. Do tego miejsca gdzie grałam dotrzeć można było tylko autobusem, więc raniutko ruszyłam nim z Sofii w kierunku Jugosławii. Na granicy bułgarsko-jugosłowiańskiej stał wówczas tylko jeden mały budyneczek straży granicznej i celników, nic nie dało się zrobić z normalnych czynności postojowych, ani kawy ani toalety, za to oczywiście odbyła się obowiązkowa odprawa celna, każdy musiał wyjąć ze schowka swój bagaż i okazać zawartość do kontroli. No i celnicy odkryli przemyt. 

TT: A to nie były sytuacje wówczas wesołe i potrafiły potrwać?

LG: Tak, ktoś próbował przeszmuglować do Jugosławii prawie tysiąc… plastikowych talerzy. I celnicy zaczęli je wypakowywać i skrupulatnie liczyć. Sztuka po sztuce. Trwało to i trwało, chyba prawie ze dwie godziny, a liczeniu talerzy końca widać nie było. Cyrk nie z tej ziemi. Kiedy w końcu je przeliczyli, wpisali w protokół, i szczęśliwie odjechaliśmy, pot ciekł mi ze zdenerwowania po plecach, ale wreszcie, godzinę przed wyjściem na scenę, zmęczona i zdenerwowana dotarłam po tej podróży na miejsce. Zaraz wybiegła do mnie naprzeciw z płaczem organizatorka z tamtejszej agencji, zrozpaczona, mówiąc że już po prostu kompletnie nie wiedziała co ma zrobić, i myślała że trzeba będzie ten koncert odwoływać. 

TT: Ale Pani jak zawsze była jednak, mimo wszystko, gotowa go zagrać? 

LG: W zasadzie uważałabym taką decyzję – odwołanie koncertu, za najbardziej w tej sytuacji rozsądną. Ale, postanowiłam, mimo wszystko, szybko zrobić jakąś małą próbę, wyjść naprzeciw sytuacji, i „ugotowanemu“ już prawie koncertowi, i zagrać, tak jak się umawiałyśmy. 

TT: Ale jeszcze trzeba było się przecież przebrać, przygotować?

LG: I tutaj nastąpił właśnie ciąg dalszy kłopotów, ponieważ moja sukienka koncertowa była z czystego jedwabiu, więc wiadomo – mięła się znacznie, i trzeba ją było zazwyczaj przed założeniem na występ solidnie wyprasować. Ja trzymałam ją wówczas, na tę podróż, w luźnej torbie, aby takiego pomięcia właśnie uniknąć, ale torba wylądowała po chaosie kontroli celnej na granicy blisko jakiegoś autobusowego grzejnika, spadła, i przygnieciona czymś od góry suknia wymięta była strasznie, dosłownie „jak psu z gardła“. Pojechaliśmy więc do hotelu, o próbowaniu fortepianu w ogóle nie było już mowy, a suknię rozłożoną na podłodze w hotelowym pokoju prasowałyśmy wspólnie z panią pokojową, na dwa żelazka jednocześnie – ona jedną połowę sukni, a ja drugą… 

TT: To nie do wiary… bo brzmi to po mału tak, jak gdyby to była jakaś czeska komedia, dosłownie „to je czeski film“, jak to się wówczas, a nawet jeszcze i dzisiaj mówi przy takich sytuacjach.

LG: Ale naprawdę tak było, ja wcale nie żartuję! „Na wariata“. To wszystko naprawdę się wtedy wydarzyło. Ale szybko nam to poszło na szczęście, suknię dało się jakoś doprowadzić do porządku. Na scenę wychodziłam nie sprawdziwszy prawie instrumentu. Kilka akordów przed rozpoczęciem gry… Czyste szaleństwo! A w programie koncertu miałam wtedy Appassionatę L. van Beethovena, Etiudy Symfoniczne Roberta Schumanna, no i trochę różnych drobiazgów. Czyli, jakby nie patrzeć, iście koński program. Myślałam sobie przed wyjściem z obawą 

– A to będzie dopiero koncert, wygwiżdżą mnie tam chyba…

TT: I jak to się skończyło?

LG: No i na koniec miałam pięć bisów!

TT: A więc poszło Pani doskonale?

LG: Jeszcze nigdy wcześniej tyle ich na żadnym koncercie nie miałam…

TT: Jak się to stało?

LG: Być może publiczność odreagowała również moje wielkie napięcie, ale tak naprawdę to człowiek w takich sytuacjach koncentruje się jednak, nie wiadomo w jaki sposób, ale maksymalnie, zbiera w sobie całkowicie i wychodzi na scenę, gra, nie myśląc w ogóle o tym wszystkim, nawet powiedziałabym uwalnia się od całego tego stresu poprzez swój koncert. Wszystko wychodzi mu świetnie, i nie wiadomo jak, bo jeśli jest się dobrze przygotowanym, na pewno na scenę i granie, to musi się jakoś udać. 

TT: I co działo się dalej?

LG: Dalej? Po długim wiwacie publiczności, standing owations, i tak gorącym przyjęciu i pożegnaniu, poszliśmy po koncercie na kolację, i siedzieliśmy z organizatorami, i gospodarzami koncertu przy posiłku i winie do późna w nocy, było bardzo wesoło i przyjemnie, w ogóle nie czułam zmęczenia, zresztą adrenalina i tak nie dałaby mi przecież po tym wszystkim zbyt prędko, o ile w ogóle, zasnąć.

TT: Czyli celnicy mieli rację, i zmobilizowali tym Panią do sukcesu? 

LG: No tak jakby nie patrzeć… I tak to właśnie wyglądało, ciąglke były jakieś hece i przygody, musiałam ratować różne sytuacje i grać, bo co było zrobić. A kiedyś z kolei przyjechał po mnie na lotnisko w Kanadzie dyrygent, dzień przed zaplanowanym w Toronto wspólnym koncertem, żeby mnie zawieźć do hotelu i na próbę, i już w samochodzie mówi do mnie, na całe szczęscie zresztą, żebym mu tylko zanuciła, w jakim tempie gram pierwszą część koncertu fortepianowego Fryderyka Chopina. No to, proszę bardzo, nucę mu wstęp do Koncertu f-moll Chopina, na co on zaskoczony przerywa mi i mówi:

– Proszę Pani, Pani gra jutro koncert e-moll Chopina!

– ???, jaki koncert e-moll?? – odpowiadam nie mniej zumiona, ja Panu zaraz pokażę kontrakt!

– Nie Pani Lidio, pierwszy koncert f-moll Chopina grany był tutaj w zeszłym tygodniu, a z Panią miał być wykonany teraz koncert e-moll – pewien swego, nie dawał za wygraną dyrygent.

– No to ja sama już nie wiem, odpowiedziałam, nie wiedząc naprawdę już co zrobić, ale ja tego koncertu bardzo dawno nie grałam, jak mam to przygotować w jeden dzień, jak Pan to sobie wyobraża? Próbowałam jeszcze oponować. Na co on spokojnie i rezolutnie odrzekł, niewiele sobie z mego protestowania robiąc:

– Zawiozę Panią w takim razie zaraz, od razu – prosto do teatru, i będzie Pani tam mogła koncert e-moll sobie przypomnieć i poćwiczyć… 

I tak było, do północy ćwiczylam na fortepianie w teatrze przypominając sobie Koncert e-moll Fryderyka Chopina a następnego dnia była rano próba i wieczorem koncert, i… 

TT: Wszystko się udało? 

LG: Naturalnie, udało mi się odświeżyć i przygotować ten utwór, praktycznie z pamięci, i zarówno próba jak i koncert świetnie poszedł, i był wielki sukces. Ale na tym ten zawód właśnie polega, że trzeba być po prostu przygotowanym absolutnie zawsze na absolutnie wszystko, i wiedzieć że wszystko co najbardziej nieoczekiwane może się stać w każdej chwili, a z programem także bywają takie sytuacje że nie sposób przewidzieć co się może wydarzyć. Mogłam mu przecież odpowiedzieć: 

– „Patrz Pan w kontrakt Panie Dyrygencie, tam warunki takie stoją“…

TT: Ale to przecież nie bardzo było w Pani stylu? 

LG: Tak, bo ja jednak zawsze starałam się wyjść z takich sytuacji z tarczą, czyli z sukcesem, i zagrać koncert jak najlepiej, jeśli był ku temu jakiś cień nadziei. Oni mieli e-moll, nastąpiło nieporozumienie z moją agencją. Ale już byłam w Kanadzie, w środku tego wszystkiego.

TT: Piękny to, choć piekielny więc zawód, trzeba przyznać, że miała Pani naprawdę mocne nerwy…

LG: To jest po prostu taki zawód, że trzeba w nim umieć sobie w każdej sytuacji poradzić, i nawet gdy jest bardzo gorąco, zachować zimną krew. Innego wyjścia po prostu tu nie ma.

Ciąg dalszy nastąpi!

Wszystkie poprzednie części wywiadu są do znalezienia tutaj Wywiad-rzeka z Prof. Lidią Grychtołówną