Mój artykuł o ruchu narodowym zaskoczył mnie. Spodziewałem się raczej zwyczajowych oskarżeń o „putinostwo i esbectwo”, a nie merytorycznej dyskusji. Pomyliłem się, chociaż nadal uważam, że te neologizmy staną się głównym argumentem dyskusji. Zostawmy to na razie.

Od samego początku lat dziewięćdziesiątych ruch narodowy w Polsce traktowany jest wrogo przez każdą władzę. Dlaczego? To bardzo proste. Każda władza w Polsce podlega ciśnieniu ze Wschodu i Zachodu, co powoduje miotanie się od ściany do ściany, ponieważ nie wyobraża sobie autonomicznego rządzenia. Zauważcie, Państwo, że zawsze rządzący mówią o sojusznikach i Kremlu, a Warszawa przez to staje się jedynie tłem. Nie zawsze jest to intencjonalne, ale zawsze wypływa to z irracjonalnego strachu przed tym „co powie Bruksela”. Przyznaję, że PiS usiłuje to przezwyciężyć, ale i ta partia zawsze przypomni o „sojuszach”. To jest ważne, ale dobro Polski jest ważniejsze i wypływa z nas samych, a nie z woli sojuszników. Szanuje się mocnych, a nie uległych. Niestety, nikt nie rozumie, że w wielu przypadkach to MY jesteśmy im potrzebni, a nie ONI nam. Debatę w UE na nasz temat olałbym totalnie, ale zdaję sobie sprawę, że znajdą się posłowie, którzy będą w niej uczestniczyć. I tu dochodzimy do drugiego grzechu naszych sił politycznych. Również i tych narodowych.

Sejm, posłowie. Każdy lider jakiejkolwiek partii widzi tylko budynek na Wiejskiej i „Okrągłą Izbę”. To staje się celem numer jeden i nic w tym dziwnego, bo wszystkie partie w europejskim systemie prawnym i parlamentarnym są, czy tego chcą, czy nie chcą, partiami leninowskimi (proszę politologów o potraktowanie tego, jako skrótu i nie „wymądrzanie się”). Każda musi mieć jasne struktury, komitety polityczne, zarządy centralne o różnych nazwach, komisje rewizyjne, legitymacje i składki. Główną ideą tych organizacji jest zwycięstwo w wyborach i wejście do sejmu, czyli pozorne zdobycie władzy. Dlatego też, tak często wchodzą w układy z siłami sobie przeciwnymi, a nawet wrogimi. Szczególnie w gospodarce, ponieważ taka partia potrzebuje pieniędzy, by egzystować. Po każdym zwycięstwie mamy partyjny kontredans stanowisk oraz układów. Tak jest od 25 lat i wszystko toczy się według planu, który Zachód i Wschód Polsce wyznaczył i który jest wyłącznie dla nich korzystny. Miraż i ułudę „Wiejskiej” mają zakodowane również liderzy tzw. ruchów społecznych oraz narodowych. Uważają, iż „bycie posłem” jest celem i pozwoli na „rozbicie systemu od środka”. Śmieszy mnie to, bo nie ma na świecie – i nie było – rewolucji bez rewolucji. Ktoś znów powoła się na przykład Nazistów i Niemców. Nota bene bardzo dziwię się, dlaczego Adolf Hitler staje się guru dla świata. Dla Niemców – to u nich normalne, ale dla nas? Wróćmy jednak do tego przykładu. Hitler mógł zostać kanclerzem, bo miał odpowiednią liczbę posłów i odpowiedni układ opozycji. Potem i tak podpalił Reichstag, czyli zrobił dość brutalna rewolucję i w ten sposób zakończył demokrację. U nas, wprowadzenie kilku posłów nie ma znaczenia żadnego, poza nakarmieniem ego „wybrańców”. Nie maja siły sprawczej i prawie zawsze, nie! – zawsze, kończą jako przystawki skonsumowane przez silniejszych. I tak w kółko. Do następnych wyborów, a tłumaczenie typu „mamy cztery lata, by wzmocnić własną organizację” jest śmieszne, bo to silniejsi mają cztery lata na to, by tą organizację zneutralizować, przeżuć i wypluć.

W Polsce doprowadzono do sytuacji, w której wszystko, co ktoś powie „służy Putinowi”. Ruchy narodowe są wyjątkowo wrażliwe na te oskarżenia. Prawdą jest, że Rosjanie w swojej historii wykorzystywali takie ruchy do destabilizacji podbitych lub podbijanych krajów i sam wielokrotnie pisałem o próbach „wchodzenia wywiadu rosyjskiego” w polskie ugrupowania narodowe. Nie oznacza to jednak, że nie można się przed tym obronić. Nie można też zapominać, iż takie oskarżenia są korzystne przede wszystkim dla Zachodu, który stworzył ideologię „poprawności politycznej”, by realizować wyłącznie własne i całkiem konkretne, wymierne w miliardach euro lub dolarów interesy. Dla nich polskie ruchy narodowe są równie wielką przeszkodą i kto wie, czy wpychanie ich w „putinowość” nie jest także manipulacją sterowana przez służby sojusznicze. Może. W latach dziewięćdziesiątych UOP rozbił PFN i pochwalił się likwidacją drukarni, produkujących „faszystowskie treści”. To było na prośbę niemieckich służb partnerskich.

Starczy, bo mam już dość tego tematu. Poza tym nie mam czasu, bo muszę pisać agenturalne raporty i w dodatku mam zajęcia we wszystkich spółkach skarbu państwa.