Zaraz po bitwie w Magdalence dotarły do mnie informacje, że zmarli gangsterzy Igor Pikus i Robert Cieślak musieli tam zginąć. Powód? Mieli bezpośrednio lub pośrednio uczestniczyć w zabójstwie generała Marka Papały. O możliwości takiej wspomniałem w jednej z moich książek pt. „Jak kraść? Podręcznik złodzieja”. I coraz więcej wskazuje na to, że istotnie mogło tak być, w tym chociażby historia Grażyny Biskupskiej – byłej naczelnik wydziału ds. terroru kryminalnego.

Zgodnie z jej przekonaniami, gang Mutantów odpowiedzialny za dokonane przy pomocy broni palnej zabójstwa m.in. naczelnika sekcji kryminalnej policji w Piasecznie Mirosława Żaka dysponował kretem właśnie w strukturach policji. Miał on ochraniać działania grupy, czego dowodem były chociażby zeznania taksówkarza z Mińska Mazowieckiego, który wiózł poszukiwanych listami gończymi gangsterów. Na chwilę przed próbą ich zatrzymania mieli oni odebrać telefon z informacją o takich planach i pospiesznie opuścić jego taksówkę. Podobnych ewakuacji „w ostatniej chwili” było więcej. Również utrzymywana w tajemnicy akcja w Magdalence była na tyle tajna, że gdy tylko zaczął się szturm nieopodal pojawiła się matka jednego z gangsterów oraz jego koledzy… Razem z gangiem działał również były antyterrorysta-misztalowiec o pseudonimie Fragles (zastrzelony przez policjantów podczas akcji na Ursynowie). Co prawda w tamtych latach na terenie Polski działało wiele zuchwałych gangów, lecz strzelanie do policjantów nie należało do częstych – grupy przestępcze ukierunkowane na długofalowe, intratne działanie (Pruszków, Wołomin, gangi Oczki i Nikosia) nie wypowiadały wojny policji. Jedynie przestępcy kierowani swoistą ideologią i nienawiścią, jak otoczony recydywą Krakowiak, próbowali wydawać na oficerów wyroki śmierci, lecz były to działania nieudane. Druga kategoria odważnych, lecz zazwyczaj niemuszących zabijać urzędników państwowych, to ochrona białych kołnierzyków, m.in. Poznania i struktur paliwowych.

Igor Pikus to były żołnierz wschodnich jednostek desantowych, zasłynął wysadzeniem w swej ojczyźnie całego bloku w celu zgładzenia depczącego mu po piętach milicjanta. Podczas akcji w podwarszawskiej Magdalence nie doceniono tej informacji. Błędne rozpoznanie zignorowało przesłanki wskazujące na zaminowanie terenu, nieodpowiednio naszkicowano szturmowany budynek a do tego antyterroryści nie wiedzieli, że mają zatrzymać uzbrojonych morderców mających już na koncie zabójstwa policjantów. Nie wiedzieli też, że wcześniej inne służby obserwowały feralny dom. Gdyby wnioski płynące z tamtej obserwacji dotarły do nich, zapewne szturm zakończyłby się sukcesem, a przestępcy w kajdankach trafiliby do aresztu. Czy istniało ryzyko, że wtedy zaczęliby sypać i dlatego musiało dojść do masakry, aby nikt już nie myślał o braniu ich żywcem? Atak kosztował życie dwóch antyterrorystów, kilkunastu innych zostało rannych a część z nich trwale wyeliminowano ze służby w jednostce. Podejrzani zginęli. Sprawa zamknięta.

Jak twierdzi Grażyna Biskupska, a ja jestem skłonny jej uwierzyć, u ówczesnego wiceministra ds. policji Zbigniewa Sobotki miano zrobić losowanie, kogo posadzić na ławie oskarżonych. Padło m.in. na nią. Przypomnijmy, że ułaskawiony ostatniego dnia kadencji przez ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wieloletni działacz SLD Zbigniew Sobotka został skazany za tzw. przeciek starachowicki. Jego niedyskrecja skutkowała dotarciem (za pośrednictwem paru zaprzyjaźnionych polityków) do starachowickiego zbrojnego gangu informacji, że właśnie przeciwko niemu realizowany jest kontrolowany zakup broni. Gdyby wiadomość ta została przekazana dosłownie chwilę wcześniej, zdekonspirowani policjanci realizujący tę operację mogli zostać zamordowani lub co najmniej przestępcy mogli uniemożliwić zabezpieczenie dowodów ich winy. W ilu innych przypadkach przecieki dotarły w porę?

Jak już moi Czytelnicy wiedzą, ani przez moment nie uwierzyłem w rzetelność postawionego świadkowi koronnemu „Patykowi” zarzutu zabójstwa gen. Marka Papały. To stek bzdur, co najprawdopodobniej dostrzegł też sąd zwalniając Patyka z aresztu. Czy gdyby dowody przeciwko niemu były mocne, to wchodziłoby w grę wypuszczenie na ulicę człowieka odpowiadającego za zastrzelenie generała? Oczywiście, że nie. Po uniewinnieniu Słowika i Boguckiego na szybko skierowano tory śledztwa w kolejną ślepą uliczkę, pozwalając płynącemu czasowi bezpowrotnie zatrzeć ślady prowadzące do prawdziwego wykonawcy a następnie zleceniodawcy zbrodni. Przecież ktoś musiał wtedy za spust pociągnąć.

Nie wiem, czy Grażyna Biskupska jest winna zarzucanych jej zaniedbań, czy stała się przypadkowym kozłem ofiarnym bądź ofiarą starannie zaplanowanej intrygi. Zapraszam jednak do lektury wywiadu z jej osobą (TUTAJ). Co prawda mam kilka zastrzeżeń do jej słów, lecz są to wątki poboczne. Np. w razie przyjęcia do służby w 1990 roku nie mogła mieć podczas akcji w Magdalence 24 lat wysługi, a jedynie 13. Trudno też mi uwierzyć, by miała na koncie tysiące rozwiązanych spraw. Pierwsze 3 lata służby to abecadło, później wiele lat spędziła jako naczelnik bardzo ważnego wydziału skupiającego się na poważnych przestępstwach, a pełniąc taką funkcję głównie nadzoruje się pracę innych. Jeśli więc przyjmiemy, że w ciągu około 10 lat dochodzeniówki rozwiązać miałaby powiedzmy 4000 spraw, to wypada nam około 400 postępowań rocznie. Dużo. Tyle można mieć, jeśli pracuje się przy błahych sprawach takich jak osiedlowe bójki, a nie przy wielomiesięcznych śledztwach. Ale to nieistotne drobiazgi, które mają dobrze wyglądać PR-owsko przy promocji jej książki. To co najważniejsze w tych wszystkich sprawach od dawna nam umyka. Kilka dni temu umorzono śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary – „Poznań” jest bezpieczny. Sprawy zabójstw policjantów kończą się wraz ze śmiercią podejrzanych albo (już wkrótce) ich przedawnieniem. Nie tak powinna wyglądać sprawiedliwość, będąca przecież ostoją Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Autor: Kazimierz Turaliński