Pamiętamy prawdziwy wysyp filmików na youtubie 15 lutego 2013 roku. Wszystkie nakręcone przez Rosjan przedstawiały rozpad tzw. meteorytu czelabińskiego, największego, jaki trafił w Ziemię po katastrofie tunguskiej z 1908 r.

Wielu zastanawiało się, skąd u Rosjan taka miłość do astrofotografii, a nawet astrofilmowania? Na dodatek upadek meteorytu nie był powszechnie ogłoszony, co przecież tłumaczyłoby nagły wysyp kamerzystów. Krótki przebieg zjawiska wykluczał z kolei możliwość wydobycia sprzętu z futerału.

Tymczasem powód powszechnego uzbrojenia mieszkańców Rosji w kamery jest bardzo prozaiczny

To policja drogowa, zwana jeszcze do niedawna milicją (do 1 marca 2011 r.), a raczej powszechne łapówkarstwo jej funkcjonariuszy nie mające odpowiednika na całej półkuli południowej (może jedynie porównywalne z ukraińską).

Właśnie samoobrona społeczeństwa, do tego skuteczna, spowodowała powszechność rejestratorów jazdy – kamer nagrywających obraz tego, co dzieje się przed pojazdem, a czasem nawet wokół.

 

Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej ustało wmawianie wszelkiej maści przewinień drogowych oraz dowolne obarczanie sprawstwem uczestników kolizji

Dzisiaj, jeśli wierzyć kierowcom wożącym towar hen za wschodnią granicę policja drogowa zachowuje się prawie tak samo, jak nasza.

Ludzie ją ucywilizowali.

 

Ale przecież najnowsza historia Rosji, w dodatku tak szczątkowa, nie powinna nas interesować, ktoś powie.

Niestety, nie ma racji.

Oto bowiem walka obywatela z urzędnikiem (policjant to przecież funkcjonariusz publiczny a nie szeryf pochodzący z wyboru) to domena wszystkich krajów, szczególnie postkomunistycznych, gdyż te „nowe demokracje” z reguły cierpią na brak faktycznie niezależnych sądów.

Tymczasem prawo w postkomunistycznym kraju, jakim jest III RP, broni urzędnika przed „pomówieniem” dokonanym przez często zrozpaczonego bezsilnością obywatela.

Słynny art. 212 kodeksu karnego w § 1 penalizuje bowiem zachowanie polegające na pomawianiu innej osoby, grupy osób, instytucji, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności.

Ciut ostrzejsza kara grozi za powyższe, ale dokonane za pomocą środków masowego komunikowania się (np. poprzez Internet, ale również wywiad telewizyjny itp.).

Kurwiozum prawne stanowi natomiast art. 213 kk, który łagodzi powyższy przepis. Niestety, czyni to w sposób praktycznie ograniczający wszelką krytykę prasową, gdyż nakłada na dziennikarza obowiązek ustalenia prawdy i to nie tylko tej istniejącej faktycznie, ale i sądowej.

 

1. Nie ma przestępstwa określonego w art. 212 § 1, jeżeli zarzut uczyniony niepublicznie jest prawdziwy.

2. Nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut:

1) dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub

2) służący obronie społecznie uzasadnionego interesu.

Jeżeli zarzut dotyczy życia prywatnego lub rodzinnego, dowód prawdy może być przeprowadzony tylko wtedy, gdy zarzut ma zapobiec niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia człowieka albo demoralizacji małoletniego.

 

Tak więc zarzut uczyniony publicznie nawet wtedy, gdy jest prawdziwy, wcale nie oznacza braku przestępstwa.

Jeśli ktoś zechce wykazać hipokryzję jakiegoś oficjalnego działacza LGBTQ gardłującego za wprowadzeniem małżeństw homoseksualnych, zniszczeniem rodziny, wprowadzeniem rozwodów na podstawie oświadczenia jednej tylko strony (taki model udało się wprowadzić na pewien czas w Związku Sowieckim niejakiej Aleksandrze Kołłontaj) a naprawdę członka trzeciego zakonu, przykładnego ojca rodziny, skrycie podpisującego petycje Terlikowskiego  i Frondy etc. i to ujawni, stanie przed sądem.

Bo to, że jako urzędowy gej jest całkowicie do niczego nie znaczy, że ujawnienie tego faktu służy obronie społecznie uzasadnionego interesu ani też nie zapobiega   niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia człowieka albo demoralizacji małoletniego.

Archiwa wielu redakcji zawierają materiały mogące zachwiać pozycją wielu środowiskowych guru. Jednak na przeszkodzie stoi art. 212 kk.

 

Kolejny hamulcowy krytyki, tym razem sądów, to art. 241 k:

1. Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

2. Tej samej karze podlega, kto rozpowszechnia publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności.

 

Przez pojęcie „wiadomości” należy rozumieć wszelkie informacje o faktach. Nie będą zatem wiadomościami oceny, opinie czy komentarze (por. wyr. SN z 5.12.1991 r., WRN 122/91, OSP 1992, Nr 9, poz. 190). Pomimo użycia w art. 241 KK liczby mnogiej należy przyjąć, iż rozpowszechnienie publicznie nawet jednej wiadomości wyczerpuje znamiona tego przestępstwa. Ustawodawca niejednokrotnie posługuje się określeniami pluralistycznymi (np. w art. 186 § 1 czy art. 265 § 1 KK), chociaż oczywiste jest, że znamię jest wyczerpane także wtedy, gdy zajdzie jeden wypadek (por. R.A. Stefański, Przestępstwo rozpowszechniania wiadomości z postępowania karnego (art. 241 KK), Prok. i Pr. 2001, Nr 5, s. 18).

Art. 241 KK red. Stefański 2017, wyd. 18/A. Herzog

Co jednak w przypadku, gdy „fakty” są całkowicie wyssane z palca, ale mimo to stanowią tzw. prawdę sądową?

Co ma zrobić dziennikarz, który widzi hucpę, a raczej dintojrę zamiast rozprawy i mimo to ma związane ręce?

Oczywiście zgodnie z prawem powinien sam z siebie zgłosić się do udziału w sprawie jako świadek.

Jednak znana mi osobiście sprawa, znana dzięki temu, że strona nie bacząc na zakaz rozsyła materiały pochodzące z rozprawy do ściśle oznaczonego kręgu osób, wygląda tak, że sędzia przewodnicząca po prostu oddala wszelkie wnioski dowodowe oskarżonego chociaż w sprawie z 212 kk na nim ciąży obowiązek dowodowy.

Zapomniałem napisać, więc już uzupełniam.

Przestępstwo z art. 212 kk jest wyjątkowe pod tym względem, że to na oskarżonym spoczywa ciężar tzw. dowodu prawdy. Nie dość, że musi wskazać prawdziwość swoich zarzutów, to jeszcze musi wykazać, że dotyczyły postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służyły obronie społecznie uzasadnionego interesu

Postawa sędzi przewodniczącej wyklucza jednak możliwość przeprowadzenia takiego dowodu.

Czy zatem wskutek chorej ambicji prowincjonalnej adeptki polskiej Temidy III RP polegnie kolejny raz w Strasburgu?

Na razie czekamy na uzasadnienie wyroku, by złożyć apelację. Zarzut pozbawienia możliwości obrony jest oczywisty, ale….

Żyjemy w kraju, gdzie o zwycięstwie w batalii sądowej zbyt często decydują media.

Sąd jest sądem jedynie w świetle reflektorów.

Gdy jest w cieniu robi to, co chce, słusznie uważając, że jest poza jakąkolwiek krytyką.

Na szczęście jako obywatele wcale nie jesteśmy bezradni.

 

Cofnijmy się o dwa pokolenia.

Związek Sowiecki, Imperium Zła.

Jednak to Imperium nosi w sobie zarazki, które za chwilę je rozłożą.

To tzw. samizdat.

Był obecny również w PRL-u, aczkolwiek nie aż na taka skalę.

Na czym to polegało?

Dostałem bibułę. Przeczytałem.

Przepisałem w 5 egzemplarzach i wręczyłem moim przyjaciołom.

Za kilka miesięcy cały kraj był w jej posiadaniu.

W Polsce, zwanej wtedy PRL-em, tak właśnie rozchodził się np. samizdat Andrieja Amalrika Czy Związek Sowiecki dotrwa do roku 1984?

 

Art. 241 kk daje nam te same możliwości.

 

Przestępstwo z art. 241 KK polega na rozpowszechnianiu publicznym wiadomości z postępowania przygotowawczego lub rozprawy prowadzonej z wyłączeniem jawności. (…)

Określenie „publicznie” oznacza takie działanie, gdy ze względu na miejsce działania, bądź ze względu na okoliczności i sposób działania sprawcy jego zachowanie się jest lub może być dostępne (dostrzegalne) dla nieokreślonej liczby osób (por. uchw. SN (7) z 20.9.1973 r., VI KZP 26/73, OSNKW 1973, Nr 11, poz. 132; zob. także W. Daszkiewicz, Publiczność działania jako znamię przestępstwa, PiP 1986, Nr 4, s. 36–46).

(op.cit.)

 

A zatem nie mogę mojego wpisu umieścić na pressmanii ale nie ma przeszkód, bym wysłał go do ponad 400 znajomych, których adresy mailowe posiadam.

Nie ma również przeszkód, by każdy z nich przesłał go do swoich znajomych, gdyż za każdym razem wysłany zostaje do określonej liczby osób.

Jeśli każdy z nich posiada również 400 znajomych oznacza to, że po tygodniu mój tekst ląduje na biurku prezydenta USA jako najbardziej rozpowszechniony tekst na świecie. 😉

XXI – wieczny samizdat pozwoli na okiełzanie sądów prędzej, niż jakakolwiek reforma.

No dobrze, ktoś zapyta, ale co do tego ma ruska drogówka?

Przecież to proste. Tak samo, jak nagrywanie rzeczywistych okoliczności jazdy ukróciło działania ruskiej drogówki tak samo stanie się z naszymi urzędnikami.

Nagranie, oficjalne stanowisko.

Parę słów komentarza.

A następnie rozesłanie tego do określonej liczby osób.

Bez gwarancji, ze one nie prześlą maila swoim znajomym.

Noszenie ze sobą „przyjaciela” i nagrywanie każdej rozmowy w urzędzie bez wiedzy urzędnika musi być tak samo oczywiste jak to, że w dzień jest jasno.

Dyktafon, ostatecznie włączona odpowiednia funkcja w telefonie, musi stać się integralną częścią każdego petenta.

 

 

5.04 2017