Można nauczyć się mówić jak Demostenes przekrzykujący morskie fale z kamieniami w ustach. Warto rozmawiać nawet z brutalnie postrzegającym sprawę, zwycięzcą takiej „potyczki” zostaje ten, który wywoła efekt zawstydzenia u przeciwnika. Szkoda, że na ogół jeśli chodzi o FB kończy się to usunięciem wpisów interlokutora, przebieg całej dyskusji, gdyby można go później zobaczyć dawałby do myślenia innym. Drugim mankamentem jest to, że ubywa tych którzy cię „nie lubią” i nie ma się z kim spierać.

Najbardziej mi żal „grupy moherowych fanów”, która uznawała mnie za diabła i zło wcielone występującego przeciw chrześcijaństwu i już nie chcących mnie atakować. A tak pięknie można było ich „nawracać” cytując Pismo, papieży czy świętych.

Bardziej zaangażowanym proponuje głębsze zapoznanie się z Sokratejskimi metodami dysputy elenktyczną i majeutyczną (ideałem jest stosowanie ich wspólnie). Natomiast pozostałym proponuję wersję skróconą, „instrukcje obsługi”, takie antygrzechy polemiki.

1. Nigdy się nie obrażaj – każdy ma prawo do błędu, ty też, człowiek jest tylko człowiekiem i aż człowiekiem

2. Zwracaj się zawsze z szacunkiem Pan/Pani – wywołujesz tym konsternację i podprogowe wspomnienia „jak to rodzice nakazywali zwracać się do innych” lub budujesz formę jakby dyskusja odbywała się na lekcji w szkole.

3. Nie używaj wulgaryzmów – to słabość braku argumentów, jeżeli nawet twój oponent zakończy „rozmowę” stertą inwektyw zdaj sobie sprawę, że wygrałeś, obudziłeś w nim wyrzuty sumienia bo zaczął się bać o swoje racje i jest to jego reakcja obronna. Brzydko mówiąc „zwierzęciu zapędzonemu w kąt zostaje tylko agresja”

4. Nie neguj argumentów przeciwnika – twoja negacja ma być wynikiem „wniosków z nich płynących”. Odpowiedź ma być wskazaniem przeoczenia typu „może masz rację, ALE…..(i tu argumenty podważające tezę)”. Trzeba stworzyć wrażenie uznania argumentów i dopytywania się o szczegóły, ale by odpowiedzieć trzeba się z nimi zapoznać, co właśnie bywa pułapką.

5. Czas – słowo pisane ma przewagę i pozwala wszystkim stosować te metody. Nie musisz mieć natychmiastowej riposty. Pamiętaj ile czasu czekałeś na listy. Teraz jesteś w internecie, postaraj się sprawdzić argumenty przeciwnika i upewnij się co do swoich, szczególnie zwróć uwagę na załączenie źródła, świadczy to o pewnej wiedzy tematu.

6. Nie złość się – nawet jeśli zostałeś mocno zdenerwowany odejdź na moment od klawiatury i weź głęboki oddech. Przypomnij sobie, że zdarzyło ci się powiedzieć coś w nerwach do żony/męża lub kogoś bliskiego za co było ci wstyd. Więc nie daj się sam siebie zawstydzić.

7. Kończ pozdrowieniami – pozostawiasz miłe odczucie szacunku, a równocześnie świadomość, że nie zerwałeś kontaktu, czyli dalej gdzieś czyhasz jak drapieżnik. Można to porównać do prowadzenia kontaktu wzrokowego w normalnej debacie.

Jeśli na zakończenie twój przeciwnik również przesłał pozdrowienia czy wyrazy szacunku – wygrałeś – udało ci się przeprowadzić dyskusję w której byłeś słuchany. Jeśli rozmowa zakończyła się z „hukiem” – wygrałeś – patrz punkt trzeci. Jeśli twój „rozmówca” już nigdy się nie odezwie to właśnie nie wiem czy – wygrałeś – bo to znaczy, że przeciwnik zaczął się ciebie bać.

Podchodząc tak do dyskusji trzeba być trochę cynikiem, jednak warto pamiętać, że prawdziwy cynizm był grecką filozofią tworzoną przez Diogenesa zwanego „psem mądrości”.

Kończąc napomnę, że można zrobić krzywdę słowem. Kiedyś chciałem zakończyć „nawracanie” mnie przez moich znajomych. Nie podobało im się, że uważam wszystkie religie za filozofie życia, a nie jedną prawdę skończoną. Rozmawialiśmy o Jezusie, w zasadzie zgadzałem się z ich tezami, jednak stawiając opór, podpierając się historią i kierując wbrew ich świadomości rozmowę ku zapowiedziom ze Starego Testamentu. Naprawdę radośnie błyszczały im oczy, że uda się mnie przekonać gdy sięgnęliśmy po Biblię i cytaty proroków zapowiadających nadejście Mesjasza z rodu Dawida i Salomona. Wtedy poprosiłem, by przytoczyli pierwszą stronę Nowego Testamentu „rodowód Chrystusa”. Pierwsze zdania wymieniają przodków włącznie z wymienionymi królami, ale kończą się „….syn jego Józef”. Poprosiłem grzecznie o wyjaśnienie jakież to związki krwi łączą Józefa z Jezusem. Powinienem czuć się dumnym jak uczeń Sokratesa z wzorcowo przeprowadzonej debaty, ale gdy zobaczyłem ich gasnące i niepewne oczy zrobiło mi się przykro. Proszę pamiętajcie też o tym.

Autor: Piotr Hajda

Ps. *do napisania niedzielnego felietoniku skłonił mnie miły komentarz Pani Reanaty Plitt-Reich
życzę miłego wieczoru – Wszystkim

– obraz „śmierć Sokratesa” Jacques-Louis David