Wieczorem w niedzielę, 3 października 2021 roku podczas uroczystej gali Nagrodę Nike za książkę KAJŚ otrzymał gliwiczanin Zbigniew Rokita. Urodził się w 1989 roku. Jest dziennikarzem i znawcą tematyki wschodniej. Inna jego książka nosi tytuł Królowie strzelców…

– Przez większość życia uważałem Ślązaków za jaskiniowców z kilofem i roladą. Swoją śląskość wypierałem. W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem. O swoich korzeniach wiedziałem mało. Nie wierzyłem, że na Śląsku przed wojną odbyła się jakakolwiek historia. Moi antenaci byli jakby z innej planety, nosili jakieś niemożliwe imiona: Urban, Reinhold, Liselotte. Później była ta nazistowska burdelmama, major z Kaukazu, pradziadek na delegacjach w Polsce we wrześniu 1939, nagrobek z zeskrobanym nazwiskiem przy kompoście. Coś pękało. Pojąłem, że za płotem wydarzyła się alternatywna historia, dzieje odwrócone na lewą stronę. Postanowiłem pokręcić się po okolicy, spróbować złożyć to w całość. I czego tam nie znalazłem: blisko milion ludzi deklarujących nieistniejącą narodowość, katastrofę ekologiczną nieznanych rozmiarów, opowieści o polskiej kolonii, o separatyzmach i ludzi kibicujących nie tej reprezentacji co trzeba. Oto nasza silezjogonia – stwierdził w jednym z wywiadów Zbigniew Rokita.

Pisarz podejmuje niełatwą tematykę. Próbuje na przykładzie historii swojej rodziny dociec – Kto to jest Ślązak? Skąd się wziął ? Czy to Niemiec, czy Polak? Odpowiedzi te nie są proste. Z Górnym Śląskiem Zagłębie Dąbrowskie sąsiaduje przez Brynicę, która przez wiele lat była granicą. Nie tylko formalną, ale także kulturową. Animozje przez dziesiątki lat uwidaczniały się nie tylko podczas meczów piłkarskich i były artykułowane w formie dowcipów.

Śląski zryw powstańczy był przez władze polskie nie zawsze doceniany. Marszałek Piłsudski miał większy sentyment do swej rodzinnej Wileńszczyzny. Szczególnie tragiczna dla Ślązaków była II wojna światowa, kiedy to wiele rodzin stanęło przed dramatycznymi wyborami.

Po 1945 roku też bywało różnie. Weźmy choćby przymusową akcję polonizacji…

Z moich osobistych doświadczeń wynika, że historia nauczyła Ślązaków tego, że nie ufają oni obcym. Wolą także swe uczucia okazywać przez czyny niż słowa. Być może książka Zbigniewa Rokity wznowi dyskusję na ten temat.

Zbigniew ZEW Wieczorek

P.S. Podczas gali poproszono Autora, aby powiedział coś po śląsku. Wszyscy czekali z zapartym tchem. Zrozumieją, nie zrozumieją, ale przynajmniej się pośmieją, albo przynajmniej będą zadziwieni. Tak to już bywa w eleganckim towarzystwie – Hanysy dalej traktowani są jako socjologiczne zwierzę.

Takie trochę z epoki mamutów. A przecież mowa ta zawierająca naleciałości m.in. z niemieckiego, czeskiego, ale także polskiego (!) sprzed wieków to świadectwo tego, że Ślązacy przetrwali dobre i złe dzieje w swoich dziejach.

Służyli w obcych armiach. Dużo ich było pod Monte Cassino. Także i wśród obrońców klasztoru. Wehrmacht, albo obóz dla Ciebie i rodziny. Ale wyboru nie było. Nie lubią i nie ufają innym. Ślązacy często są oschłymi, twardymi ludźmi. Nie zawsze bywają mili, ale trzeba spróbować do nich dotrzeć.

No cóż, jeśli wystarczy wam przysłowiowe hasło, który zawsze bawi tzw. Goroli, czuli nie-Ślązaków – W ajntryju na byfyju stoła szolka tyju (W przedpokoju na kredensie stała szklanka herbaty) to git. Ale to za mało. Prowadząca galę Grażyna Torbicka, która ma przecież śląskie korzenie nie wytrzymała i też palnęła: Nie przełunac przełunaconego.

Słowo łunacyć w śląskim robi za wszystko. Ma sto znaczeń. Więc dośpiewajcie sobie co chcecie.

ZEW Ślązakiem nie jest, ale spędził w śląskiej rodzinie prawie 30 lat więc ma jakieś pojęcia. Swoją wydaną ponad 20 lat temu książkę dziennikarską „Moje abecadło” zaczął tak: Ja pół – Gorol, ja pół-człowiek. Ech…

Foto Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta