Obserwator tzw. polskiej sceny politycznej musiał zauważyć nagłą zmianę narracji. Tzw. oPOzycyjne media z dnia na dzień porzuciły budowanie „świeckiej świętości” Denata z Gdańska a zaczęły z wyśmiewanego do niedawna „nieudacznika”, człowieka ponoć nie umiejącego posługiwać się telefonem komórkowym czy też kartą bankomatową robić agresywnego i rzutkiego multimiliardera. Bosa.

Powód, dla którego Adamowicz odszedł w medialny cień, a na scenę wyszedł agresywny multimiliarder Kaczyński, prawdopodobnie już za chwilę przestanie istnieć w sferze domysłów..

Ostatni numer lisiego Newsweek’a (5/2019) z 28.01 – 3.02 2019 pośrednio przynosi odpowiedź.

Tomasz Lis: Te ostatnie trzy lata. Jak to wyglądało?

Magdalena Adamowicz: – Właściwie nie oglądaliśmy TVP, ale wszystko do nas docierało. Przyjaciele i znajomi mówili, co się wyczynia. Osaczano nas. Ktoś powiedział, że aresztowano dwóch prezesów firmy, od której kupiliśmy mieszkania niby po zaniżonej cenie, co jest nieprawdą. Ta sprawa była dawno umorzona, ale przed wyborami znowu ją wyciągnięto. W radiu mówili, że Pawła mogą lada moment aresztować. W tej sprawie trzy razy przesłuchiwano wszystkich mieszkańców osiedla. W 2017 roku dzień przed Wigilią wezwano nas do prokuratury do Wrocławia. Dzień przed Wigilią!

(…)

Jak mąż to odbierał na co dzień?

– Jemu było strasznie ciężko. Ostatnio bardzo źle sypiał. Bo z jednej strony miał radość, że wygrał wybory, ale te ciągłe pomówienia i zarzuty…. Nawet po wyborach doszły do nas słuchy, że znowu coś kombinują, znowu chcą w Pawła uderzyć.

(….)

Jaki był ich cel?

– Wykończyć psychicznie. Zdyskredytować…. Zmusić Pawła, żeby zrezygnował, żeby po prostu nie zajmował się polityką.

(….)

Ale taka spokojna reakcja pewnie wiele musiała kosztować…

– Nie wiem, skąd miał tyle siły. Tak był wychowany. Jak się jest człowiekiem prawym, to trzeba stać prosto (…).

Tak czy owak uznaliśmy, że musimy ewakuować córkę, chronić przez kilka miesięcy.

(…)

13 stycznia. Pamięta pani poranek?

– W Kalifornii był wieczór. Poranek w Polsce. Paweł zadzwonił bardzo wcześnie. Nie mógł spać. Mówi: „Miałem fatalną noc, jakieś koszmary, w końcu o piątej siadłem do biurka, a teraz idę na 7 do kościoła”. Był jakiś roztrzęsiony i nawet nie mógł włączyć TVN24 (…).

Przyznam, że w tym miejscu początkowo migająca tylko czerwona lampka zaczęła świecić równym, jasnym światłem.

Przecież Pawła Adamowicza ponoć zabił szaleniec, którego do szaleństwa doprowadzić miało… oglądanie telewizji publicznej.

I chociaż pod celą PO od lat święci wyborcze triumfy akurat zabójca Prezydenta należał do tych 2-3% „pisolubnych”.

Tomasz Lis tymczasem rysuje nam portret denata tak, jakby nie był on ofiarą zabójcy, ale sam targnął się na swoje życie.

Zaszczuty przez zły PiS prawy i dobry człowiek z Wybrzeża.

Szary Człowiek w Warszawie, Dobry Człowiek w Gdańsku.

Męczennicy oPOzycji, za śmierć których odpowiada osobiście Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro oraz… plastelina w rękach Barbary Pieli.

Gdyby tak faktycznie było to treść wywiadu byłaby zrozumiała.

Jego przesłanie trafia jednak w próżnię za sprawą Stefana W., domniemanego zabójcy.

To generuje pytania, na które zamiast rzetelnej odpowiedzi można spodziewać się jedynie fali lewicowego hejtu.

Dlaczego Adamowicz żył ostatnie kilka miesięcy w tak przeogromnym stresie? Przecież trójmiejski wymiar sprawiedliwości nie zrobiłby mu krzywdy.

Dosłownie kilka dni temu red. Mikołaja Podolskiego w tekście Ciemna strona Gdańska (der Onet!) podawał:

A co jeśli Stefan W. zostanie uznany za niepoczytalnego? Czy wyjdzie szybko na wolność po niecałych trzech latach, jak niepoczytalny Michał L., który na głównym sopockim deptaku rozjeżdżał ludzi? On według ekspertów chorował na schizofrenię. Miał też znanego lokalnego prawnika.

Albo jeszcze lepiej – wyjdzie jak dyrektor zakładu karnego w Sztumie, 80 km od Gdańska, z wykształcenia psycholog, który zadźgał nożem wyjątkowo uciążliwego więźnia? W jego przypadku okazało się, że choruje psychicznie, ale atak miał „incydentalny charakter”, więc nie musi trafiać do specjalistycznego ośrodka. A że akurat podczas tego „incydentu” zabił człowieka? No, ale kogo obchodzi uciążliwy więzień. (…)

W Trójmieście w ostatnich latach wiele kryminalnych spraw kończyło się tak szokującymi decyzjami, że można było tylko przecierać oczy ze zdumienia. Przyglądajmy się więc bacznie śledztwom w sprawie śmierci Pawła Adamowicza. Tu chodzi o Pomorze i jego serce Gdańsk. Miejsce, w którym niekiedy można zabijać zupełnie bezkarnie.

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/ciemna-strona-gdanska-komentarz-mikolaja-podolskiego/k2z4zyf

Nawet, gdyby postępowanie karne prowadziła prokuratura we Wrocławiu, to proces i tak musiałby odbyć się w miejscu popełnienia przestępstwa.

W Gdańsku.

O tym, że lokalnych sądów i prokuratur bać się nie należy upewnić Adamowicza mógł jego kolega z sąsiedniego miasta, prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Czego więc naprawdę obawiał się Paweł Adamowicz, nie mogąc spać, wysyłając córkę do USA, byle dalej od Gdańska?

Był ekstrasensem i przewidział własną śmierć 13 stycznia?

Nie powinno dziwić, bo przecież wiara w New Age jest rozpowszechniona wśród lewicowców – w użyciu są nawet laleczki voo doo.

Ale wtedy wiedziałby, ze nic nie grozi najbliższym i nie musiałby „ratować” własnej córki.

Bajka o złym schizofreniku, który pod celą oglądał TVP i dlatego postanowił zamordować Prezydenta coraz mniej wydaje się być prawdopodobna.

Tydzień temu pisałem:

Gdańsk, a raczej całe Trój-miasto zdaniem Sylwestra Latkowskiego to „mała Sycylia”.

Omerta po kaszubsku jest zatem logicznym uzupełnieniem.

Naruszenie, czy tylko groźba naruszenia, nakazu milczenia karane jest śmiercią, zadaną w taki sposób, by wystraszyć ewentualnych naśladowców.

Na Sycylii.

http://pressmania.pl/teatrzyk-cieni-z-ekumenicznym-swietym-w-tle/

Świadkowie giną dlatego, że są świadkami. Gdy zaczynają mówić paradoksalnie ryzykują tylko to, że ktoś na siłę będzie chciał odebrać ich zeznaniom walor wiarygodności.

Zabicie świadka jest bowiem pośrednim dowodem na to, ze mówił prawdę.

A Adamowicz był prezydentem, w którego cieniu rosła w siłę tzw. trójmiejska mafia.

Czy gdański Ratusz był powiązany z mafią?

Czy Adamowicz chciał przerwać ten związek?

Czy majątek, o którym „zapomniał” poinformować fiskusa miał pokrycie w zarobkach jego i małżonki?

To ostatnie pytanie wydaje się retoryczne. Gdyby majątek miał pokrycie w oficjalnych dochodach nie musiałaby być wprowadzona ad hoc walizka z „dularami” otrzymana po dziadkach, choć o niej nikt nigdy wcześniej nie słyszał.

Magdalena wdowa Adamowicz powiada w cytowanym wywiadzie, że wszystko jest cacy. Mucha nie siada, tak jasne i przejrzyste są rozliczenia podatkowe jej i Wielkiego Denata.

Czego zatem szuka trójmiejski fiskus, choć wie, że każda karna sprawa będzie rozpatrywana przez miejscowe sądy?

W najlepszym razie taka urzędnicza hucpa będzie oznaczała zsyłkę naczelnika bądź odpowiedniego dyrektora na podrzędne stanowisko np. w Pucku, czy też innej Kościerzynie.

A przecież postępowanie jest w toku.

Adamowiczowie usłyszeli zarzuty z jednego z poważniejszych artykułów kodeksu karnego skarbowego – 56 § 1 i 2, czyli podali nieprawdę w oświadczeniu majątkowym. Na marginesie – zarzut o wiele poważniejszy niż ten, od którego niedawno został prawomocnie uniewinniony Rafał P. z Amber Gold.

.

Co więcej, „mowa nienawiści” wobec Adamowiczów to nie wynalazek PiS. Prezydent Gdańska wraz z małżonką byli już wcześniej „oczerniani”, „poniżani” i „zaszczuwani” przez te same media, które po 14 stycznia próbowały z Adamowicza zrobić świętego-zaszczutego-przez wroga-postępowej–ludzkościJarosława-Kaczyńskiego.

A tu wychodzi, że rozliczenia nie są wcale cacy, ale be.

W tym kontekście zamach trudno redukować do czynu szaleńca, inspirowanego telewizją państwową.

Zamachu mógł bowiem dokonać znacznie wcześniej inny „wariat”, czytelnik „Newsweek’a” i „Gazety wyborczej”.

Bowiem w „szczuciu” na Adamowiczów im przypada pierwszeństwo.

.

.

Ius fecit, cui prodest.

Ten uczynił, kto odniósł korzyść.

Po stronie tych, którzy odnieśli korzyść na pewno jest PO. Schetyna doczekał się wreszcie upragnionego „męczennika”, usunięty ponadto został człowiek, który mógł być wykorzystany w nadchodzącej kampanii wyborczej jako negatywny wzorzec platformerskiego polityka.

Z kolei zakładając, że denat miał powiązania z tzw. miastem, bądź też tylko tolerował i osłaniał tych ludzi, jego śmierć oznacza, że mogą spać teraz spokojniej. Potencjalny świadek koronny wypowie się dopiero na sądzie w dolinie Jozafata.

.

Szczególnie druga wersja może tłumaczyć zdenerwowanie Adamowicza towarzyszące mu wg słów wdowy od dłuższego czasu.

Komuś powiedział za dużo?

Czy próbował szantażu żądając umorzenia wszystkich postępowań, gdyż w razie wpadki zezna wszystko, co wie o mocnych ludziach Trójmiasta?

Pozostaje jeszcze jedna hipoteza. Zamach 13 stycznia był planowany z tą jednak modyfikacją, że Adamowicz miał przeżyć, odnosząc tylko powierzchowne rany.

.

Pamiętamy przecież wcześniejszą próbę uczynienia „ofiary narodowokatolickiej nienawiści” z niejakiego Szumełdy. Zakończyła się śmiechem z naiwności PO.

.

Tym razem ranny miał być najważniejszy gdańszczanin. Osoba znana i rozpoznawana nie tylko wśród samorządowców, ale i na świecie. I to nie na niby, ale w rzeczywistości.

To tłumaczyłoby, dlaczego Stefan W. z taką łatwością przeniknął na scenę.

To tłumaczy także poranną bezsenność i zdenerwowanie Adamowicza w dniu 13 stycznia, o czym mówi w wywiadzie wdowa po nim.

To nie efekt „zaszczucia” przez „TVPiS”, ale…. trema przed najważniejszym występem w życiu.

Ktoś jednak zmienił scenariusz. Może Stefan zamiast niewielkiego scyzoryka dostał prawdziwy nóż do ręki?

W efekcie zamiast efektownych, ale powierzchownych ran, Adamowicz otrzymał śmiertelne.

.

Scenariusz nie wydaje się wyciągnięty całkiem z… nogi. Po zadaniu śmiertelnych ran Stefan W. jest spokojny, robi show, oskarża PO w taki sposób, by wszyscy skojarzyli, że jest indoktrynowany przeciw. Zamiast grozić nożem innym (co byłoby naturalnym odruchem szaleńca) kładzie się na scenie i spokojnie daje zatrzymać amatorom.

Ponadto człowiek, który wg oPOzycyjnych żurnalistów, chciał uzyskać sławę, po zatrzymaniu, kiedy dotarło do niego, co zrobił, mówi krótko:

.

– Tak jakoś wyszło.

.

Tymczasem powinien chełpić się swoim czynem i obiecywać, że Adamowicz to dopiero początek.

To znaczy, że wyszło tak jakoś… niezgodnie ze scenariuszem?

.

Po początkowej euforii i prześciganiu się w cytowaniu żony Wielkiego Denata widać wyraźnie, ze temat stał się mniej wygodny dla oPOzycyjnych merdiów.

.

To duża zasługa tej części niezależnych mediów, które podniosły rękawicę i zaczęły przypominać pomarcowej lewicy, że „szczuli” na Adamowiczów pierwsi. Pierwsi również zdecydowali się na postawienie zarzutów santo subito OMC* denatowi.

.

Temat więc cichnie tak samo, jak ucichł w sprawie śląskiego radnego Kałuży, gdy tylko okazało się, że niektórzy posłowie partii pisanej od kropki uprawiają polityczną prostytucję.

.

Schetyna e tutti franti nie zaryzykują sytuacji, gdy nagle pojawią się w przestrzeni publicznej materiały obciążające Wielkiego Denata i wdowę po nim, a cała machina propagandowa oPOzycji będzie wychwalać go jako osobę „prawą i nieskazitelną”.

.

Przy okazji przypomniane będą pochodzące sprzed kilku lat „szczucia” i „pomówienia” tejże machiny, a to może skłonić do zastanowienia nawet najtrwalszego leminga.

.

Próba uczynienia z Adamowicza kolejnej Barbary Blidy wygląda więc na zakończoną.

30.01 2019

___________________________________

* OMC – o mało co