Czego dotyczyła rozmowa prezydenta Bronisława Komorowskiego z biznesmenem Krzysztofem W.? Jak powstało nagranie? Odpowiedzi na te pytania znajdują się w nieopublikowanym materiale, który w 2011 roku trafił do kierowanej przez Pawła Lisickiego redakcji „Rzeczpospolitej”.

Ubiegłoroczna tzw. „afera taśmowa” zaabsorbowała opinię publiczną i media. Opublikowane przez tygodnik „Wprost” nagrania z rozmowami najważniejszych osób w państwie, polityków i dziennikarzy dotyczyły lat 2011-2013. Prawdziwa afera miała jednak wybuchnąć znacznie wcześniej niż w 2014 roku bo w połowie 2011 – tuż przed wyborami parlamentarnymi.

Do redakcji dziennika „Rzeczpospolita” kierowanej wówczas przez Pawła Lisickiego trafił tekst zatytułowany „Co kryje archiwum pana Krzysia?” dotyczący zarekwirowanego przez policję „archiwum” haków na najważniejsze osoby w państwie. Wśród nagrań z tysiącami godzin zarejestrowanych rozmów najważniejszych ludzi w państwie znajdowała się m.in. taśma z 2007 roku zawierająca rozmowę wpływowego biznesmena z Bronisławem Komorowskim.

Materiał do redakcji „Rzeczpospolitej” trafił za pośrednictwem Piotra Nisztora – tego samego, który w 2014 roku przyniósł taśmy z lat 2011-2013 do redakcji tygodnika „Wprost”. Dlaczego tytułujący się „Niepokornym” Paweł Lisicki nie zdecydował się na publikację materiału, którego treść wskazywała, że na PiS były zbierane haki?

Od red. Lisickiego – obecnie naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”, który wydaje właściciel „Wprost” próżno oczekiwać odpowiedzi. Na pytania dot. nieopublikowanego tekstu z 2011 roku nie ustosunkował się w wyznaczonym terminie. Warto zaznaczyć, że materiał był gotowy 19 lipca 2011 roku, czyli już po zmianie właściciela „Rzeczpospolitej”. Co kierowało Lisickim w chwili zaniechania publikacji?

Taśma taśmie nie równa

Proceder nagrywania rozmów najważniejszych osób w państwie nie jest niczym nowym. Do historii przeszły ujawnione rozmowy Józefa Oleksego czy dyrektora Radia Maryja – Tadeusza Rydzyka. To właśnie tamte nagrania – podobnie jak treść spotkania Lwa Rywina z Adamem Michnikiem, ukazały III RP bez maski.

Politycy, dziennikarze i biznesmeni od 2011 roku – czyli od rozniesienia się „na mieście” historii o pokaźnym, zarekwirowanym archiwum Krzysztofa W. zaczęli robić listy miejsc, w których lepiej się nie spotykać (ze względu na podsłuchy). Inni – zainspirowani historią Krzysztofa W., zaczęli budować swoje własne archiwa.

Odpowiadając na pytanie „kto nagrywał?”, które najczęściej padało w ubiegłym roku trudno nie odpowiedzieć inaczej jak „wszyscy”. Liczba taśm „na mieście” – takich jak te sprzed roku, jest niemożliwa do oszacowania. Samo archiwum W. zawierało tysiące godzin nagrań. Nowszych nagrań (powstałych już po 2011 roku) – zawierających zazwyczaj bezwartościowe (z punktu widzenia „rynku”) informacje – jak wywody i wierszyki byłego ministra MSW czy szlochania byłego ministra transportu, który do dziś nie może uwierzyć, że został wliczony w koszty wojny dwóch firm zajmujących się PR i reklamą, jest najpewniej jeszcze więcej.

Warto jednak przypomnieć historię, która miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego – historię mody na nagrywanie:

Co kryje archiwum pana Krzysia?

Śledztwo „Rz” / Krzysztof W., zatrzymany za przemyt papierosów, od lat spotykał się z politykami, oficerami służb, biznesmenami. Prowadzone rozmowy nagrywał.

25 czerwca 2011 r. na lotnisku w podkrakowskich Balicach ląduje samolot tureckich linii ULS Airlines Cargo, z ponad 38 tonami papierosów na pokładzie. Transport wysłała zarejestrowana w Turcji spółka Avrasya Elektrik Elektronik. Odbiorcą ma być krakowska firma Core, w której imieniu po towar zgłaszają się Andrzej K. i Krzysztof W. Transakcja kończy się jednak fiaskiem. 28 czerwca obydwaj mężczyźni zostają zatrzymani przez krakowską policję. Następnego dnia funkcjonariusze o godzinie 6 rano wkraczają do domu Krzysztofa W. i rozpoczynają przeszukanie. Zrywają podłogi, rozpruwają meble, sprawdzają ściany. W czasie wielogodzinnych poszukiwań odkrywają ostrą amunicję do broni sportowej. Znajdują również kamizelki kuloodporne, kilka kart sim, dyktafony oraz materiały do fałszowania funtów brytyjskich. Jednak najbardziej zaskakującym znaleziskiem jest coś innego – dziesiątki zapisków, tysiące dokumentów i godzin nagrań, które mogą kompromitować najbardziej wpływowych polityków zarówno koalicji rządzącej, jak i opozycji.

Krakowska prokuratura badająca sprawę przemytu tureckich papierosów jest bardzo oszczędna w słowach. Poinformowała tylko, że W. usłyszał zarzuty m.in. posługiwania się fałszywymi dokumentami oraz nielegalnego posiadania amunicji. Następnie został na trzy miesiące aresztowany. Według RMF FM podczas przesłuchania ujawnił, że jest współpracownikiem jednej z polskich tajnych służb. -Cała operacja mogła być od miesięcy misternie przygotowywana przez służby, aby rozpracować gang przemytników papierosów. Jeśli tak było to trzeba wyjaśnić, dlaczego lokalna policja wszystko zepsuła – mówi „Rz” osoba związana ze służbami, która kilka dni przed zatrzymaniem rozmawiała z W. Czy faktycznie była to ściśle tajna operacja służb, czy zwykła próba przemytu papierosów? Nie wiadomo. Sprawa musi być jednak bardzo poważna, bo śledztwo zostało całkowicie utajnione. Z nieoficjalnych informacji „Rz” wynika, że głównym powodem takiej decyzji są nie tylko znalezione podczas przeszukania kontrowersyjne materiały, ale także bardzo obszerne i nie mniej sensacyjne zeznania składane przez samego W. -W służbach wszyscy są postawieni na nogi, w końcu za kilka miesięcy są wybory, a w całej sprawie pojawia się bardzo dużo nazwisk polityków z pierwszych stron gazet – mówi „Rz” wysoki rangą oficer ABW.

Szerokie kontakty na każdym szczeblu

O bogatym archiwum 60-letniego Krzysztofa W. od lat krążyły legendy. Z rozmów przeprowadzonych przez „Rz” ze znającymi go ludźmi wynika, że może on posiadać bardzo wiele sensacyjnych materiałów. Wśród nich m.in. ściśle tajny aneks do raportu z likwidacji WSI, teczki znanych polityków i biznesmenów współpracujących zarówno z PRL-owskimi służbami specjalnymi, jak i tymi powstałymi po 1989 r., wiele dokumentów dotyczących przepływu pieniędzy z handlu bronią, a nawet dokumentację medyczną potwierdzającej, że niektórzy znani politycy mają „pozamałżeńskie” dzieci. Wszystko uzupełniają nagrania z odbywanych przez niego spotkań oraz sporządzane na maszynie wewnętrzne notatki. -Na pewno tylko niewielką część tych materiałów trzymał w domu, w końcu to profesjonalista – twierdzi w rozmowie z „Rz” emerytowany pułkownik WSI, który zna W.

Zresztą lista znajomych „pana Krzysia z Żywca” – jak jest powszechnie nazywany – jest bardzo długa. Od wpływowych hierarchów kościelnych, przez generałów wojska polskiego, wysokich rangą oficerów służb, na znanych biznesmenach skończywszy. Zresztą z niektórymi z nich sam prowadził interesy. Jakie? -Trudno powiedzieć, on zajmuje się wszystkim. Od diamentów, po dzieła sztuki. Skoro dotychczas nie siedział to musiało być to legalne – przyznaje jeden z jego znajomych. Podkreśla, że ostatnio W. próbował sprzedać posążek staroegipski przedstawiający siedzącego Ibisa. -Podobno na świecie takich egzemplarzy jest tylko kilka, z czego trzy w muzeach – dodaje.

Jak wynika z ustaleń „Rz” W. nie raz musiał mieć styczność z dziełami sztuki, bo kilka lat temu informował Centralne Biuro Śledcze o międzynarodowej szajce złodziei obrazów. Miał pokazywać nawet zdjęcie przedstawiające jedno z poszukiwanych dzieł. Zresztą do CBŚ przychodził także w innych sprawach. Informował m.in. o działającej pod Kaliningradem fabryce fałszywych studolarówek. Chciał przekazać banknot do przebadania, ale co ciekawe policja nie była tym zainteresowana. O sprawie pisała „Rz”. Wówczas Komenda Główna Policji przekonywała, że wiarygodność Krzysztofa W. jest bardzo niska.

Innego zdania jest jednak jeden z prokuratorów zajmujących się zorganizowaną przestępczością: -Kilka lat temu przyniósł nam znakomity materiał dotyczący rozpracowywanej przez nas grupy przestępczej. Dał nam nagrania, a potem przy kawie opowiadał o bardzo interesujących sprawach – powiedział „Rz” prokurator.

Sprawdziliście kto to jest? – pytam.-Próbowaliśmy, ale poza tym, że jest to człowiek związany ze służbami nic więcej nie udało się ustalić – stwierdził śledczy.

Ma nagranie prezydenta?

W. kontaktował się też ze znanymi politykami. Jedną z takich osób był prezydent Bronisław Komorowski. Z ustaleń „Rz” wynika, że W. spotkał się z nim – jeszcze gdy był posłem – jesienią 2007 r., tuż przed wyborami parlamentarnymi. Spotkanie odbyło się w biurze poselskim Komorowskiego. Zorganizowała je Jadwiga Zakrzewska, posłanka PO. Oprócz W. uczestniczył w nim też płk Roman P., były oficer WSI, potem Agencji Wywiadu. Był on dobrym znajomym Zakrzewskiej. Wolontariacko miał jej nawet pomagać w kampanii wyborczej w 2007 r. W jakim celu W. spotkał się z Komorowskim? Chciał, aby polityk pomógł mu odzyskać od jednego ze szpitali na Mazowszu kilkaset tysięcy złotych za wykonane na jego rzecz w 2002 r. prace z zakresu zieleni.

„Rz” jest w posiadaniu oświadczenia podpisanego przez W. we wrześniu 2009 r., w którym relacjonuje przebieg spotkania: „B. Komorowski powiedział, że jak PO wygra wybory to dostanę zapłatę za wykonaną pracę (…) w ciągu 4-5 miesięcy. Wg B. Komorowskiego gdybym dostarczył jakieś ‚kwity’ na PiS to bardzo by pomogło w mojej sprawie. Już po wyborach w zimie 2008 r. Marszałek [Sejmu] B. Komorowski spotkał się ze mną w swoim biurze poselskim i potwierdził obietnicę pomocy w odzyskaniu należnej mi zapłaty (…) Ja do tej pory nie dałem żadnym kwitów ani na PiS ani na inną partię.”

W. podczas rozmowy miał powiedzieć Komorowskiemu o działalności korupcyjnej jednego z działaczy PO, który miał pomagać za łapówki w odralnianiu ziemi pod inwestycje budowlane.

Dwa lata temu „Rz” pytała o tę sprawę Komorowskiego. Polityk potwierdził fakt spotkania z W. i P. „Faktycznie do mojego biura poselskiego zgłosili się, za pośrednictwem pani Jadwigi Zakrzewskiej, jacyś Panowie. Wydaje się jednak, że miało to miejsce nie przed ale po wyborach parlamentarnych w 2007 roku. Panowie ci sugerowali, że dysponują jakimiś materiałami obciążającymi polityków PiS. Jednocześnie jednak zgłaszali, ubrane w formę prośby o podjęcie interwencji poselskiej, oczekiwanie że pomogę im odzyskać pieniądze za usługę (czy też inwestycję) na terenie szpitala w Radomiu. Nazwisk tych panów nie pamiętam. Pozostawione przez nich materiały oceniłem jako mało wiarygodne i bezwartościowe. Ich samych oceniłem jako typowych naciągaczy” – napisał w 2009 r. Komorowski.

Jednak rok później – w sierpniu 2010 r. – W. złożył zawiadomienie do prokuratury przeciwko Komorowskiemu. Stwierdził bowiem, że polityk chciał od niego kwity na PiS i nie poinformował organów ścigania o przestępstwie swojego partyjnego kolegi, o których mówił mu podczas spotkania w 2007 r. Do pisma załączył podpisane przez płk Romana P. oświadczenie potwierdzające jego wersję przebiegu spotkania z Komorowskim. Sprawa trafiła początkowo do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. Została jednak przekazana zgodnie z właściwością do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście Północ, która odmówiła wszczęcia śledztwa. Nie pomogło też złożone przez W. do sądu zażalenie. Prokuratura nie zajęła się sprawą.

Z ustaleń „Rz” wynika, że tuż po złożeniu zawiadomienia W. zaczął szukać kontaktu z parlamentarzystami PO. -Kilka tygodni przed rozstrzygnięciem drugiej tury wyborów prezydenckich dostaliśmy informacje, że Krzysztof W. opowiada, że posiada rzekomo bardzo kompromitujące nagrania rozmów z Komorowskim, które może ujawnić przed głosowaniem – opowiada „Rz” oficer ABW. Ostatecznie tak się nie stało. Nie wiadomo też, czy faktycznie W. nagrał rozmowę z prezydentem.

Nazwisko W. pojawiło się w już na przełomie 2009 i 2010 r. w kontekście szantażu senatora Krzysztofa Piesiewicza. To właśnie na tej podstawie polityk próbował się tłumaczyć, że padł ofiarą akcji służb. Jak wynika z informacji „Rz” W. został rekomendowany do Piesiewicza przez znanego katolickiego publicystę. Podczas rozmów z senatorem miał przekonywać, że nie dopuści do publikacji kompromitujących materiałów w mediach. Szczegóły szantażu jako pierwsze ujawniły wspólnie „Rzeczpospolita” i „Polsat News”. Potem kilka nagrań na swojej stronie internetowej opublikował „Super Express”. Jednak W. miał Piesiewiczowi proponować coś jeszcze: „haki” na polityków PiS. Czy tak było naprawdę? Senator nie zgodził się na rozmowę z „Rz”.

Grzegorz Jakubowski

www.tajne24.pl