Gazety papierowe przestają być potrzebne, a to była jedyna rzecz, na której się znałem. Obumierałem wraz z gazetami. Przez ostatnie kilka lat potwornie się męczyłem. Straciłem przekonanie, że to, co robię, ma sens – mówi Tomasz Lachowicz, który po trzydziestu latach pracy w mediach został „rolnikiem”, zamieszkał daleko od szosy, sadzi drzewa i raduje się życiem w rozmowie Błażejem Torańskim.

Błażej Torański: Siedzisz teraz w swoim wiejskim domu w małopolskiej wsi Hańczowa, w salonie przeszklonym na cztery strony świata. Jaki masz widok?

Tomasz Lachowicz: Cudnie jest. Pagórki, lasy, zielona mgiełka zaczyna się powoli nad nimi unosić. Gdzieniegdzie ktoś przejedzie, przejdzie, myszołów krąży nad doliną. Jest nieprawdopodobnie cicho, spokojnie. Rewelacja.

Pod oknami przebiegają sarny?

– Przebiegają bezustannie. Podchodzą pod dom. Widać je wszędzie. Ale zachwycają nas tylko przez chwilę, bo niszczą i jedzą sadzonki ledwie co zasadzonych drzew. Wtedy już nie są takie piękne, romantyczne. Jeleniowate potrafią dokuczyć, jednak trzeba z nimi żyć. Lubię je. Tu się żyje z przyrodą.

Wilki?

– Ich się nie widzi. Mówi się, że człowiek może być przez wilka tysiąc razy widziany, a sam zobaczyć go raz. Ja ich jeszcze nie widziałem, ale wiem od sąsiadów drwali, że po okolicy krąży niewielka grupa, osiem sztuk.

A powietrze? W kontraście do krakowskiego smogu, który wdychałeś przez ostatnie lata, kierując „Gazetą Krakowską”?

– Z Krakowa uciekałem również przed smogiem. Bezustannie chorowałem na górne drogi oddechowe. Nie dało się zaciągnąć powietrzem. Miałem wrażenie, jak wpadałem na chwilę do Warszawy, że odwiedziłem uzdrowisko. Powietrze było znacznie lepsze. W Hańczowej jest idealnie. Moi sąsiedzi żyją ekologicznie, ale gdzieś dalej zimą ludzie różnym rzeczami palą. Czysty świat. Nie ma przemysłu, niewielu jest ludzi. Zachwycam się, ale mam świadomość, że ten stan uniesienia jest neoficki. Jak w Krakowie, gdzie przez pierwszy rok zachwycałem się absolutnie, bezwarunkowo. Na razie jest mi super.

Rzuciłeś palenie?

– O, to już dawno. Wszedłem na ścieżkę poszukiwań ekologicznych. Zdrowego życia, jedzenia, własnej kuchni. Zamierzam to rozwijać.

Rąbiesz drewno na opał?

– Drewno jest tutaj podstawowym paliwem. Mam też ogrzewanie gazowe, ale gaz jest niemiłosiernie drogi, a nie dostaję już regularnej pensji, kilkunastu tysiączków. Rąbanie drewna, piłowanie, układanie w stosy sprawia mi ogromną frajdę. Jest to duży wysiłek fizyczny, rodzaj sportu dla dojrzałego mężczyzny, który zbliża się do sześćdziesiątki. Mam 58 lat.

Zakładasz winnicę?

– Mam nadzieję, że to zrobię w pierwszej połowie maja. Wytyczyłem obszar pod sadzonki, na razie niewielki, bo słucham mądrych ludzi, a oni mówią, że tu raczej nic z tego nie będzie, bo jest wysoko, ostry klimat i duże wiatry. Muszę to sprawdzić, eksperymentować. Uważa się, że w polskim klimacie powyżej 350 m n.p.m. – a ja mam ponad czterysta – winnice się nie udają. Mimo wszystko spróbuję, bo tu nie mrozy są problemem tylko jelenie i sarny.

Jaki jest teraz Twój przeciętny dzień?

– Właśnie zeszły śniegi, więc próbuję ogarnąć moje dwa hektary. Sieję trawę i sadzę drzewa. Zwiozłem ich 150 sztuk. Dzisiaj posadziłem 65 modrzewi i sosen. Nowy dom wymaga też wielu poprawek. Zawsze coś trzeba pomalować, naprawić, przerobić. Od dwóch miesięcy czas upływa mi na pracach gospodarczych. To są prace fizyczne. Odprężają mnie. W majowy weekend zamierzam wystartować z agroturystyką. W ten sposób chcę teraz zarabiać pieniądze. Po 30 latach pracy w mediach zostałem „rolnikiem” i płacę KRUS. Założyłem stronę internetową, promuję to miejsce na Facebooku.

Nie tęsknisz za planowaniem numeru, za deadlinem?

– Szczerze mówiąc nie ma we mnie tęsknoty do świata mediów, bo od dawna czułem się w nim źle i szukałem innego sposobu na życie. Świadomie i konsekwentnie od niego odchodziłem. W Hańczowej nie znalazłem się przypadkowo. Pamiętam, jak na przełomie lat 80. i 90. pracowałem w „Kurierze Polskim”, gazecie Stronnictwa Demokratycznego. Wszystko się w mediach zmieniało: zasady, skład cyfrowy, presja rynku. Masa dziennikarzy odeszła wtedy z zawodu, bo do nowego świata nie pasowali. Ja czułem się w nim świetnie. Ale media się zmieniały. Póki mogłem – nadążałem za nimi, może nawet po trosze je kształtowałem. Ale w końcu sam zacząłem odstawać. Media doby internetu to już nie moje media. Nie chodzi o sam internet. Poruszam się w nim sprawnie, potrafię pokazać się na facebooku. Rzecz w tym, że mi do życia bardziej potrzebna jest gazeta niż portal informacyjny. Dzisiejsze media to świat dla młodszych, zdolnych, bez ograniczeń, które ja mam, śmigających po internecie jak gepard po sawannie. Szybko i z przyjemnością. I w takich rękach zostawiłem „Gazetę Krakowską”. Trawestując: media to nie świat dla starych ludzi. Na początku lat 90. przywiązałem się bardzo do dziennikarstwa niezależnego, misyjnego, w którym o coś chodzi. W świecie infotainmentu, który nawet sam tworzyłem, nie czułem się najlepiej. Szukałem więc nowego miejsca w życiu, aby nie popadać we frustrację i narzekania. Aby nie siedzieć za biurkiem naczelnego i powtarzać, że dawniej to było fajnie. Coraz trudniej było mi się w tym odnaleźć. Dzisiaj media wspominam z czystym sercem i bez żadnych intencji. Świetnie było. Właśnie: było!

Co Cię najbardziej we współczesnym dziennikarstwie uwierało? Brak misji, fachowości?

– Tak, wszystko, co wymieniłeś. I tego, że od dziesięciu lat żyliśmy w dziennikarstwie w stanie permanentnego kryzysu, bezustannych, coraz większych zwrotów gazet. Ciągle spadała sprzedaż. Miałem poczucie, że jestem do kitu, że ludzie mnie już nie potrzebują. Byłem sfrustrowany, że miarą „sukcesu” jest spadek o 8, a nie o 10 proc. Konsekwencją tego były nieustanne restrukturyzacje, redukcje, wszelkie obniżki kosztów, oszczędzanie na telefonach, zwalnianie ludzi, a za tym szedł dramatyczny spadek jakości. „Reporterka telefoniczna” zaprzeczała elementarnym standardom dziennikarstwa. Bo to oczywiste, że jak się coś dzieje, to dziennikarz powinien tam być. Rozumieć. Rozmawiać. Spojrzeć bohaterom w twarz. Gazety papierowe przestają być potrzebne, a to była jedyna rzecz, na której się znałem. Obumierałem wraz z gazetami. Przez ostatnie kilka lat potwornie się męczyłem. Straciłem przekonanie, że to, co robię, ma sens.

Jesteś szczęśliwy? Jak smakuje szczęście?

– Szczęście to nic wielkiego. To spokój, obecność bliskich, kochanych osób, czas dla nich i służenie ludziom. Kiedyś dziennikarstwo miało taka misję. Teraz mogę komuś służyć gotując w Hańczowej zupę pomidorową, jeśli wyjdzie dobra. Przebywanie wśród sympatycznych ludzi, zadowolonych z tego, że tutaj są, daje mi radość. Szczęście dają mi proste zajęcia i nieskomplikowane życie. Tu się mówi, co myśli, robi, co chce. Mam poczucie wolności, jakiego dawno nie doświadczyłem.

Wykluczasz powrót do dziennikarstwa?

– Nie mam takich planów.

Tomasz LachowiczTomasz Lachowicz (58 l.): Skończył Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych w Uniwersytecie Warszawskim. Pracował m.in. w „Kurierze Polskim” (redaktor prowadzący, sekretarz redakcji), w tygodniku „Cash” (kierownik działu reportażu), w „Super Expressie” (kierownik działu reportażu, zastępca redaktora naczelnego, redaktor naczelny), w „Gazecie Krakowskiej” (redaktor naczelny). Ostatnio pełnił funkcję redaktora naczelnego Wydawnictwa Polskapresse Kraków (odpowiadał za Gazetę Krakowską i Dziennik Polski). Z mediów odszedł na własną prośbę.

Wywiad ukazał się pierwotnie na portalu sdp.pl