Dzień dzisiaj mam very busy. Ciągle gdzieś gonię, ale nie o tym chcę pisać. Pragnę również zaznaczyć, że to, co będzie poniżej, napisałem na zimno i po to by został jakiś ślad. Tak na wszelki wypadek. W związku z tym mam gdzieś zwykłe podejrzenia o „mazgajstwo”, lub takie tam pierdoły. Chcę również, by było zrozumiałe, iż żyję w realu i jakiekolwiek zagrożenie jest realne, a nie wirtualne. Proponuję, by ci, którzy cały czas twierdzą, że wykonuję dla kogoś jakąś operacyjną robotę, zamienili się ze mną i zobaczymy, jacy są odważni. Dotyczy to osób ze wszystkich stron sceny politycznej oraz sojuszniczej lub wrogiej. Zdania takie na mój temat mam gdzieś, podobnie jak zdanie środowiska opisanego niżej.

Rano zadzwonił do mnie mój przyjaciel. Nazywam go tak trochę z przyzwyczajenia i trochę dlatego, że stałem się dla niego czymś w rodzaju odgromnika. Znamy się już ponad trzydzieści lat. Ostatnio dzwoni często, zawiadamiając mnie z „troską” w głosie, co o mnie sądzą koledzy, albo o sensacyjnych informacjach z sejmu, na które nie reaguję w ogóle. To fajny kolega, był dobrym oficerem, ale ma jedną wadę: często widzę w myślach, jak potakuje żarliwie, słysząc na mój temat rzeczy, o których wie, że są nieprawdziwe. Cóż? „Z każdym trzeba żyć dobrze”. To jego filozofia. Rano usłyszałem jego pełen troskliwego zaniepokojenia głos w słuchawce telefonu. Otóż, mój przyjaciel, widział się ostatnio „z naszymi wspólnymi kolegami”. Tu muszę zaznaczyć, iż jest to grono ludzi, głownie z czasów SB, ale nie tylko, którzy byli dość mocno umocowani w służbach III RP. Każdy z nich został „namaszczony” przez różne środowiska polityczne, a po służbie osiągnął niezłą pozycję w znanych i dużych firmach prywatnych, a także i związanych z państwem, jak na przykład przemysł zbrojeniowy. To gienierałowie, chociaż niektórzy dosłużyli się takiego jak ja stopnia, albo niższego. Słowem – szefowie. Takich właśnie przyjaciół ma mój przyjaciel. Znam ich wszystkich. Skróćmy to. Z pełnej zaniepokojenia i troski relacji mojego przyjaciela ze spotkania ze swoimi przyjaciółmi, po odarciu wszystkich niecenzuralnych określeń, wynika jedno:

„Szczota (czyli ja) jest zdrajcą i sprzeniewierzył się etosowi służby. Dlatego należy go ukarać dla przykładu, by nikt inny na to się nie poważył.”.

No, cóż? Wyjaśniam, że ów „etos” dotyczy lat słusznie minionych, czyli lat SB. Powtórzę, że mało mnie obchodzi zdanie gienierałów, bo ważniejsza jest dla mnie ocena zwykłych funkcjonariuszy, którzy oblali „egzamin”, podobnie, jak ja w roku 1992, 1993 i 2012. Wbrew pozorom jest ich o wiele więcej. Nie rozumiem też pewnej sprzeczności: skoro towarzysze szefowie przekonują wszystkich, że jestem wariatem, który „nigdy nic nie zrobił i nic nie wiedział oraz nie wie”, to dlaczego chcą mnie „ukarać” i czego się boją? Majaczeń nic nie wiedzącego oszołoma?

Zostawmy Wrońskiego, bo on się zupełnie nie liczy. Najwyżej jednego esbeka będzie mniej. Państwo zaoszczędzi. Piszę ten post jeszcze z jednego powodu. Z rozmowy z moim przyjacielem wynika, że ci ludzie czekają i robią wszystko, by minęło „szaleństwo” Polaków z PiS i wszystko skończyło się tak, jak w roku 2008. Minęło burzliwie i wróciło do normy. Ich normy, niczym niezagrożonych układów typu oficer prowadzący z TW, układów z byłymi sojusznikami, z nowymi sojusznikami, realizującymi wyłącznie interesy własnych krajów (przy okazji gratuluję byłym i obecnym sojusznikom świetnej pracy operacyjnej i nie jest to złośliwe, ani nie wynika z mojej frustracji, że zostałem pominięty, bo mogłem się „załapać”, ale postanowiłem dwadzieścia sześć lat temu pracować w końcu dla własnego kraju, co oznacza również, iż do sojuszników nie mam żadnych pretensji). Ciekawe jest też to, że podobną opinię o mnie i podobne ambicje mają również osoby, które do służby przyszły po roku 1990, w tym część pracujących obecnie, szczególnie w służbach cywilnych, włącznie z niektórymi ich szefami, myśli tak samo, zazdroszcząc przyjaciołom mojego przyjaciela układów, pozycji oraz drogich samochodów. Jeśli myślicie, że napisałem bzdury i nikt nie zagrozi „dobrej zmianie”, to na sam koniec napiszę coś wielkimi literami:

OSOBY, O KTÓRYCH PISAŁEM TKWIĄ W MIEJSCACH I MAJĄ UKŁADY ORAZ POWIĄZANIA KRAJOWE I ZAGRANICZNE, POZWALAJĄCE MIEĆ REALNY, CHOCIAŻ CZĘSTO NIEWIDOCZNY WPŁYW NA TO, CO DZIEJE SIĘ W KRAJU.

Warto, by ktoś wreszcie pomyślał w kategoriach operacyjnych, a nie wyłącznie ideologicznych i poszukał min tam, gdzie one zostały postawione, a nie tam, gdzie kazano mu szukać.