No to siup, 2 mln PLN dziennie za Turów. Za chwilę ta sama sędzia zaordynuje 4 mln PLN za Izbę Dyscyplinarną. Jak łatwo policzyć, 200 mln PLN kary za jeden miesiąc.

Jak nie zapłacimy, to będą pewnie potrącać z funduszy. Tym bardziej, że wciaż ani widu ani słychu o zaakceptowaniu przez Komisję naszego KPO. Do tego dochodzi zablokowanie środków za samorządowe uchwały wsparcia rodziny, zwane z wciąż niezrozumiałych dla mnie powodów strefami wolnymi od LGBT.

Jednocześnie opozycja bierze na sztandary Polexit. O tym wszystkim pisałem pod koniec sierpnia – tamten tekst (czytaj) niestety dobrze się starzeje i spodziewam się, że zabawa się rozkręca.

Trudno zatem się dziwić, że w debacie publicznej zaczynają pojawiać się pytania, czy nam się to wszystko opłaca. Nie kupuję w 100% raportu prof. Grosse i prof. Krysiaka, bo choć nie jest on aż tak beznadziejny, jak się potocznie uważa (w skali makro dobrze pokazuje kwoty, to jednak trochę bez sensu je zestawia), to jednak można mieć wątpliwości co do kontekstu. Lepiej, kiedy takie opracowania nie są prezentowane na konferencjach organizowanych przez polityków. To zawsze źle wygląda, niezaleznie od tego, kim jest dany polityk.

Ale jednocześnie w debacie publicznej umyka fakt, że Grosse i Krysiak słusznie wskazują na zjawisko, które w bardziej naukowy sposób opisują Michał Możdżeń i Maciek Grodzicki – że nasz eksport coraz bardziej jest „przejęty” przez zagraniczne firmy.. W efekcie choć nasz PKB rośnie, to już udział płac w PKB maleje, i nawet jesli te firmy coś zostawiają w Polsce, to jednak mamy do czynienia z narastającym drenażem.

Inna sprawa, że ten proces zaczął się w latach 90 i nie jest zależny wyłącznie od członkostwa w UE. Co może zaskakiwać, to fakt, że za czasów dobrej zmiany poprawia się pozycja inwestycyjna netto Polski, a jednocześnie udaje się wymóc na zagranicznych koncernach więcej „koncesji” na rzecz pracowników, co już np. nie udaje się państwom Południa.

Czyli PiS coś tam umie w politykę zagraniczną.

Ta cala historia zresztą może świadczyć o tym, że choć jesteśmy zależni i takie państwa jak Niemcy czy Francja m.in. poprzez instytucje UE mogą nas gnębić, to jednak przynajmniej na forum wewnętrznym mamy jakieś formy nacisku. Ale właśnie – na forum wewnętrznym. Wizje, że po odejściu PiS wrócimy do głównego stołu w UE nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, o czym zresztą też pisałem we wspomnianym tekście.

Samo opisane wyżej zjawisko „przejmowania eksportu” wymaga szerszej dyskusji, bo dzieją się rzeczy bardzo ciekawe (o wiele ciekawsze niż debata naszych euroentuzjastów, którzy w swoich analizach zdają sę nie zauważać, że UE od 2004 przez prawie 20 lat baaaaardzo się zmieniła).

Zaś co do Polski, zacytuję koncówkę swojego tekstu:

„Jedyne zatem, co nam pozostaje, to rozsądnie przygotować się na funkcjonowanie w „nowej” UE, gdzie głos i pozycja Polski będą znacznie słabsze niż w przeszłości, i znaleźć w tej nowej Unii optymalny modus operandi, a jednocześnie wymyślić sposób na przekonanie polskiego społeczeństwa, że takie członkostwo drugiej kategorii będzie wciąż lepsze niż polexit. Wszystko to z pełną świadomością, że obydwa te zadania będą bardzo trudne do wykonania.”

Dodam tylko, że wiosną 2013 roku, bo zamknięcie negocjacji budżetowych na lata 2014-2020 było jesienią 2012, kiedy Niemcy nas ograli i na ostatnią chwilę próbowaliśmy szukać wsparcia Francji, rząd PO-PSL dokonał rewizji polityki zdając sobie sprawę, że okno naszego wplywu na UE się zamyka (polecam expose Sikorskiego z 2013 roku). Szkoda, że nikt tego nie pamięta.

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.