Niniejszy tekst powstał zainspirowany artykułem w PolskaTimes pt. „Nie zgwałcili, tylko wykorzystali bezradność”. Kiedy wygrałem swój pierwszy proces z zakresu prawa prasowego w 1996  roku miałem marne pojęcie o stanie polskiego sądownictwa. Moja wiedza była czysto akademicka, nieskażona informacjami o korupcji i rzeczywistej kondycji sędziów polskich.

Z czasem jednak pojawiać się zaczęły wątpliwości. Uczestnicząc w życiu lokalnej gminy od czasu do czasu trafialiśmy ze znajomymi radnymi do Sądu Administracyjnego, gdzie sędzia Stanisław Prutis demolował zasady zdrowego rozsądku, pokazując nam „inny świat”. Z kolei w obecnych czasach Krzysztof Adam Prutis kolejny miesiąc nie jest w stanie sporządzić uzasadnienia do wyroku w mojej sprawie przeciwko Poczcie Polskiej S.A., która zamknęła sobie placówkę godzinę wcześniej, przez co nie mogłem nadać ważnego pisma. Zapewne sędzia Prutis podtrzyma rodzinną tradycję i stwierdzi, że Poczta Polska nie musi informować swoich klientów o tym, że skraca godziny pracy placówek i może ich wprowadzać wręcz w błąd zamieszczając informacje, że placówki są otwarte, kiedy w rzeczywistości nie są.

Kiedy orzekał sędzia Stanisław Prutis, zrzucałem jego fanaberie na karb przedziwnego formalizmu prawa administracyjnego procesowego, gdzie większość spraw, gdzie strona miała rację, kończyło się konkluzją „ale racja ta nie ma wpływu na to, że wyrok musi być inny”. Dopiero po latach, dowiedziawszy się o korupcji sądów administracyjnych w zakresie prywatyzacji warszawskich, zrozumiałem „odrębność” tego sądownictwa.

Po sądach administracyjnych zaczęły się sądy pracy, gdzie jeszcze jako dziennikarz lokalnej gazety słuchałem zdumiony, jak sędzia ganił dyrektora szkoły, że ten zamiast przykleić kawałki drewienek do nóg małych ławek, kupił nowe i bezpieczne większe ławki dla starszych uczniów. Dyrektor wyleciał z pracy, bo burmistrz tego chciał, a koronnym argumentem stało się to, że wlatach osiemdziesiątych dyrektor zdejmował krzyże ze ścian. No i te nóżki, a także to, że zięć dyrektora w kotłowni sypał węgiel do pieca (proces był w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku).

Potem przyszły czasy, gdy prowadziłem oczywistą sprawę – też z prawa pracy. Wałkowała się ponad dwa lata. Przegrałem wtedy dwa razy w sądzie rejonowym, bo około 10 świadków zeznawało przeciw mojemu klientowi, a jedyny „za” został przez funkcjonariuszy policji z Komisariatu przy ul. Słowackiego doprowadzony do takiego obłędu, że trafiła do szpitala w Choroszczy. No ale trzeba było ratować panią dyrektor domu dziecka i dyr. Sawicką z MOPS Białystok, a policjanci z komisariatu byli częstymi gośćmi domu dziecka przebrani w misie i wiewiórki. Szkoda, że w odniesieniu do dorosłych nie mieli skrupułów zniszczyć kobiety i spowodować u niej obłęd. Dwukrotnie Sąd Rejonowy bezczelnie oddalał powództwo. Za pierwszym razem Sąd Okręgowy uznał moją apelację i nakazał powtórne rozpoznanie sprawy. Kiedy przegrałem w rejonówce drugi raz i złożyłem apelację, Sąd Okręgowy przyznał mi rację po raz drugi, ale chyba już nie ufał sędziom rejonowym, bo orzekł merytorycznie i wygrałem proces. Tylko dlatego, że miałem dostęp do billingów tysięcy rozmów i wykazałem poprzez typowo wywiadowczą analizę, iż dyrektor MOPS Sawicka wraz z dyrektorką domu dziecka kłamały, że nie były w stałym kontakcie. Billingi pokazywały zupełnie co innego. Dla drugiej strony i prawnika urzędu miejskiego to był szok. Na nic zdało się nakłanianie 10 świadków do fałszywych zeznań. Od tego procesu stwierdziłem, że wartość zeznań świadka jest mniej więcej na poziomie 5%, bo ludzie zwyczajnie nie mają oporów przed kłamstwem. Co nie znaczy, że świadkowie nie są dziś ulubionym narzędziem wszelkiej maści krętaczy. Kto nie może przekupić sędziego, może zawsze przekupić świadka.

Ilekroć mówiłem o tym, że ten system jest przeżarty to szpiku kości korupcją (w angielskim rozumieniu, a więc nie tylko chodzi o przekupstwo), tyle razy pukano się przede mną w czoło, że „przecież nie wszyscy są źli”, że „to kwiat prawniczy”. Ten prawniczy kwiat dochodzi do zawodu nie przez etyczno – merytoryczną ścieżkę, ale przez 150 pytań jednokrotnego wyboru, gdzie wystarczy mieć tylko 100 i aż 100 punktów. Małpa osiągnęłaby 75 (statystyka), co potwierdzili akurat naukowcy badający trafność wyborów inwestycyjnych na giełdzie człowieka, monety i małpy. Wszystkie wyniki były zbliżone.

100 punktów. „Tylko”, bo to znaczy, że aż 1/3 materii nie musi być znana. „Aż”, bo zdobyć 100 punktów dzięki wyłącznie wiedzy to tytaniczna praca. Zakres materiału jest niemożliwy do objęcia nauką bez amfetaminy. Potwierdzają to późniejsze wyroki z czapy. Konkluzja? Wynik egzaminu to często przypadek. Dobry może nie wejść, zły może wejść. I najważniejsze. Etyka, rozum, nie ma nic wspólnego z kryteriami egzaminacyjnymi. Proszę bowiem wskazać mi, w którym miejscu egzamin stosuje kryterium etyki i logiki.

Tak więc nie pomogą chore zabiegi Zbigniewa Ziobry, który sprawiedliwość w sądach rozpoczął od wprowadzenia obowiązku opłacania uzasadnień od orzeczeń. No tak. Co z oczu to i z serca. Jeśli strona będzie musiała zaplacić 100 zł, to w większości wypadków z tego zrezygnuje. Tylko osoby zamożne będą to robić. Ale dzięki temu nie będzie można dowiedzieć się, że w większości orzeczenia są po prostu głupie. Super pomysł panie Ministrze Ziobro. Zastosował Pan zasadę starego filozofa Lecha Wałęsy: „Panie, zbij pan termometr, nie będziesz miał pan temperatury”.

Przed nami konieczność wznowienia reformy sądownictwa. W zasadzie od zera. I dzwonią mi prorocze słowa Leszka Millera: Panie Ziobro, dla mnie jest pan Zerem. No cóż. Wiedzą to już Kubala, Komenda, Kraska, rodzina Magdaleny Żuk. A wy wszyscy się dowiedziecie w swoim czasie, gdy dzięki ministrowi Ziobro wasza sprawa trafi do sądu lub prokuratury. Prezes Kaczyński już nieomal się dowiedział, bo sprawa Srebrnej była już na stole Ziobry. I paradoksalnie tylko norki uratowały całą sytuację.

Autor: Daniel Jerzy Stypułkowski
Polski prawnik (rocznik 1971). Rozpoczął i prowadzi Projekt Herrenvolk, którego nazwa powstała z inspiracji rozmowami z płk. Piotrem Wrońskim. Sam projekt ma na celu likwidację patologii w wymiarze sprawiedliwości i życiu publicznym. Projekt ma swój kanał na Youtube pt. Projekt Herrenvolk i stronę nowakonstytucja.pl. Stypułkowski dorzuca swoje trzy grosze do pojęcia sprawiedliwości, opierając się na zasadach ewangelicznych. Przymierza się – jeśli zdąży – do stworzenia projektu konstytucji na miarę nowego tysiąclecia.

Źródło: strona nowakonstytucja.pl