Matka: – O, Jezu! Dzieci! Zbierajta te zabawki! Już, już! Ala, bier kubełko!

Ala: – Jakie kubełko, mamo?

Matka: – No to! Od wyngla! Szybko leć… I korytko świniowe bierz! Szybko dzieci! Gdzie ojciec? Aha… Pijany śpi… To dobrze… Dobrze… Ty stary ,budź się! Budź się! Bier siekiera! Przywieźli wyngiel! Wyngiel! Wyngiel je we wiosce!

Wszystko wskazuje na to, że powyższa scena („Miś” 1980) już się nie powtórzy. Energetyka ma bowiem to do siebie, że należy do najprędzej rozwijających się dziedzin gospodarki człowieka. To przecież nie gdzie indziej, ale właśnie w elektrowniach na wielką skalę wykorzystywany jest atom. Na poważnie wykorzystuje się też źródła odnawialne bądź z perspektywy Cywilizacji niewyczerpalne – geotermia i energia Słońca.

Rozwój techniczny powoduje, że ongiś jedyne źródła energii dla przemysłu, jakim były spiętrzenia lokalnych rzek i koła nad- lub podsiębierne trafiły do lamusa.

Dokładnie ten sam los podzieli energetyka oparta na spalaniu paliw kopalnych i to bez względu na to, czy chodzi o olej napędowy, gaz ziemny czy węgiel.

Tymczasem nieopublikowanie przez TV Republika reportażu Ewy Stankiewicz, zdaniem której zamknięcie kopalń doprowadzi do 10-krotnego wzrostu cen prądu itd. wywołało kolejną gównoburzę po umownie prawej stronie.

Umownie, bowiem najgłośniej drą japę ci, którzy od lat dali się poznać jako zatwardziali putinowcy przez co polskie media zgodnie nazywają ich polskojęzycznymi Rosjanami.

Tymczasem termin ostatecznego zamknięcia kopalń znamy pozytywnie od roku. 25 września 2020 r. rząd i górnicze związki zawodowe podpisali wstępne porozumienie dotyczące wygaszenia górnictwa węgla kamiennego do końca 2049 roku.

Oczywiste jest, że w miarę zaniku wydobycia będą likwidowane bloki węglowe w elektrowniach.

Nie ma innego rozwiązania. Inaczej w drugiej połowie XXI wieku bylibyśmy skazani na kosztowny import węgla z Azji czy Australii albo kupować potrzebny prąd na europejskim rynku.

28 maja 2021 roku w Katowicach została podpisana umowa społeczna pomiędzy rządem a górniczymi związkami zawodowymi zgodnie z którym ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce zakończy wydobycie za 28 lat, tj. w 2049 roku.

Przypomnieć należy, że 28 lat to bardzo długi okres, oczywiście biorąc pod uwagę najnowszą historię. Rok mniej minęło od objęcia władzy w PRL przez Władysława Gomułkę (Październik) do oficjalnego zakończenia stanu wojennego (22 lipca 1983). 2 lata mniej minęło od usunięcia Trockiego z Politbiura Komunistycznej Partii bolszewików do śmierci Stalina.

Trudno zatem przewidzieć, co jeszcze będzie się działo.

Dzisiaj jednak wiemy, że pora na zastąpienie dotychczasowej energetyki nową. Koszty, jakie ponosi środowisko są bowiem przeogromne.

Oto popularna jak mało która kopalnia węgla brunatnego Turów. W planach mamy pogłębienie eksploatowanej od 1904 roku kopalni aż do 330 m. Kto nie za bardzo potrafi sobie wyobrazić, co to oznacza, powinien pojechać do Szczawnicy. Dokładnie tyle samo liczą sobie Trzy Korony, oczywiście nie licząc od poziomu morza, ale od widocznej podstawy. Ba, to o 80 m więcej, niż liczy sobie wyniesienie szczytu Śnieżki od poziomu schroniska znanego jako Dom Śląski. A jak ktoś nie lubi polskich krajobrazów – o całe 6 metrów więcej, niż liczy sobie najbardziej rozpoznawalny symbol Paryża – wieża Eiffla.

Pytanie, czy taka jama może wpływać na poziom wód gruntowych nie jest nawet pytaniem retorycznym. W przypadku Bełchatowa bowiem wpływ taki obserwowany jest w odległości nawet 100 km.

Uczenie nazywa się to tzw. lejem depresyjnym.

Obniżenie zaś poziomu wód gruntowych prowadzi nawet do powstawania rozmaitych zapadlisk.

O degradacji spowodowanej kopalniami węgla kamiennego wiele mogliby opowiedzieć starsi mieszkańcy Bytomia. Zapadliska liczące nawet 35 metrów głębokości wypełnione brudną wodą, lokalne trzęsienia ziemi, zasolenie cieków wodnych, pękanie ścian itp.

Wszechobecne zadymienie i zapylenie – jeszcze w latach 1960-tych szyny tramwajowe w Rudzie Śląskiej przynajmniej raz w tygodniu czyścił… spychacz (ul. Niedurnego). Tyle pyłu pochodzącego ze spalania węgla opadało na ziemię.

Ktoś, kto nie żył w takich warunkach nie ma pojęcia, co to znaczy degradacja środowiska wywołana przez przemysł.

Dlatego zapowiedź odejścia od energetyki opartej na węglu czy też zamykanie kopalń nie budzi na Śląsku aż takich obaw, jakie przedstawiają związkowcy czy niektórzy dziennikarze bądź uważający się za tych ostatnich.

Śląsk likwidację kopalń już przeżył. Podczas akcji „wygaszania” górnictwa za premierostwa Buzka pracę w kopalniach straciło dwa razy więcej górników niż jest zatrudnionych dzisiaj.

Spora część trafiła do Czech (głównie Karwina).

Inni wrócili do swoich. Tak bowiem się dziwnie układało, że już pod koniec lat 1960-tych więcej górników było przyjezdnych (lubelskie, świętokrzyskie a nawet Ostróda, bym tylko popatrzył na najbliższych sąsiadów) niż Ślązaków.

Wzrosła przejrzystość powietrza. Z najwyższych budynków Gliwic przy dobrej pogodzie (circa kilka razy na kwartał) można sfotografować najwyższe szczyty Tatr. Natomiast Beskid Śląski na horyzoncie jest widokiem w miarę powszechnym. To jednak wymagało likwidacji wielu zakładów, w tym położonej w centrum miasta huty czy też koksowni. Nie wspominam już o Sosnowcu czy Katowicach – tam zdjęcie zrobione teleobiektywem średniej długości (200-300 mm liczone dla małego obrazka) robi wrażenie miasta leżącego w kotlinie górskiej.

Najważniejsze jednak, że skończyły się wyłączenia prądu związane z brakiem energii. A przecież nie tak dawno jeszcze w związku z dwudziestym którymś tam stopniem zasilania pół miasta na kilka godzin tonęło w ciemnościach.

Co więcej, bodaj w 2019 roku po Świętach a przed Nowym Rokiem tak ci zawiało, że aż 30% wytworzonej w Polsce energii elektrycznej pochodziło z farm wiatrowych. Prąd sprzedaliśmy wtedy nawet do Portugalii, bo był najtańszy w Europie.

Powróćmy jednak do umowy społecznej. By weszła w życie potrzebna jest zgodna Komisji Europejskiej. Rozmowy w toku dopiero od 13 września (tyle bowiem trwało przygotowanie materialno – techniczne), zatem określanie ich jako pozorowanych to nie tylko jawne nadużycie, ale wręcz balansowanie na granicy wywołania kolejnego strajku w sektorze.

Tak samo histeryczne alarmy typu Powstrzymać samobójstwo energetyczne Polski czy Pozwolisz na zamknięcie kopalń – zapłacisz 10 razy więcej za prąd to tylko materiał dla oPozycji służący osiągnięciu przez nią celu, jakim jest ponowne objęcie rządów w Polsce.

Oczywiście nikt nawet tylko trochę myślący samodzielnie nie wierzy, że gdyby oPOzycja jakimś cudem przejęła władzę proces wygaszania energetyki opartej na węglu i górnictwa byłby zatrzymany.

Przecież skoro niepotrzebne są nam lotniska (bo przecież mamy w Berlinie i innych miastach niemieckich) tym bardziej zbędne są elektrownie – nie tylko Niemcy ale i Czechy zapewnią nam prąd.

Tak to wygląda.

Odejście od węgla jest nieuniknione i to nie tyle ze względu na zanieczyszczenie środowiska (spalanie gazu powoduje wytworzenie dwutlenku węgla w tej samej ilości), ile ze względu na koszt pozyskania surowca.

Rozważania osób typu Stankiewicz pomijają niewiadomą, jaką jest postęp techniczny.

Dawno temu miałem zajęcia z docentem B. (w latach 1990-tych został profesorem).

Podawał nam jako przykład brytyjskich matematyków, którzy w połowie XIX wieku obliczyli, że nigdy żaden parowiec nie przepłynie Atlantyku. Powodem była zbyt wielka ilość potrzebnego węgla w stosunku do mocy maszyn.

Żagle miały wiecznie panować nad Oceanami.

Kilka lat po tym niezbitym twierdzeniu wynaleziono maszyny parowe naprzód podwójnego, a potem nawet potrójnego rozprężania.

Polegało to na tym, że posiadająca jeszcze sporo energii para wychodząca z cylindra (jak w parowozie) zamiast do atmosfery trafiała do kolejnego itp.

Sprawność układu wzrosła kilkukrotnie tak, że niespełna 50 lat później zasięg okrętów wzrósł do nawet 15.000 mil morskich (prawie 28.000 km). Dzisiaj, w końcu również napędzane… parą, atomowe okręty podwodne mają zasięg liczony w latach.

Elektrownie na stacjonarnych orbitach zasilane czystą energią słoneczną, elektrownie konwencjonalne do zamiany wody w parę napędzającą turbiny zamiast ciepła pochodzącego z węgla czy gazu będą wykorzystywać ciepło Ziemi. To naprawdę nie są mrzonki, ale, przynajmniej w odniesieniu do tych ostatnich, rzeczywistość. I naprawdę nie potrzeba wulkanu w pobliżu, ale odpowiednio głębokiego odwiertu.

Na pewno taniej, niż likwidacja szkód powstałych na powierzchni, wywołanych podziemną eksploatacją. Nawet dzisiaj można zobaczyć efekty prowadzonej eksploatacji w autostradzie A-1 pomiędzy Pyrzowicami a Bytomiem. Ograniczenie prędkości do 110 km/h, powierzchnia drogi pofalowana.

Popękane domy jednorodzinne w okolicach Knurowa itd.

To wszystko są dodatkowe koszty.

Już teraz w Polsce brakuje węgla.

Opowieści związkowców rozgoryczonych na rząd, poparte oPOzycyjną narracją o ruskim imporcie tak naprawdę bazują na niewiedzy.

Sprowadzamy węgiel, bo ten nasz wydobywany w nadmiarze nie spełnia oczekiwań odbiorców.

A przy okazji jest tańszy (i to loco Gdynia) od rodzimego.

Jeśli chcemy (czyt. musimy) zachować bezpieczeństwo energetyczne mamy przed sobą wystarczająco dużo czasu, by dokonać niezbędnych zmian w energetyce.

Natomiast sam węgiel jest zbyt cennym surowcem, by go jedynie spalać.

Wychowany w ciut innej rzeczywistości ciągle wierzę w prawo prasowe.

Zgodnie z art. 6 u. 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. (Dz.U. Nr 5, poz. 24) Prawo prasowe prasa zobowiązana jest do prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk.

By tak się stało trzeba trochę poniuchać, zapoznać się z tematem nie tylko u jednego źródła. Dziennikarz winien być staranny, dążyć do ustalenia prawdy. Nawet jeśli do niej nie dotrze trudno mu zarzucić wówczas nierzetelność. Musi jednak dołożyć starań, by do niej dotrzeć.

Tymczasem sądząc z reklam nieopublikowanego materiału red. Stankiewicz przystępując do wywiadu miała już gotową tezę.

Jak sądzę to właśnie zaważyło na wycofaniu materiału.

Górniczo-energetyczna rzeczywistość jest bowiem drastycznie inna od tej przedstawianej przez związkowców tak Solidarności jak i Związku Zawodowego Górników.

26.09 2021

fot. tytułowa – widok Tatr z Górki Siewierskiej, na pierwszym planie Będzin (na prawach cytatu foto opublikowane pierwotnie w Dzienniku Zachodnim).