Od chwili odwołania pani premier Beaty Szydło trwa w telewizji publicznej niekończące się promowanie Mateusza Morawieckiego. Jego intensywność i bezustanne bombardowanie tymi samymi wiadomościami doprowadza do przesytu. Ile razy można słuchać, że:

pochodzi z patriotycznej rodziny,
jest dynamiczny,
rząd pod jego kierownictwem będzie bardziej dynamiczny,
będzie prowadził twardszą politykę,
będzie twardszym zawodnikiem dla opozycji,
pozyska elektorat liberalny i centroprawicowy,
jest bardziej europejski,
na stanowisku premiera będzie ktoś o cechach europejczyka,
potrafi na europejskich salonach mówić specyficznym językiem,
jego obycie na europejskich salonach zapewni zmianę relacji z UE,
dzięki temu, że został premierem zmniejszy się presja UE na Polskę

Równocześnie nieprzerwanie pokazywany jest w otoczeniu różnych osobistości światowego i europejskiego życia politycznego i finansowego.

Doszło do tego, że zaangażowano do niej nawet nauczycielkę ze szkoły średniej, która wystawiła mu laurkę. Przypomina mi to czasy PRL gdy z kosmosu powrócił Mirosław Hermaszewski.

Przykry jest widok jak wszelkimi sposobami kreuje się wielkość nowego premiera przykrywając zasługi B. Szydło. Jak musi się ona czuć gdy przez dwa lata była przez wszystkich chwalona za rewelacyjne osiągnięcia w sferze budżetu, gospodarki, niskiego bezrobocia, uszczelnianiu systemu podatkowego, a teraz wszystkie te sukcesy nie tylko są permanentnie przemilczane, ale na tle cech M. Morawieckiego sugerowane jako mało istotne.

Gdy patrzyłam na Jej twarz podczas pożegnalnego wystąpienia w Sejmie, widziałam w niej nie tylko zmęczenie i wypalone emocje ale i kobietę której wyrządzono wielką krzywdę.

Swoją decyzją premier J. Kaczyński pokazał, że osobista popularność, wysokie notowania w rankingach, sprawne zarządzanie państwem nic nie znaczą. Wnioski nasuwają się same: jeżeli nie chce się doznać w życiu głębokiego rozczarowania, to dla żadnej partii nigdy nie należy angażować się na 100 procent.

Jak przykro musiało być pani Beacie gdy prezydent A. Dudy stwierdził że m. M. Morawiecki jest „jego premierem”, a następnie po zaprzysiężeniu słysząc jak dziękuje członkom rządu za pomoc w zdobyciu prezydentury nie wymienił Jej jako szefa swojej kampanii wyborczej. Czy prezydentowi przyniosłoby ujmę gdyby po zaprzysiężeniu wręczył ustępującej Premier bukiet kwiatów, tak od siebie, po ludzku? Swym postępowaniem pokazał starą prawdę, że ludzie nienawidzą tych którym dużo zawdzięczają.

Odchodząca premier ma swój dorobek, cieszy się autorytetem i szacunkiem w społeczeństwie. Zaproponowanie Jej stanowiska wicepremiera bez teki, to według mnie gigantyczna kpina. Mimo, że będzie wicepremierem, to będzie stać niżej od ministrów. Przecież na starcie nowego rządu będzie go uwiarygodniać swoją obecnością spełniając rolę przysłowiowego kwiatka do kożucha.

Dlaczego nie było propozycji objęcia stanowiska marszałka Sejmu lub szefa MSZ? Tylko te dwa stanowiska są godne byłej Premier. Na Jej miejscu nie przyjęłabym funkcji która jest nie tylko Jej niegodna, ale Ją upokarza.

Foto:Marcin Obara PAP