Dzień 20 września 2018 r rozpoczęliśmy rejsem do leżącej w Zatoce Neapolitańskiej niewielkiej górzystej włoskiej wyspy Capri. Jej nazwa pochodzi od słowa Kapros lub Capra. Zbudowana ze skał wapiennych ma wydłużony kształt i powierzchnię 11 km2 i 18 km linii brzegowej, zaliczana jest do najpiękniejszych europejskich wysp. Nie jest pochodzenia wulkanicznego, odłączyła się ona od Półwyspu Sorrento. Jest bardzo popularna i przyciąga ogromne ilości turystów z całego świata. Podzielona jest na dwie części Capri i Anacapri. Najbardziej atrakcyjna to część pierwsza.

To druga moja wizyta w tym miejscu. Po raz pierwszy byłam tu we wrześniu 2001 roku. Płynęliśmy wtedy wodolotem z Sorrento, podróż była wygodna i trwała znacznie krócej niż teraz stateczkiem, ale plusem był dłuższy czas podziwiania ze statku wspaniałego krajobrazu. Nie wiem, dlaczego wodoloty już nie kursują.

Historia wyspy sięga czasów prehistorycznych świadczą o tym ślady zamieszkiwania odnalezione podczas prac archeologicznych. Była ważną bazą handlową Greków i Fenicjan. Następnie znalazła się pod panowaniem Imperium Rzymskiego. To na niej spędził ostatnie lata swojego życia cesarz Tyberiusz. Jego śmierć odbiła się niekorzystnie na znaczeniu wyspy. W X wieku ze względu na to, że stała się znaczącym, strategicznym portem otoczono ją murami obronnymi. Z biegiem czasu stawała się coraz chętniej odwiedzanym miejscem.

Niestety ok. 6 tysięcy turystów dziennie, przybywających na Capri ktoś porównał do najazdu Hunów i Wizygotów. Skutek jest taki, że stopniowo i systematycznie pozbawiana jest dziewiczego piękna. Przed 17-tu laty, gdy tu byłam znacznie łatwiej było się po niej poruszać.

Po przybiciu do brzegu ustawiliśmy się w kolejce do busików. Nie są one zbyt wygodne ze względu na panującą ciasnotę i brak klimatyzacji, którą zastępowały na oścież otwarte okna, powodując niesamowity przeciąg.

Gdy byłam tu po raz pierwszy trasę tę odbywaliśmy szynową kolejką, wygodną i szybką.

Po dotarciu na samą górę małego miasteczka Anacapri, nie wiem, dlaczego zwiedzanie zaczęliśmy od cmentarza, typowego jak wszędzie. Do dziś nie potrafię zrozumieć, po co do niego weszliśmy. Rozumiem, gdyby pochowani byli na nim jacyś sławni Polacy, ale nie było naszych rodaków. Spędziliśmy tam niepotrzebnie sporo czasu.

Następnie idąc wąskimi uliczkami udaliśmy się do domu Axela Munthe szwedzkiego lekarza – pisarza, żyjącego tu w pierwszej połowie XX wieku.

Był on nadwornym lekarzem szwedzkiej rodziny królewskiej. Wycofał się z życia dworskiego i osiadł na wyspie w zakupionej przez siebie willi San Michele, zbudowanej na starożytnych ruinach słynnej willi cesarza Tyberiusza. Pod koniec życia powrócił do Szwecji, gdzie powstało dzieło jego życia Księga z San Michele.

Biała fasada willi nie zachwyca. Gdyby nie umieszczona z prawej strony drzwi marmurowa tablica informująca o tym, że tu mieszkał Axel Munthe najprawdopodobniej nikt z turystów nie zwróciłby na nią uwagi. Cały dom został zamieniony w muzeum. Zwiedzanie tego ciekawego obiektu utrudniał nam niesamowity tłok, bo oprócz naszej wielkiej grupy liczącej 55 osób, przed nami byli inni turyści. Skutkowało to tym, że gdy część naszej grupy była już na piętrze, my dopiero wchodziliśmy do środka.

Po przekroczeniu progu zaskoczyła mnie wielkością. W zależności od przeznaczenia pomieszczenia znajdują się w nim przedmioty codziennego użytku. W kuchni zachowały się miedziane garnki, natomiast jadalnia to pokaz metalowych talerzy i cynowych kufli. Gustownie urządzony jest salon z meblami z epoki. Natomiast sypialnia robi wrażenie ascetycznej.

Wszędzie widać akcenty związane ze starożytnością w postaci rzeźb, popiersi i płaskorzeźb.

Powoli przemieszczając się dotarłam do korytarza prowadzącego na zewnątrz do znajdujących się za domem ogrodu. Axel uważał, że najlepiej prezentują się w dziennym świetle, dlatego korytarz nie ma zadaszenia. Znajdują się w nim zgromadzone pamiątki po cesarzu Tyberiuszu. Są to przepiękne wykonane rzeźby i popiersia z brązu. Wiele z nich od dotykania przez zwiedzających ma wypolerowane części.

Wrażenie robi mozaikowy stół. Przewodnik powiedział, że wszystko to kopie, a oryginały znajdują się w muzeum.

Z korytarza weszliśmy do pięknego stylowego ogrodu znajdującego się z tyłu domu. Nie jest on duży, ale zachwyca ilością drzew, krzewów i kwiatów
wśród, których można odpocząć. Dopiero będąc w nim widać, że dom otoczony jest tarasami i krużgankami, dzięki czemu wypełnia go masa światła.

Ponieważ willa położona jest bardzo wysoko, na klifie o wysokości 327 metrów n.p.m. po dojściu do krawędzi ogrodu ujrzeliśmy bajkowy widok na Zatokę Neapolitańską. Oszałamia przestrzeń, błękit nieba, morze, którego toń tną wyglądające z góry jak dziecinne zabawki motorówki i żaglówki zostawiając za sobą ślady zmąconych wód. Ma się wrażenie niesamowitej lekkości, która kusi, by odbić się od klifu i poszybować jak ptak. Nie można od tej panoramy oderwać oczu.
Na balustradzie odgradzającej ogród od końca klifu znajduje się nieduży posąg sfinksa cudownie wydobyty z oceanu, przy którym wszyscy robili sobie pamiątkowe zdjęcia.

Po wyjściu z willi Axela Munthe mieliśmy czas wolny, podczas którego byliśmy w kilku sklepach i zobaczyliśmy pamiątki oferowane turystom na straganach, z tym, że ceny w euro jak dla Polaków są zaporowe.

Niedaleko znajduje się dolna stacja kolejki linowej, którą można wyjechać na najwyższe wzniesienie wyspy – Monte Solaro o wysokości 589 metrów. Niestety nie było jej w planie naszej wędrówki.

Capri słynie z rękodzieła, jest to miejsce dla artystów, którzy poszukują natchnienia, a jednym z udanych dzieł rzemieślniczych, z których słynie wyspa jest marka zegarków Capri Watch, charakteryzujących się kryształkowymi zdobieniami. Cena rozpoczyna się od 150 euro.

Mijaliśmy luksusowe sklepy światowych marek. Przechodząc obok znanych firm weszłam do firmowego sklepu „Prada”. Znajdujące się w nim zwiewne sukienki, spódnice, torebki nie zachwycały. Byłam też w jednym z trzech zlokalizowanych na wyspie butików Amadeo Canfory.

To w nim można nabyć bardzo wygodne, robione na zamówienie sandały. Słyną z tego, że ozdabiane są koralami, kamieniami turkusu, kryształami Swarovskiego. Noszą je panie na całym świecie. Chodziły w nich m.in. Grace Kelly, Maria Callas czy księżna Małgorzata. Butiki Amadeo Canfory słyną z tego, że na poczekaniu można wybrać model, który zostanie przygotowany wyłącznie dla zamawiającego, a realizacja zamówienia trwa tylko pół godziny. Muszę przyznać, że gdy je oglądałam to na mnie robiły wrażenie kiczu.

Następnie udaliśmy się do pochodzących z XIX Ogrodów Augusta. Drogę tę przemierzaliśmy pieszo podziwiając wspaniałe widoki.

Gdy do nich dotarłam zaskoczyło mnie to, że mimo upływu lat nie straciły swojego uroku. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni znajduje się roślinność typowo śródziemnomorska. Panuje w nich cisza i spokój. Nie zrobiły na mnie wrażenia gdyż widziałam dużo piękniejsze. Ponieważ są usytuowane na wzgórzu zachwycające są widoki z ogrodowych tarasów na domy na wzgórzach, ciemnoniebieską Zatokę Neapolitańską i wystające z wody wapienne formacje skalne zwane Faraglioni.

Według legendy Faraglioni to mitologiczne  syrenie wyspy (Sirenum Scopuli) zamieszkiwane przez syreny, które swym śpiewem hipnotyzował żeglarzy. Kto podpływał bliżej tracił zmysły , tym samym stając się pożywieniem dla kusicielek. Czy są to te mitologiczne Sirenum Scopuli? Trudno odpowiedzieć. Z Faraglioni związany jest jeszcze jeden przesąd. Jedna ze skał kształtem przypomina bramę. W chwili, gdy statek przez nią przepływa osoby zakochane powinny się tuż pod nią pocałować, bowiem podobno zagwarantuje to szczęśliwy związek.

W czasie rejsu dookoła Capri będziemy pod tymi przepływać. W Ogrodach znajduje się obelisk z płaskorzeźbą Lenina. Gdy byłam tu w 2001 roku można było tam dojść, a kto chciał mógł ją dotknąć. Obecnie podobno z obawy przed dewastacją, został ogrodzony i widać go było z daleka.

Po wizycie w Ogrodach mieliśmy trochę wolnego czasu, ale nie wystarczająco dużo, aby dojść do słynnej willi Tyberiusza, nie mówiąc już o Lazurowej Grocie, której w ogóle nie było w planie a w której byłam 17 lat temu. Wielka szkoda, bowiem zachwyca wszystkich, którzy widzieli jej lazurową poświatę. W dawnych czasach rybacy omijali ją szerokim łukiem, bowiem wierzyli,że jest ona nawiedzona przez duchy.

Zanim udaliśmy się na piękny rejs wokół Capri, mieliśmy wybór: iść odpocząć na plaży i przy okazji zażyć kąpieli, albo odwiedzić kościół. Wybraliśmy to drugie. Idąc pod górę ruchliwą i dość niebezpieczną ulicą z bardzo wąskim chodnikiem dla pieszych podziwialiśmy z góry wąskie i kamieniste plaże, na których przed laty zażywałam kąpieli.

Kościół jest mały i ładny,położony wysoko. Zbudowany w stylu romańskim z charakterystycznymi dla tego okresu kolumnami, krzyżowym sklepieniem i kropielnicą w kształcie muszli. Po odmówieniu krótkiej modlitwy ruszyliśmy w drogę powrotną do przystani, z której wyruszyliśmy w rejs wokół Capri.

Było już późne popołudnie, słońce jeszcze mocno grzało, a morska bryza chłodziła. To było piękne przeżycie podziwiać skaliste brzegi wyspy rzeźbione latami przez wiatry i morskie fale. Przepływać pod kamiennymi wrotami wystającymi z wody, które podziwialiśmy z góry będąc w Ogrodach Augusta.

Płynąc widzieliśmy z dołu wille znanych ludzi m.in. Curzio Malaparte włoskiego pisarza, dziennikarza i dyplomaty, Sofii Loren, rodziny Mussoliniego. Niektóre z nich są do wynajęcia.

Nie można też pominąć polskich śladów na Capri. Gościli tu tacy sławni Polacy: Jan Styka, Stefan Żeromski ,Maria Konopnicka, Cyprian Kamil Norwid, Henryk Sienkiewicz, Adam Asnyk, Juliusz Słowacki czy Kazimierz Przerwa Tetmajer.

Po blisko dwugodzinnym rejsie czas zakończyć dzień małymi zakupami. Szkoda, że pobyt na Capri był tak krótki i nie wszędzie było nam dane być, ale ze względu klimat,tłumy turystów i mentalność ludzi , na stałe mieszkać bym tu nie chciała.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk