Ostatnie dni( 21 i 22 września 2018r) naszej włoskiej wędrówki rozpoczęliśmy od opuszczenia terenu Campanii, i przejazdu na drugą stronę apenińskiego „buta” w kierunku Adriatyku.

Po drodze widzieliśmy stada pasących się bawolic, będących podobno krzyżówką bawołu z krową. Są to potężne zwierzęta o wysokość w kłębie około 200 cm i długość ciała około 3 m u samców. Masa ciała w zależności od rasy waha się w przedziale 400-900 kg, (dzikie bawoły są cięższe, osiągają masę 700–1200 kg). W porównaniu do dzikich bawołów są mniej agresywne i uleglejsze.

Zwraca uwagę ich bardzo krępa i masywna budowa, silne nogi, zakończone szerokimi racicami oraz potężne rogi. Zapewnione mają bezstresowe życie i absolutną higienę. Śpią na materacach, jedzą jęczmień, groch, dobrej jakości siano, kukurydzę. Podobno największym „show” jest ich kąpiel, polegająca na szorowaniu wielką szczotką, prawie jak w myjni samochodowej. Obory wyposażone są w roboty sterowane przez komputery.

Ich mleko posiada właściwości antyrakowe, wzmacnia odporność organizmu, chociaż posiada 25% tłuszczu to pijąc je nie odczuwa się tego. Ma jednak inny smak niż krowie. Dobry udój to 17 litrów dziennie, po wydojeniu schładza się je do 4% C, potem pasteryzuje. Chociaż spotkałam stada dziko pasących się bawolic, to nie widziałam samego dojenia. To z ich mleka Włosi robią słynną mozzarellę (ser podpuszczkowy) znany ze swojej ciągliwości po roztopieniu.

Sprzedawany jest w postaci niewielkich kawałków (kęsów) o obłym kształcie, zanurzonych w serwatce. Stanowi składnik wielu dań tradycyjnej kuchni włoskiej, m.in. lazanii, sałatki caprese i większości rodzajów pizzy.

Warto było o tym wspomnieć, bo jest to zjawisko nie istniejące gdzie indziej. Było nam dane spożywać sery wyprodukowane z ich mleka w tym słynną mozzarellę. Mnie smakowały, mężowi nie.

Podążając przez tereny Apulli w kierunku Potenza przewodniczka Monika bardzo pięknie opowiadała nam historię tych ziem. W pobliżu naszej trasy przebiega słynna Via Apia najstarsza droga rzymska. Była drogą państwową, wybudowaną na gruncie należącym do Rzymu. Przez wieki była starannie utrzymywana, przebudowywana i naprawiana.

Jej początek zaczyna się przy rzymskim Forum Romanum i ciągnęła się aż do Brindisi na wybrzeżu Adriatyku. Budowę rozpoczął urzędnik Appiusz Klaudiusz w 312 r. p.n.e. a zakończono w 225 r. p.n.e. Początkowo była ona gościńcem prowadzącym od Porta Capena w Rzymie do Formiae i przedłużonym do Kapui.

Kolejni władcy Cezar, August, Klaudiusz, Domicjan, Trajan, Hadrian i Septymiusz Sewer rozbudowywali ją i upiększali. Za Trajana nastąpiło położenie bruku na długości 19 mil (tj. 28 km). Ostatecznie łączyła Rzym z portowym Brundisium, zapewniając połączenie Grecji z rzymskimi posiadłościami na Wschodzie.

Via Appia zwana „królową drogą” zadziwia dokładnym zespoleniem kamiennej nawierzchni. Bizantyjski historyk Prokop z Cezarei w 536 r. zanotował, że jej szerokość umożliwiała wyminięcie się dwóch pojazdów, a nawierzchnię stanowiły duże kamienie, podobne do młyńskich, tak ściśle połączone, że stwarzały wrażenie jednej płyty kamiennej. Mimo wielowiekowego użytkowania nie nosiła śladów istotnych uszkodzeń.

Droga była ulubionym miejscem przechadzek i spotkań mieszkańców Wiecznego Miasta. Stała się też główną aleją cmentarną: wzdłuż niej wznosiły się setki pomników grobowych, kolumbariów i monumentalnych grobowców najważniejszych rodów rzymskich m.in. grobowiec Scypionów, grobowce Horacjuszów i Kuriacjuszów, Waleriusza Romulusa, Cecylii Metelli.

Ma też swą mroczną historię. Według przekazów na ok. 200-kilometrowym odcinku z Rzymu do Kapui w r. 71 p.n.e. ukrzyżowano 6 tysięcy niewolników z pokonanych oddziałów Spartakusa.

W XIX wieku odrestaurowano stary szlak i przywrócono jego świetność na odcinku pierwszych 11 mil.

Monika opowiadała nam również o Alaryku królu Wizygotów który w 410 roku zdobył Wieczne Miasto, metropolię nie do zdobycia. Przez trzy dni i noce wraz ze swoim wojskiem grabił, niszczył i zabijał. Jego chrześcijańska wiara miała mu jednak nie pozwolić na zbezczeszczenie niektórych świętości i uznał prawo Rzymian do schronienia się w kościołach. Dowiedzieliśmy się o Normanach panujących tu przez 250 lat i konfliktach o te żyzne, uprawne ziemie. O Fryderyku II który przyszedł tu na świat w 1190 r, o czasie krucjat, konflikcie między cesarzem i papieżem o krucjaty oraz dynastii andegaweńskiej. Nie będę jednak szczegółowo opisywać tych ciekawych wydarzeń. Zainteresowanych odsyłam do źródeł historycznych.

Warto zaznaczyć, że w tym regionie wiele czasu spędził jedn z najwybitniejszych polskich kompozytorów Karol Szymanowski komponując „Króla Rogera”.

Tak rozmawiając minęliśmy miasto Potenza które na skutek upadku przemysłu staje się powoli miastem wymarłym. Znajduje się w nim słynne więzienie, w którym odsiadują wyroki członkowie camorry.

Dojechaliśmy do liczącej 60 tys. mieszkańców Matery, będącej po Aleppo w Syrii i Jerycho na Zachodnim Brzegu Jordanu trzecim najstarszym miastem na świecie. Słynie ono z historycznej części miasta -Sassi, w której znajdują się unikatowe domostwa drążone w tufowej skale, mające jedynie murowane fasady oraz około 100 skalnych kościołów. Została ona wpisana w roku 1993 na listę UNESCO.

Skalne domostwa wg niektórych przypominają Kapadocję. Ja jestem innego zdania, oba te miejsca różnią się, ale oba są piękne i niepowtarzalne.

Miasto ma bardzo burzliwe dzieje. Na przestrzeni wieków rządzili nim: Rzymianie, Longobardowie, Bizantyjczycy, Saraceni. W IX wieku najechali je Normanowie przywożąc olbrzymie bogactwa z grabieży które przyczyniły się do jego rozkwitu.

Wiek XIX i XX to bardzo trudny okres w jego dziejach. W starych zaniedbanych domach nie było prądu, kanalizacji, bieżącej wody. O jego ubóstwie, nędzy, zacofaniu i siedlisku chorób pisał Carlo Levy w książce „Chrystus zatrzymał się w Eboli”.

Jeszcze w latach 50 – tych XX wieku Sassi zamieszkiwało według szacunków prawie 20 000 osób, jednak życie, a raczej wegetacja w tak skandalicznych warunkach spowodowała, że w roku 1954 rząd włoski zdecydował się przesiedlić wszystkich mieszkańców do wybudowanych nowoczesnych mieszkań w blokach.

Wielu jednak nie potrafiło odnaleźć się w nowej sytuacji i wracało na stare śmieci. W roku 1986 wydano prawo umożliwiające zamieszkanie w tym zabytkowym miejscu pod warunkiem zachowania pierwotnego wyglądu. Założona została kanalizacja i światło elektryczne. Pod kierunkiem konserwatorów zabytków dokonano renowacji jaskiń, umożliwiając powstanie w nich sklepów, restauracji oraz klimatyzowanych hoteli i pensjonatów.

Naszą włoską przewodniczką była przesympatyczna Polka Marta, która wyszła za Włocha, a którego rodzina pochodzi z Matery. Pokazała nam dom swojej teściowej o której wyrażała się z wielkim szacunkiem.

Zwiedzanie Sassi rozpoczęliśmy od tarasu widokowego a następnie z dachu starego kościoła podziwiamy krajobraz podobny do starożytnej Jerozolimy. Marta pokazała nam miejsca w których kręcone były sceny filmu „Pasja” Mela Gibsona.

Bardzo stromymi i śliskimi schodami schodzimy do najstarszej części dzielnicy pełnej jaskiń i starych domostw. Przypatrując się poszczególnym obiektom doszliśmy do jednego z domów wykutych w skale który spełnia rolę skansenu dla turystów.

Nim do niego weszliśmy musieliśmy chwilę zaczekać aż wyjdzie z niego wcześniejsza grupa turystów, ponieważ jest w im ciasno i tylko jedno wejście.

Wchodząc ostrożnie do środka by się nie przewrócić na śliskich schodach weszliśmy do olbrzymiej groty której poszczególne części pełniły różne funkcje. Im dalej od wejścia tym było ciemniej mimo zainstalowanego już światła elektrycznego.

Życie w takich warunkach było niezwykle trudne, ponieważ na stosunkowo niewielkiej powierzchni żyli ludzie i zwierzęta. Marta pokazała nam miejsca wyznaczone dla zwierząt, kuchnię, sypialnię i jadalnię. Należy zdawać sobie sprawę, że nie było prądu, panował półmrok gdyż oświetlenie stanowiło łuczywo. Wokół panowała wilgoć oraz odór od odchodów zwierząt i ludzi. Widzieliśmy sprzęt domowy, narzędzia rolnicze i zdjęcia ostatnich jej mieszkańców.

Gdy z niego wychodziłam odetchnęłam z ulgą. Mieszkanie tu to istny koszmar a przecież w takich warunkach żyły pokolenia.

Po półtora godzinnym spacerze krętymi uliczkami Sassi udaliśmy się do jednej ze wspólczesej dzielniyc Matery na obiad. Serwowana był jak zwykle tzw. pasta czyli typowe włoskie dania na bazie makaronu – spaghetti i serów.

Nie wszystkim on smakował, ponieważ mieliśmy już przesyt pasty, poza tym niektórzy nie lubili mozzarelli i lazanii. Wszyscy jednak zachwycaliśmy się regionalnym winem, którego było dostatek.

Po obiedzie ruszyliśmy na mały spacer ulicami miasta. Ponieważ Matera na południu Włoch jest Europejską Stolicą Kultury, widzieliśmy trwające przygotowania do festiwalu muzycznego. Miał tu koncertować młody talent z jego orkiestry. Występował tu kiedyś Krzysztof Penderecki. Byliśmy przy Muzeum Archeologicznym, szkoda, że nie było nam dane wejść do środka. Tak samo jak do gmachu biblioteki.

Natomiast weszliśmy do kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Jego fasada jest typowa dla tego regionu. Po wejściu do środka okazuje się, iż nie jest to duża świątynia. Robi wrażenie jej ciekawe barokowe wnętrze w kolorze bieli. Na każdym z filarów i łuków bocznych naw znajdują się ciekawe obrazy włoskich malarzy przedstawiające sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Ponieważ znajdują się one stosunkowo wysoko nad posadzką, trzeba wysoko unosić głowę by się im przyjrzeć. Tu po raz pierwszy widziałam organy nad ołtarzem.

Następnie udaliśmy się w dalszą drogę do położonego w południowej części Italii, tuż nad obcasem słynnego włoskiego buta miasta Bari. Jest ono największym, bo liczącym ponad 300 tys. mieszkańców miastem nad Adriatykiem, ważnym ośrodkiem przemysłowym, handlowym i kulturalnym Włoch południowych. Było późne popołudnie, gdy mijaliśmy jego rogatki.

Upał już zelżał i nie było tłumów turystów bowiem słynne targi wschodu w Bari już się skończyły. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy od średniowiecznego normańskiego zamku w który mieszkała Bona Sforza zanim została żoną króla Zygmunta Starego i przyjechała do Polski.

Ku naszemu zaskoczeniu i niezadowoleniu nie weszliśmy do środka, tylko przewodniczka Monika zorganizowała nam „spektakl” na wolnym powietrzu przed zamkiem mający obrazować dzieje rodu Sforza. Członkowie naszej grupy byli zarazem odtwórcami i obserwatorami tego spektaklu. Trwało to mnie więcej ponad 1 godzinę. Wielu z nas było zirytowanych tym wytapianiem czasu, który można było przeznaczyć na zwiedzanie zamku.

Po jego zakończeniu wyruszyliśmy ulicami miasta w kierunku starówki, gdzie znajdowały się wspaniałe zabytki w tym bazylika San Nicola z grobowcem Bony Sforzy i katedra św. Sabina.

Idąc i podziwiając starówkę dotarliśmy do słynnej ulicy makaronowej. Tu zatrzymaliśmy się na dłużej, by przyjrzeć się jak przy stołach miejscowe gospodynie na naszych oczach tworzyły cuda włoskiej kuchni – makarony i tortille. Mimo, że sama często w domu robię makaron domowy, to podziwiałam ich biegłość rąk i precyzję ruchów.

Kolejnym miejscem które warte było zobaczenia to romańsko–gotycka Katedra Św. Sabina z XII wieku, powstała w miejscu dawnego pałacu bizantyjskiego. Niestety 1156 roku legła ona w gruzach, bowiem Normanowie pod wodzą Guglielmo I, prawie zrównali Bari z ziemią. Dzisiejsza katedra, konsekrowana w 1292 roku, powstała w dużej części z materiałów po zniszczonej poprzedniczce. Na przestrzeni wieków przebudowywana i rozbudowywana, zachowała swój romańsko-apulijski styl.

Stojąc na placu przed katedrą i patrząc na jej grube mury, białą fasadę, piękne duże okno i ok. 70 metrową dzwonnicę widać jej wielkość. Uwagę przykuwa umieszczona wysoko nad drzwiami duża przepiękna rozeta.

Po wejściu do środka zaskoczyła mnie prosta forma wnętrza i mało zdobień. Skromny ołtarz skierowany na wschód w stronę grobu Chrystusa pod ładnym baldachimem nie zachwyca. Po bokach znajdują się nawy wsparte dwoma rzędami smukłych wysokich kolumn, nad nimi galerie, które pierwotnie przeznaczone były dla kobiet.

Z tego co czytałam o tej świątyni, z boku ołtarza znajduje się kaplica z mumią św. Colomby di Sens. Według legendy Colomba została uratowana przez niedźwiedzia przed zgwałceniem przez rzymskiego strażnika, również deszcz uratował ją przed spaleniem na stosie. Podczas prześladowań chrześcijan przez cesarza Aureliana około 273 roku została ścięta. Jej ciało uległo mumifikacji i podobno robi wrażenie ponieważ zachowało się w idealnym stanie. Podczas badań w 2005 roku okazało się, że jest to w dużej części rekonstrukcja wykonana z papier-mache (masa papierowa z dodatkiem kleju), a części organiczne które miały być ciałem świętej Colomby, nie należą do niej ponieważ brak na nich śladów męczeńskiej śmierci.

Ponadto pod katedrą znajdują się podziemia w których można zobaczyć pozostałości rzymskiej drogi, ruiny dwóch małych bizantyjskich kościołów, a pod nawą główną, wspaniale zachowaną mozaikę pochodzącą z kościoła episkopalnego z VI wieku. Niestety, ze względu na brak czasu zwiedzaliśmy tylko część nadziemną. Szkoda.

Następnym miejscem do którego poszliśmy to bazylika św. Mikołaja, będąca jednym z najcenniejszych zabytków architektury romańskiej we Włoszech. W X wieku święty otoczony ogromnym kultem został patronem miasta. O kulcie przypominają znajdujące się w środku dzieła sztuki. Jej budowa związana jest ze zrabowaniem w 1087 roku z tureckiej Myry relikwii św. Mikołaja przez grupę marynarzy i przywiezieniem ich do miasta. Znajdują się one w krypcie pod bazyliką. Z tego powodu ciągną do niej pielgrzymki katolików i prawosławnych z całego świata. W 1984 r. modlił się w niej Jan Paweł II.
 

O relikwie św. Mikołaja upomniał się turecki minister kultury, według którego powinny one znajdować się w tureckim muzeum a nie „w pirackim mieście” – jak się wyraził o Bari. Rektor bazyliki, odpowiedział, że „relikwie św. Mikołaja są dobrami religii, a nie kultury. Nie są one przeznaczone do oglądania w muzeum, lecz powinno się im oddawać cześć”.

Nasza przewodniczka Monika prosiła nas byśmy zwrócili uwagę na znajdujący się za ołtarzem – XII-wieczny tron biskupi wykuty z jednego bloku marmuru oraz znajdujący się w prawnej nawie srebrny ołtarz z roku 1684 przedstawiający sceny z życia św. Mikołaja.

W tej świątyni za ołtarzem znajduje się nagrobek w którym spoczęły doczesne szczątki królowej Polski Bony, żony Zygmunta Starego i matki Zygmunta Augusta. Otruta, zmarła w listopadzie 1557 roku. Przykre, ale po śmierci jej ciało przez kilkadziesiąt lat znajdowało się w zakrystii bazyliki gdyż zamiast jej pochówkiem rodzina zajęta była walką o spadek. Dopiero w 1593 roku córka Bony, Anna Jagiellonka sfinansowała matce wspaniały nagrobek składający się z trzech części.

Pierwsza to wyrzeźbiona z białego marmuru naturalnych rozmiarów klęcząca postać królowej Bony. Część druga to stojący obok królowej św. Stanisław i św. Mikołaj.

Część trzecią stanowiła umieszczona w XVI wieku nad sarkofagiem płaskorzeźba wyobrażająca Zmartwychwstanie Pana Jezusa oraz mury ozdobione freskami przedstawiającymi postacie polskich świętych i królów. Niestety, decydenci nie bacząc na historyczną i artystyczną wartość kompozycji doszli do wniosku, iż barokowy charakter zdobień nie pasuje do surowej romańskiej świątyni i w połowie XX w. usunięto większość polskich akcentów. Malowidła te uległy całkowitemu zniszczeniu poprzez skucie całego tynku do gołego kamienia.

Następnie przeszliśmy do podziemnej kaplicy pochodzącej z roku 1089 w której znajdują się relikwie świętego Mikołaja. Po pokonaniu schodów znaleźliśmy się w przedsionku i naszym oczom ukazał się otoczony kratą pręgierz przy którym podobno biczowany był Jezus.

Wiernych i turystów nie było wielu, tak, że mogliśmy swobodnie przyjrzeć się poszczególnym detalom wnętrza. Kaplica jest trzynawowa. Znajduje się w niej grób świętego oraz słynący z łask obraz św. Mikołaja w stroju biskupa. Całość wykonana jest ze srebrnej blachy. Palą się przed nimi wieczne lampy. W środku panująca atmosfera ciszy i skupienia zachęca do modlitwy i zadumy.

Gdy opuściliśmy bazylikę idąc wzdłuż wybrzeża rozmyślałam o tym co widziałam.

Ponieważ następnego dnia czekała nas droga z Santeramo do Alborabello w regionie Apulli po kolacji wcześnie położyliśmy się spać. Wstaliśmy wcześnie rano i po śniadaniu ruszyliśmy do tego bajkowego miasta. Apulia jest najmodniejszym regionem wśród włoskiej bohemy, stąd pochodził Robert Valentino, tu mieszka Al Bano.

Jadąc podziwialiśmy piękne krajobrazy. Były to tereny kiedyś bardziej zalesione, ale nie przejmując się ekologią dużo lasów wycinano. Rzeki płynące przez wieki wyżłobiły w wapiennym tufie korytarze i liczne jaskinie oraz groty. Geolodzy wiele z nich odkryli, ale wiele zostało do odkrycia. W jednej z nich wilgotność dochodzi do 90% jak w dżungli amazońskiej.

Sławne są drzewka oliwne z Apulli dzięki którym w wielu miejscach nastąpiło odradzenie całych populacji tych drzew. Tu oprócz Sycylii jest największe zagłębie czereśniowe.

Po zdobyciu Konstantynopola w 1453 roku przez Turków tereny te podobnie jak Rodos i Albania dostały się pod panowanie tureckie. Turcy w końcu przegrali, ale niektórzy z nich pozostali i zaczęli budować swoje domy w kształcie stożka-trulle tzn kopuła. Dziś cały region Alberobello słynie z unikatowych form tego budownictwa.

Miejscowy przewodnik opowiada nam w jaki sposób budowano. Najpierw robi się stelaż na którym opiera się cała konstrukcja. Następnie w jej zarysie układa kamienie. Charakterystyczny czubek na kopule który zamyka całą konstrukcję nazwany jest kluczem. Można trullę otworzyć od góry a dach nie upadnie. Pod jednym dachem mieszkali ludzie wraz z dobytkiem i zwierzętami. Zostały one wpisane na listę UNESCO.

Tego typu domki wznoszono z uwagi na kwestie podatkowe. Swego czasu w Apulii pobierano podatki wyłącznie od solidnych, murowanych domów. Mieszkający w nich ludzie nie musieli więc uiszczać daniny.

W czasach Mussoliniego powstał akwedukt i do każdego z nich doprowadzono bieżącą wodę oraz prąd. Dzięki turystyce miasto kwitnie. Rocznie miasteczko odwiedza około miliona turystów. Obecnie w tych charakterystycznych domkach mieszczą się sklepy restauracje, luksusowe klimatyzowane hotele. Dachy po dostosowaniu pełnią rolę tarasów na których właściciele sklepów serwują małe kubeczki różnych alkoholi zachęcając w ten sposób turystów do ich zakupu.

Mogliśmy zobaczyć zarówno wnętrze domu z czasów gdy nikt w Europie o nich nie słyszał jak i przerobiony do wynajęcia. Można kupić sobie taki domek, ale są bardzo drogie. Dużo taniej jest go wynająć.

Mieliśmy okazję zwiedzić starą i nowoczesną wersję tych domków

Mieliśmy krótki odpoczynek na zakup pamiątek i ciekawych CD z typowymi w tym regionie melodiami.

Następnie udaliśmy się do kościoła p.w. Św. Antoniego z Padwy. Mimo, iż z zewnątrz wydaje się stosunkowo duży, to w środku jest niewielki i bardzo ubogi. Jego historię opowiedział nam miejscowy przewodnik. Został zbudowany w XX w. przez jednego z ostatnich mistrzów budownictwa typu trulli czynnych w regionie. Mnisi z tego kościoła opiekowali się dziećmi, gdy rodzice pracowali w polu.

Po wyjściu ze świątyni mieliśmy czas wolny. Niedaleko na własnoręcznie wykonanych beczkowych instrumentach miejscowy muzyk wybijał ciekawe rytmy. Kto chciał za niewielką opłatą mógł nabyć płytkę CD z jego utworami. Kupiłam jedną i czasem słucham tej oryginalnej muzyki.

Miasto przygotowywało się do uroczystości związanych ze świętem Kosmy i Damiana. Byli to bracia (podobno bliźniacy) znakomici sławni lekarze. Szczególnym szacunkiem cieszyli się wśród najbiedniejszej ludności bowiem nie pobierali honorariów za swoją pracę. Leczyli wszystkich. W czasie prześladowań chrześcijan za cesarza Dioklecjana byli torturowani następnie ścięci mieczem. Śmierć męczeńską ponieśli w Cyrze, gdzie zostali pochowani. Grób ich zasłynął cudami i stał się celem licznych pielgrzymek. Po latach wzniesiono nad nim bazylikę. Kult ich rozpowszechniał się w całym Kościele.

Szkoda nam było opuszczać tak piękne miejsce tym bardziej, że chciałabym zobaczyć jak tutaj obchodzone jest ich święto.

Jeszcze ostatnia kawa na pożegnanie i jedziemy ze strony Adriatyckiej na Tyrreńską do miejsca skąd jutro po odpoczynku i kąpieli w Morzu Tyrreńskim odlatujemy do kraju z lotniska Lamezia di Terme.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk,
Foto: bawolice -z internetu.