Rafał Ziemkiewicz kilka tygodni temu określił PiS jako grupę rekonstrukcyjną sanacji. Za sanacji, gdy chciano powiedzieć, że ktoś nic nie znaczy, mawiano, porównując delikwenta do prezydenta Mościckiego, że „tyle znacy co Ignacy, a Ignacy gówno znacy”. Minister Antoni Macierewicz uważał najwyraźniej, że prezydent Andrzej Duda „g.. znacy”. No tyle, że się pomylił.

Prezydent Andrzej Duda odmówił podpisania nominacji generalskich i admiralskich. Powyższe oznacza otwarty już konflikt Głowy Państwa (a zarazem Zwierzchnika Sil Zbrojnych) z ministrem Antonim Macierewiczem. MON od miesięcy otwarcie i ostentacyjnie lekceważy Prezydenta. Prezydent Duda nie tylko nie jest konsultowany w sprawach Sił Zbrojnych, ale nawet nie otrzymuje odpowiedzi na pisma z pytaniami dot. zmian w Siłach Zbrojnych. Teraz jednak MON przekroczył kolejną granicę. A przy okazji ujawnił, że przy całym deklarowanym antykomunizmie, ochoczo sięga to starych ubeckich metod działania.

Podległa Ministrowi Służba Kontrwywiadu Wojskowego odebrała otóż gen Jarosławowi Kraszewskiemu, tj. jednemu z najbliższych współpracowników Prezydenta, który ośmielił się negatywnie zaopiniować niektóre kandydatury na generałów dostęp do tajemnicy państwowej. Formalnie przyczyny nie są znane, ale z tego co wiadomo chodzi o formalne, całkowicie nieistotne uchybienie w oświadczeniu majątkowym. Skądinąd fakt, iż Prezydent wprost zakomunikował, że ma pełne zaufanie do generała potwierdza, iż mamy do czynienia z wyjątkowo marną próbą szantażu.

Odbieranie ludziom dostępu do tajemnic w ramach walki politycznej to stosowana od lat, prymitywna, nieuczciwa i powtórzmy – ubecka metoda działania. Ubecka, bowiem oznacza wykorzystywanie służb do walki politycznej, a nie do walki o interesy państwa. Zamiast pokonać kogoś w dyskusji na argumenty odbiera mu się (nie podając żadnych argumentów, wszak sprawa jest ściśle tajna) poświadczenie. Po latach poświadczenie się przywraca, ale kariera danego człowieka jest już złamana.

Mechanizm odbierania poświadczenia jest prosty. Gdy jest coś na danego człowieka, wykorzystuje się to. Gdy nie ma niczego tworzy się „kwity”. A robi się to np. tak. Wyobraźmy sobie młodego dyplomatę (postać absolutnie, rzecz jasna, fikcyjną), który dowiaduje się, że jego przełożony – zastępca ambasadora w Moskwie (postać absolutnie, rzecz jasna, fikcyjna) jest „zapewne” w zbyt zażyłych relacjach z Rosjanami. Ów fikcyjny młody dyplomata proszony jest o pisanie raportów na przełożonego jeśli tylko zauważy cos podejrzanego. Młody dyplomata nie ma moralnych oporów, by to robić, ale problem polega na tym, że niczego podejrzanego nie zauważa. Wówczas daje mu się do odręcznego przepisania i podpisania fałszywe sprawozdanie, z którego wynika, że widział jak jego przełożony nocą wymykał się z budynku mieszkalnego ambasady, a gdy został przez naszego młodego dyplomatę zauważony wyraźnie się speszył. Nasz młody dyplomata – w tej fikcyjnej, rzecz jasna, sytuacji, zauważyć miał auto, do którego wsiadł jego szef, a był to Mercedes, którego numer rejestracyjny zawierał 3 cyfry (więcej nasz młody, spostrzegawczy dyplomata wg tego, co miał przepisać, nie zauważył). Młody dyplomata fałszywki nie zamierza tworzyć i posyła osobę, która go o to prosi, jak to się po rosyjsku mówi, „na 3 bukwy”, czyli na polski rzecz przekładając, na drzewo (tak mniej więcej), szczególnie, że już wówczas zauważa, że ów przełożony jest przeciw resetowi z Rosją, a ci, którzy go oskarżają dokładnie na odwrót. Co więcej to ów podejrzany dyplomata w przeciwieństwie do tych, którzy go usiłują dopaść, jest mocno sceptyczny co do intencji Rosji (a równocześnie daleki od paranoi antyrosyjskiej, która – i tu proszę o powstrzymanie się, wszak to fikcja literacka, od jakichkolwiek skojarzeń – wskazywać mogłyby na związki z Rosją, bo skrajna antyrosyjskość to dobre „przykrycie”).

Po pewnym czasie znajomy zastępca ambasadora traci dopuszczenie do tajemnicy państwowej. Po latach sąd mu je przywraca, ale złamanej kariery to nie ożywia. Naszemu młodemu dyplomacie znajomy (miłośnik jazdy na motocyklach na żużlu) powie, że całość była ustawką, a chodziło o to, by się pozbyć człowieka, która zawadzał w dziele resetu z Rosją. Nasz młody dyplomata uzna, że powinien sprawę omówić ze swoim b. przełożonym i wówczas usłyszy, że ten nie ma pretensji, a raporty naszego bohatera mu nie zaszkodziły, bo były prawdziwe. Rzecz w tym, że inni byli bardziej pragmatyczni od naszego bohatera, nie mieli moralnych oporów, by to, co należy przepisać i podpisać. I tak oto, w naszej fikcji literackiej, powstały „kwity”.

Dość jednak fikcji – czas na historię prawdziwą. Gdy kierowałem placówką na Białorusi pewna pani w kółko na mnie donosiła. Były to wymysły i nijak mi to nie szkodziło, bowiem pani była tyleż chętna, co i niezbyt rozgarnięta (a nadto jeszcze „za krótka”), ale irytowała mnie świadomość, że ktoś, do kogo odnoszę się z szacunkiem, zwyczajnie w świecie na mój temat zmyśla. Z początku ignorowałem sprawę, ale życzliwi uświadomili mi, że takie zachowania warto „w imię zasad” ujawniać, a w gąszczu donosicielstwa i kapusiostwa warto też wysłać sygnał wrogom, że wiemy, że ktoś usiłuje tworzyć na nas „kwity”. Pewnego więc razu, gdy jechałem do Polski na weekend powiedziałem mojej podwładnej – donosicielce, że zapakowałem do bagażnika samochodu 20 butelek koniaku, które zamierzam zawieźć do Polski. Było to o tyle wiarygodne, że polscy celnicy polskich dyplomatów z reguły, choć mają do tego pełne prawo, nie sprawdzają. Rzecz w tym, że przewóz 20 butelek to już przemyt. Gdy 3 godziny później dotarłem na granicę celnik, po raz pierwszy w mojej karierze dyplomatycznej, kazał mi otworzyć bagażnik. Spytałem czy szuka 20 butelek koniaku. Gdy zdziwiony odparł, ze tak otworzyłem bagażnik (w którym wiozłem oczywiście jedną, a nie 20 butelek). Celnik był coraz mocniej zdziwiony, więc wyjaśniłem mu, że chciałem upewnić się, kto na mnie donosi i sam na siebie swej donosicielce doniosłem. Oficer Służby Celnej był na tyle poruszony, że poszedł do kolegów i po 5 minutach wiedziałem już dla której konkretnie „firmy” pracuje moja donosicielka, po czym jeden z celników zamyślił się i powiedział: „Bo kiedyś Panie Charge d’Affaires, to te ubeki to były owszem skurwysyny, ale też profesjonaliści i umieli człowieka załatwić. A teraz to są już tylko skurwysyny i prędzej sami się wysypią, niż człowieka załatwią”

No wypisz wymaluj. I nic się nie zmieniło. I ubeki te same. I metody te same. I historia lubi się powtarzać. Raz jako tragedia, a raz jako farsa.

……………….

P.S. gdybym miał kontynuować fikcje literacką (bo to fikcja rzecz jasna) dodałbym, że zastępcy ambasadora jak w MSZ nie było, tak nie ma. A ciężko myśląca Pani kapusiowa. która nie zadbała nawet o to, by opowiedzieć innym w ambasadzie, jak to szef ryzykuje wioząc owe 20 butelek (co spowodowałoby, że nie miałbym pewności, czy donosu do celników nie zrobił ktoś inny) dumnie pracuje jako polski dyplomata.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)