Dziś szef musi – i to jest dobre słowo – musi – posiadać dużo umiejętności miękkich w zakresie zarządzania. Musi mieć, oprócz niezachwianej podstawy, czyli wewnętrznego silnego poczucia kierunku rozwoju firmy, takiej długoterminowej wizji, dużo pokory wobec klienta, rynku, pracowników i technologii- mówi Monika Orlińska w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl Laureatka nagrody „Złoty Wiąz” w kategorii Biznaswomen wyjaśnia Małgorzacie Kupiszewskiej: – Obecnie szefom silnie zorientowanym na pieniądz i forsującym własną osobowość, biznes potyka się na zewnętrznych uwarunkowaniach. Łatwo przegapić właściwy moment i miejsce na wprowadzenie odpowiednich zmian – i już jest za późno, właśnie wypadliśmy z zawodów. Zapytana o motto jej pracy bez wahania przytacza myśl Henry Forda:„Połączenie sił to początek, pozostanie razem to postęp, wspólna praca to sukces„.

Małgorzata Kupiszewska: „Złoty Wiąz” to nagroda wprowadzona przez nowy samorząd gminy w osobie wójta Janusza Budnego. Myśli Pani, że wzbudzi zainteresowanie przedsiębiorców na tym terenie, uaktywni ich do startowania w kategoriach: mała firma, pracodawca, debiut, innowacyjność, filantrop, bizneswoman?

Monika Orlińska: – Powinna. Powinniśmy się cieszyć, że mamy mały i średni lokalny biznes, że lokalne władze go dostrzegają i w ten sposób wspierają, że jesteśmy de facto promowani przez Samorząd. To niezwykle wartościowa inicjatywa. Od początku kadencji widać zaangażowanie Wójta we współpracę z firmami i starajmy się to doceniać. W naszej małostkowej mentalności niestety tkwi jeszcze dość głęboko stereotyp: „a co się będę wychylać”, kontrowany z drugiej strony kija stereotypem: „ten to ma plecy, wiadomo, dostał na pewno po znajomości”. Brzydkie i demotywujące do promowania dobrych wzorów. Mam szczerą nadzieję, że w naszej gminie (choć jeszcze nie mam meldunku w Wiązownie, uważam ją za „naszą”) uda się zbudować otwarte współzawodnictwo bez wzbudzania komentarzy uciekających się do tego typu uwag. Ale to zależy przede wszystkim od nas, przedsiębiorców. Już wiem, w jakiej kategorii zgłoszę firmę za rok i mam nadzieję, że współzawodnictwo będzie ostre.

Dzięki czemu, jakim atutom, nagroda „Złotego Wiąza”, wpisze się na stałe do kalendarza najważniejszych i prestiżowych wydarzeń?

– Statuetka może być zarówno atutem marketingowym jak i dodatkowym punktem przy ubieganiu się o rozmaite fundusze, może też być wskazówką dla pracowników przy poszukiwaniu stabilnego pracodawcy. Ponadto inicjatywa ta pięknie wpisuje się w organizowane już po raz trzeci, o ile wiem również z inicjatywy pana Janusza Budnego, Forum Gospodarcze Powiatu Otwockiego, które nagradza podmioty gospodarcze w podobnych kategoriach. Tu jednak, w Gminie, mamy do czynienia z naszymi sąsiadami i znajomymi z widzenia, co dodatkowo pozwala nam wzajemnie się poznawać i wzmacniać w tym, co robimy.

Jakie przymioty musi mieć dobry szef, Prezes firmy znanej nie tylko w Polsce?

– No jak się cieszę, że pytanie nie trąci seksizmem, ale cóż – zadaje je kobieta… Ale poważnie – czasy się zmieniają, pracownicy są inni niż lat temu trzydzieści, technologie się zmieniają w szybkim tempie, warunki funkcjonowania na rynku są całkowicie inne niż przed rokiem 2000. Dziś szef musi – i to jest dobre słowo – musi – posiadać dużo umiejętności miękkich w zakresie zarządzania. Musi mieć, oprócz niezachwianej podstawy, czyli wewnętrznego silnego poczucia kierunku rozwoju firmy, takiej długoterminowej wizji, dużo pokory wobec klienta, rynku, pracowników i technologii. Pokora dobre słowo,źle kojarzone w kontekście twardych realiów biznesu, ale fakty są takie, że obecnie szefom silnie zorientowanym na pieniądz i forsującym własną osobowość, biznes potyka się na zewnętrznych uwarunkowaniach. Łatwo przegapić właściwy moment i miejsce na wprowadzenie odpowiednich zmian – i już jest za późno, właśnie wypadliśmy z zawodów. Zwłaszcza w branży FMCG, a tu właśnie działa Dakoma, sprawy podlegają nieustannym zmianom i mam wrażenie, że nasza praca (firmę prowadzimy z mężem) to sztuka tworzenia organizacji samouczącej się ciągłych zmian.

Co Pani czuła, słysząc, że to właśnie Pani otrzymuje tytuł Bizneswoman roku 2014?

– Z tymi uczuciami to u kobiet podobno nie jest prosta sprawa (śmiech). Ucieszyłam się. Każdy by się cieszył. W końcu obok mnie stała wieloletnia ikona wiązowskiego biznesu – Pani Małgosia Kupiszewska. Ale jednak trochę mieszane były te uczucia. Z jednej strony człowiek został zupełnie niespodziewanie uhonorowany, zauważony, doceniony i to lokalnie, co dla mnie jest bardzo ważnym momentem, ze względu na Dakomę, ale również osobiście. Z drugiej – no cóż, łyżka dziegciu, poczułam się „tylko” kobietą, choć daleko mi do wojującego feminizmu. Stąd mój komentarz przy odbiorze statuetki, za którą jestem ogromnie wdzięczna. Pytanie, dlaczego kobieta w biznesie często nie jest traktowana w tej samej kategorii co mężczyzna, to pytanie bolesne – musimy mieć własną kategorię, aby się nie okazało przypadkiem, że gdzieś wygrywamy z mężczyznami, czy też tak nam do Was, Panowie daleko, że boicie się, abyśmy nie poczuły się niezauważone, bo szans na równą rywalizację nie mamy?

Od kiedy działa firma Dakoma? Wiązowna to dobre miejsce na jej prowadzenie?

– Do Wiązowny zawitaliśmy dzięki rodzinie męża, która tu mieszka. I bardzo sobie to miejsce chwalimy. Firma miała siedzibę początkowo w Warszawie, od 1996 do 2000 roku, ale musieliśmy znaleźć miejsce na rozwój i Wiązowna okazała się trafnym wyborem.

Mają już Państwo kilka tysięcy odbiorców hurtowych Państwa produktu, co spowodowało sukces firmy? Dobry produkt, umiejętności zarządzania, czy talent logistyczny?

– Jest kilka fajnych cytatów, które chowam na taką okoliczność, ale najpierw moje zastrzeżenie. Nie lubię słowa sukces, bo to bardzo iluzoryczny stan i właściwie nie ma człowieka który by go w pełni zdefiniował. A już na pewno w biznesie. Firmy osiągają coś niby jak sukces, koledzy z branży patrzą z zazdrością, a następnego dnia trzeba ogłosić upadłość. Nie ma sukcesu w biznesie, bo każde jutro jest wyzwaniem. Dlatego pewnie najbardziej przystający do sytuacji będzie Henry Ford, on patronuje wielu ludziom biznesu: „Połączenie sił to początek, pozostanie razem to postęp, wspólna praca to sukces.” No nic dodać, nic ująć. Żadne talenty ani umiejętności tego nie zastąpią, a produkt jest dziełem wielu rąk.

„Dawać, to nie znaczy tracić”- czy myśl autora „Małego księcia” znajduje swój wyraz w Pani podejściu do życia?

– Powiem więcej, cała sztuka to dawać, tylko tak dawać, aby to dawanie mnożyło a nie dzieliło. Matematyka współczesnego małego i średniego biznesu. Duże firmy mają inne realia, tam liczy się zera na kontach i w księgach, niestety kierunek wyznacza pieniądz. Jest oczywiście też czym się dzielić. Mało kto z nieprowadzących własnej działalności rozumie różnicę, ba, przepaść, pomiędzy MŚP a wielkim biznesem, zwłaszcza tym międzynarodowym. Jest taki moment w życiu przedsiębiorcy, że zaczyna się „wychodzić na swoje” ogólnie rzecz ujmując. Decyzja co z tym fantem zrobić opiera się już o światopogląd i wartości oczywiście. Nasze doświadczenie i w działalności i w życiu mówi nam jednak, że to, co dzielisz, wraca do ciebie pomnożone i to czasem zakrawa niemal na cudowne rozmnożenie. No cóż, nie wchodząc w dociekania metafizyczne, staram się nie uciszać sumienia dawaniem jałmużny tylko dzielić się tym, co mam w sposób przemyślany.

Jakim pasjom poświęca Pani swój cenny czas pomiędzy obowiązkami gospodyni a byciem szefem?

– Mamy troje dzieci, najstarszy syn wylatuje już z gniazda, ale najmłodsza córeczka dopiero idzie do szkoły, więc zajęć domowych jest wciąż dużo. Niemniej mam i prywatne pasje, jak wielu przedsiębiorców – kreatywna dusza spać nie daje więc wciąż się rozwijam na kilku polach. Po urodzeniu córeczki zrealizowałam marzenie z młodości, uczęszczałam do bardzo dobrej szkoły, gdzie nauczono mnie porządnie rozumieć przestrzeń i rysować proste linie, a że zawsze uwielbiałam wszelkiego rodzaju aktywność plastyczną, więc staram się to rozwijać. Uprawiam sporty, bo to wspiera zdrowie i dobre samopoczucie. Podnoszę również średnią czytelnictwa w Polsce, przy czym moje gusta czytelnicze, zmniejszają udział literatury pięknej klasycznej, która kiedyś dominowała na moich półkach, na rzecz różnego rodzaju dzienników, wywiadów, biografii i literatury popularnonaukowej. No, nie odżegnam się od porządnego kryminału, ale tu mam wyśrubowane standardy. Niestety doba ma 24 godziny, dlatego wraz z rodziną zdecydowaliśmy o pewnych drastycznych cięciach organizacyjnych i jakieś trzy lata temu pozbyliśmy się kabla telewizyjnego. Wszystkim to odpowiada. O pasjach prywatnych można by tak jeszcze długo…

 

Pozwoliłaby Pani swoim dzieciom wyjechać na obczyznę? Opuścić rodzinne gniazdo? Wynarodowić w III pokoleniu?

– Jesteśmy rodzicam,i którzy nie zabraniają podejmowania własnych decyzji dorastającym dzieciom. Wspieramy je bezwarunkowo, nawet gdybym musiała się z czymś takim zmierzyć. Tyle ,że mam w bliskiej rodzinie emigrancki przykład i naszym dzieciom wyraźnie nie spieszy się do powielania tego modelu. To smutne i trudne życie, pozbawione emocjonalnych więzów z otaczającą kulturą, z dala od rodziny. Żadne pieniądze tego nie rekompensują, żaden „dobrobyt”. Nawet jeśli emigracja nie zawsze znaczy wynarodowienie w III pokoleniu. Ostatnio średni syn był na międzynarodowym kursie w Opolu, gdzie mieszkał z rówieśnikiem z Niemiec. Syn i wnuk polskich emigrantów do Niemiec. Chłopak kiepsko władał polszczyzną, rozmawiali po angielsku, ale ostro walczył o własną polskość, o jej uznanie przez kolegę – Polaka, o polską wersję historii w swojej niemieckiej szkole, o akceptację swoich narodowych korzeni przez własne środowisko. Może europeizacja pracy jest przyszłością naszego kontynentu, ale nie koniecznie utrata więzi narodowych. Gdyby wszyscy emigranci zarobkowi tak dbali o kultywowanie swojej polskości, wpajali dzieciom wagę korzeni, naszą prawdę historyczną, myślę, że bardzo dużo dobrego mogliby zrobić dla naszego kraju, a na pewno więcej niż siedząc tutaj i narzekając.

Miliony wykształconych Polaków, wyjechały z kraju „za chlebem”. Umiałaby Pani ich zatrzymać? Podałaby Pani przepis na powstrzymanie exodusu?

– No chyba nikt nie umie tego powstrzymać. To niedobre zjawisko, ale należy na nie patrzeć z różnych punktów widzenia. Szkoda przede wszystkim ludzi wykształconych, którzy z wieloletniej edukacji publicznej zrobią użytek w krajach, gdzie musieliby za nią zapłacić grube pieniądze. Wysoki poziom szkolnictwa publicznego to raczej rzadkość w Europie, o czym wiem również dzięki prywatnym doświadczeniom. Szkoda też, z socjologicznego punktu widzenia, młodych ludzi, którzy dzieci będą mieli za granicą – i tam przyczynią się do wzrostu naturalnego. No i być może największa szkoda to ta wyrządzona ogólnej opinii Polaków o sobie samym jako narodzie „zmuszonym” do emigracji zarobkowej. To nieprawda, ale to pokłos tej naszej zrzędliwej natury narodowej, z którą na łonie rodziny czy przyjaciół walczę w nieprzejednany sposób. Szczęście jest zawsze gdzie indziej, komu innemu wiatr wieje w plecy, kiedy indziej być może, by się udało. Tymczasem rozejrzyjmy się wokół, jak wiele dobra się staje choćby w naszej gminie. Spójrzmy na zmiany w infrastrukturze sportowej, na Advit, na fundację „Jesteśmy”, to są pola, które ciężka orka ludzi nie patrzących na przeszkody, tylko poza nie, prowadzi bezustannie naprzód. Ile firm się rozwija, ile mamy pomysłów sukcesów w skali kraju, to się samo nie robi, a więc jakoś się da.

Pani Moniko, zatem za rok startuje Pani w kategorii „Filantrop” w myśl słów: „Dawać to nie znaczy tracić”. Dzisiaj obdarowała mnie Pani optymizmem i wiarą, że wszystko przede mną. Dziękuję za rozmowę.

Foto: Małgorzata Sosnowska/Fotografia – usługi w pełnym zakresie