Pianista Światosław Richter i wiolonczelista Mścisław Rostropowicz należeli do czołówki najwybitniejszych intepretatorów muzyki klasycznej w sowieckiej Rosji. Znani z nagrań dla wytwórni Melodia, której niezwykle trzeszczące krążki warte były cierpienia dla niezwykłych interpretacji, grywali też często razem koncerty w bliższych i dalszych prowincjach ZSRR. Dla wielbicieli stanowili wielką atrakcję sezonu zaś dla pozostałych uczestnictwo w takich wydarzeniach, często obowiązkowe, miało smak niezasłużonej kary. Aż któregoś razu…artyści po przybyciu do lokalnej świetlicy stwierdzili, że mimo ustaleń na scenie nie ma fortepianu. Kierownik placówki nie potrafił pomóc. Fortepianu nie miał, pianina także. I nic załatwić już nie mógł. Sytuacja beznadziejna. Ale że miny muzyków groziły partyjnymi konsekwencjami, nagle o czymś sobie przypomniał.

Poszperał i przyniósł im z magazynu starą, wysłużoną… harmoszkę! Miała przecież guziki, czy tę tam – klawiaturę. Kierownik się na tym dobrze nie znał. Muzykom zrzedły miny. Zaplanowani na koncert Szostakowicz i Brahms zapewne pukali się, podobnie jak nasi muzycy, w głowę. Rostropowicz wpadł jednak na dziki pomysł.

– Spokojnie Światosław, zagramy. Usiądziesz sobie za mną z tą harmoszką i będziesz nią dmuchał, ile się da, byle rytmicznie, a ja z przodu zrobię na wiolonczeli całą muzykę. Tutaj nikt się pozna, i tak mają nas za jakichś cudaków. Poszalejemy i skończymy wcześniej.

Richter wątpił w powodzenie. Ale co mieli zrobić? Tak wrócić po prostu nie mogli. Partia dawała, partia rozliczała.

Jak ustalili, tak zrobili. Po głębokim ukłonie do wypełnionej po brzegi publicznością sali świetlicy, z marsowymi minami, rozpoczęli walkę. Nie wiadomo, czy któryś współczesny kompozytor przyznałby się do tego, co wykonywali. Richter, podnosząc tumany kurzu i skrzypiąc niemiłosiernie dziurawą harmoszką w duecie z szalejącym z przodu na wiolonczeli Rostropowiczem, ale mniejsza o to. Publiczność oniemiała, z podziwem śledząc ich występ. To było absolutnie niecodzienne! I wtem, po dobrych dwudziestu minutach wojny i pokoju, z pierwszych rzędów powstał człowieczek w kufajce, zbliżył chwiejnie się do rozhuśtanego wiolonczelisty i głośno, przerywając mu występ, jak nie ryknie:

– Obywatelu artysto! Dość już katowania nas kakafonią na tym powgniatanym pudle! Wystarczy, chwatit!

Rostropowicz zbladł, Richter zakrztusił się kurzem, gdzieś po sali potoczyła się upuszczona flaszka, a człowieczek ryczał dalej:

– Bo ten z tyłu obywatel artysta tak się stara i pięknie gra na tej starej harmoszce a Wy go zupełnie zagłuszacie! Dalibyście nam posłuchać prawdziwej muzyki…!

Więcej o przebiegu tego koncertu nie wiadomo. Minęło ponad pół wieku. W publicznej instytucji oświatowej dużego miasta Nadrenii prowadziłem kurs gry na fortepianie. Ku memu zdumieniu w sali nie było jednak żadnego instrumentu. Pusto! W trakcie telefonicznej utarczki z administracją spytałem, czy mam zacząć tańczyć, żeby czymś zająć kursantów. Wówczas, niechętnie, ale przysłano mi z pomocą wesołej osobistości stare rozklekotane e-pianino, z końca XX wieku. To już coś… ale pulpitu na nuty do niego nie było, bo „nie wrócił z naprawy”. W zastępstwie otrzymałem, z kanciapy dla plastyków… małą płytkę pilśniową, kamień i brzozowy pniaczek. Liczyłem choć na sztalugi, ale i ich nie było. Czyżby malowano na ścianach? Osobistość oparła płytkę o pniaczek, podłożyła z przodu kamień i…już miałem pulpit!

– Między nami, jaskiniowcami – pomyślałem! Miny kursantów odpowiadały sytuacji, ale gdy orzekłem, że to najlepszy instrument w szkole i mogłoby być gorzej, nie protestowali. W trakcie zajęć pedał od e-piano jeździł po ziemi, płytka chwiała się niebezpiecznie pod nutami. Kamień w końcu spadł, ale nie trafił nikogo w nogę. Kursanci wyszli nawet zadowoleni. W formularzu wpisałem, że instrumentarium pozostawia nieco do życzenia…

Może ten pulpit kiedyś naprawią albo przynajmniej… nie zgubią kamienia? A może i tutaj przydałaby się bardziej ta stara harmoszka?

 

Tomasz Trzciński, pianista, dyrygent i kompozytor, http://tomasz-trzcinski.info