Na wstępie chcę podkreślić, że i z racji mego wieku wykształcenia i miejsc pracy miałem dużo informacji o przygotowaniach do stanu wojennego, a podkreślę, że m.in. skończyłem 2-letnia szkołę kadry kierowniczej służby więziennej i kilka lat pracowałem w SW (rzuciłem te pracę jak zobaczyłem sadystę inspektora SW przypalającego papierosem więźnia w OZ w Koszalinie, pracowałem w „kw” SB w Koszalinie (wyrzucono mnie w okresie wstępnym), byłem też oficerem w LWP z którego wyrzucono mnie (o czym pisałem wiele razy i na www.pressmania.pl) można przeczytać. Z racji prac, studiów i prywatnych kontaktów miałem dużo informacji, bo nie wszyscy wiedzieli, że bardzo krytykowałem zbrodniarza Jaruzelskiego i widziałem też różne spec. dokumenty, ale ten materiał mam z internetu i myślę, że jego autor nie będzie miał do mnie żalu, że z szacunkiem dla niego cenię jego charakter i tekst!
Franciszek Krzysiak

Nie brak w tym życiorysie również wielu białych plam i wytworów chorej fantazji zdrajcy narodu i „bohatera”… A to dlatego, że są epizody w życiu naszego „ wyzwoliciela ”, których ani on sam ani jego etatowi kronikarze dotykać nie chcą za żadna cenę. Przyczyna jest prosta. Niektórych faktów nie można wykręcić nawet najbardziej aroganckim kłamstwem. Oczywiście te z pozoru puste miejsca wypełniały w rzeczywistości wydarzenia lub postawy najczęściej na tyle ohydne, że ich opowiadanie jest dziś niemile widziane.

Życiorys wodza pełen jest zdrady. Zdrady małej i wielkiej. Z reguły im większą pozycję zdobywał tym większej dopuszczał się zdrady. Zaczynał już z początkiem zawodowej kariery, kiedy w małym przedsiębiorstwie rolniczym donosił milicji na swoich kolegów pod płaszczykiem walki z kradzieżami.

W wojsku donosił na kolegów żołnierzy do WSW. W grudniu 1970 zdradzał swych stoczniowych kolegów oddając ich w łapy bezpieki. W stoczni wybrany społecznym inspektorem pracy zdradzał pokrzywdzonych, których miał bronić stając zawsze po stronie dyrekcji.

W Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża zdradzał swych kolegów kłamiąc i manipulując, a kiedy zorganizowali sierpniowy strajk zdradził ich, rozbijając go dwa dni później. W Solidarności zdradzał nie tylko statut Związku, ale ludzi, którzy ten związek tworzyli. Wyrzucał z niego WZZtowców, a kiedy zwykła prowokacja nie wystarczyła organizował bojówki by ich napaść w siedzibie związku, którego miał być obrońcą. Jednak największej zdrady dopuścił się podczas ponurych dni stanu wojennego. Późniejsza zdrada przy okrągłym stole była już tylko konsekwencją wyboru dokonanego w tamtym czasie. Zdrada w okolicznościach zwyczajnej codzienności może mieć wiele odcieni i podlegać różnym interpretacjom. Ocena zdrady podczas wojny, nawet tej prowadzonej z własnym społeczeństwem, jest już dużo mniej elastyczna.

Nie może więc dziwić, że Lech Wałęsa unika opowieści o swoich zachowaniach i decyzjach z okresu stanu wojennego. Całkowitym zaś milczeniem okrywa pierwsze chwile tamtych dni. I nie ma w tym żadnego przypadku, bo kiedy przyjrzymy się zachowaniu wodza w tamtym czasie, ukaże się nam zdrajca i zdrada wielokrotnie bardziej ohydna niż te wszystkie, które wypełniają cały jego życiorys.

O tym, że władze komunistyczne szykowały rozprawę z Solidarnością i społeczeństwem wiedziano już od połowy 1981 roku. Już późną wiosną krążyła w Związku lista osób przeznaczonych do aresztowania. Zamiast określenia – stan wojenny, używano terminu – stan wyjątkowy. Jedni nawoływali do przygotowań inni przekonywali, że jest to tylko próba przestraszenia kierownictwa Solidarności i wymuszenia przyjęcia ugodowej postawy wobec rządzącej partii. Nikt trzeźwo myślący nie miał jednak wątpliwości, że konfrontacja była już tylko kwestią czasu.

Po Wałęsowych czystkach wewnątrz Związku przewagę w ich władzach mieli wówczas zgromadzeni wokół niego „ działacze ”, którym wydawało się, że chodząc na klęczkach wymodlą łaskę komunistycznych władz. Wielu z tych ludzi obnosi się dziś z etykietą byłych opozycjonistów pośród ścian różnych rządowych pałaców i urzędów.

Dzisiejsza propaganda robi co może by przekonać nas, że elementem, który tłumaczyć ma tamtejsze postawy Wałęsy i jego ludzi był brak wiedzy o planach bandyckiego ataku na społeczeństwo. Prawda jest jednak nieco inna i zdecydowanie dla wodza niekorzystna.

Wałęsa nie tylko wiedział, że atak nastąpi, ale również wiedział kiedy!

Wódz posiadał informacje ze wszystkich możliwych źródeł. Po latach o przekazywaniu Wałęsie informacji o szczegółach planu wprowadzenia stanu wojennego opowiadali wysoko postawieni funkcjonariusze PZPR. Te same wiadomości otrzymał z wielu innych źródeł, w tym od władz kościelnych.

W swojej książce: „Lech Wałęsa: idea i historia ”, Paweł Zyzak przytacza wypowiedź byłego działacza PAX i doradcy Kościoła, Andrzeja Micewskiego:

„ … byłem człowiekiem, który na jakieś trzy tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego dowiedział się, że coś podobnego może nastąpić i oczywiście w nocy pojechałem do prymasa i go o tym zawiadomiłem. Spowodowało to serię rozmów ks. Prymasa – w niektórych uczestniczyłem, w niektórych nie uczestniczyłem – z p. Wałęsą, doradcami i kierownictwem Solidarności ”.

Paweł Zyzak przypomina, że takie rozmowy odbyły się 5, 7 i 9 grudnia.

Informacje o planowanym stanie wojennym docierały do Wałęsy również poprzez działaczy opozycji, którzy otrzymali je z przecieków bezpieki. We wspomnianej książce P. Zyzaka znajdujemy informację o tym, że związany z opozycją kapitan bezpieki Adam Hodysz powiadomił Aleksandra Halla o planowanej na 12 grudnia dużej operacji milicji i bezpieki. Hall opowiadał później, że powiadamiał o tym Wałęsę kilkakrotnie.

Nawet gdyby ktoś zapragnął wbrew prawdzie i rozsądkowi podważać te fakty, to w żaden sposób nie można zaprzeczyć temu co miało miejsce już w nocy z 12 na 13 grudnia. Młodzi pracownicy MKZu Gdańskiego Solidarności w tym działacze RMP, zorganizowali punkty obserwacyjne w okolicach koszar milicji i siedziby bezpieki. Już wieczorem przekazywali informacje o tym, że właśnie zaczyna się atak na społeczeństwo. Informacje te przekazywano Wałęsie. A.Hall dostarczył taką wiadomość bezpośrednio Wałęsie jeszcze przed północą pojawiając się na sali obrad KK Solidarności w Stoczni Gdańskiej.

I tu ujawnia się obrzydliwość Wałęsowej zdrady. Zdrady ohydnej bo wykalkulowanej i przemyślanej. Oto mamy sytuację, w której szef dziesięciomilionowego związku wiedząc o planach komunistycznych władz rozprawy nie tylko ze związkiem ale z całym społeczeństwem, podejmuje świadomą decyzję współpracy z tymi oprawcami narodu i postanawia zatrzymać tę informację dla siebie. Zdrada jest wyjątkowo odrażająca również dlatego że nie dopuszcza się jej szeregowy członek związku, lecz jego przywódca świadomie oddający w łapy bezpieki całą organizację, której przysięgał służyć i którą miał bronić.

Jak inaczej określić wszystkie następujące decyzje i zachowania Wałęsy? Nawet jeżeli weżniemy pod uwagę znane dziś fakty z życiorysu wodza, świadczące o wrodzonym strachu i powodowanym nim braku moralnych hamulców, to w tym wypadku nie ma usprawiedliwienia dla jego haniebnej postawy.

Wałęsa wiedząc o nadchodzącej napaści nie odwołuje obrad Komisji Krajowej Solidarności. Wręcz przeciwnie, upewnia się, że zjawiają się w stoczni wszyscy przywódcy regionów. W ten sposób sprowadza w jedno miejsce całe kierownictwo Związku, dokładnie na czas planowanego ataku bezpieki. Ułatwia jej tym samym pozbawienie Solidarności przywództwa w tym przełomowym momencie i tym samym uniemożliwia szybkie i skuteczne zorganizowanie jakiejkolwiek obrony.

Przypomnijmy jak wyglądała noc z 12 na 13 grudnia w Gdańsku. Do stoczni zjeżdżają przywódcy Komisji Regionów Solidarności. Wałęsa wie, że za chwilę zmieni się całkowicie los nie tylko tych zgromadzonych na sali ludzi, ale na zawsze rzeczywistość całego kraju. Jak wspominają świadkowie jest on jak nigdy przedtem małomowny i większość czasu spokojnie pali swoją ulubioną fajkę. Sytuacja była wręcz surrealistyczna. Podczas gdy na ulicach zaczynały się aresztowania na sali pod bacznym okiem wodza omawiano bieżące sprawy związku.

Andrzej Gwiazda tak wspomina tą sytuację:

„Kilkakrotnie zgłaszałem propozycję zmiany porządku obrad – zajęcie się tylko dwoma sprawami: reakcją związku na planowane podwyżki cen i przygotowanie do stanu wyjątkowego. ( ! ) Ostatnia uchwała Komisji Krajowej dotyczyła siatki płac dla pracowników biurowych. ( ?! )”

W międzyczasie na sali pojawił się Aleksander Hall i poinformował Wałęsę o rozpoczynającej się na ulicach Gdańska wojnie. Wódz doskonale o tym wiedział. Przyjął informację z całym spokojem i zatrzymując ją dla siebie, dalej odgrywał swój teatr zdrady. Pozwalał na zabawę w obrady wiedząc doskonale, że w całym kraju więzienia zaczynały zapełniać się ludźmi, którzy mu zaufali.

Około godziny pierwszej w nocy Lech Wałęsa wracał do domu wieziony służbowym samochodem przez swojego esbeckiego kierowcę. Przez całe lata zastanawiałem się jak ta jego podróż ulicami Gdańska mogła wyglądać. Tak się złożyło, że w tym samym czasie wraz z przyjaciółmi ja również przemierzałem ulice tego miasta, próbując ratować związkowych przyjaciół od aresztowania. Zrządzeniem losu stałem się świadkiem napaści oddziałów ZOMO na siedzibę Gdańskiej Solidarności. Tej samej, w której jeszcze kilka godzin wcześniej siedział za wielkim biurkiem „bohaterski” Lech. Oglądałem będąca już w pełnym rozpędzie nie wypowiedzianą wojnę. Wielu rodaków siedziało już zdezorientowanych w zimnych celach więzień. Wiele rodzin zdążyło już doświadczyć wizyty bezpieki. Na drogach całego kraju esbeckie samochody wiozły skutych kajdanami niewinnych ludzi. Na gdańskim dworcu i w gdańskich hotelach aresztowano właśnie przywódców Solidarności. Brakowało tylko tego, który zdradził.

Tymczasem on sam najspokojniej w świecie wracał swym samochodem do domu na Zaspie. Którędy jechał, że nie widział rozbitej siedziby własnego związku ? Jak to się stało, że nie widział zomowskich kolumn wypełniających ulice miasta ? Jak mógł nie dostrzec tego wszystkiego co widzieliśmy my ?

Oczywiście są to pytania czysto retoryczne gdyż on nie tylko doskonale wiedział co się dzieje, ale też dawno już podjął decyzję po której stronie barykady stanie tej nocy. Kiedy dotarł do domu w jego mieszkaniu pojawili się działacze RMP. Zaniepokojeni zdawali relację o wszystkim co działo się w tym czasie w trójmieście. Wałęsa wysłuchał ich z całym spokojem, po czym najspokojniej w świecie położył się spać (sic!). Przyznał się do tego w późniejszych wspomnieniach.

Nie trzeba przypominać, że w czasie kiedy wódz spał w najlepsze z całą świadomością tego co działo się na zewnątrz, bezpieka kontynuowała wyrywanie z łóżek tysiące zdradzonych przez niego Polaków.

Dopiero około godziny drugiej naszemu „ dzielnemu ” przywódcy przerwano „zasłużony odpoczynek”. Nie była to jednak brutalna akcja ZOMO czy bezpieki. Nie wyłamano drzwi i nie wywleczono naszego „ symbolu oporu ” w kajdanach na trzaskający mróz. W mieszkaniu Wałęsy pojawili się wojewoda Gdańska Jerzy Kołodziejski i pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego Tadeusz Fiszbach.

Gospodarz został zaproszony na rozmowy do Warszawy w charakterze gościa tych, którzy właśnie rozprawiali się z Polską i Polakami. Wałęsa nie odmówił aby w konsekwencji zostać ewentualnie internowanym jak wszyscy inni przywódcy związku. Został za to przewieziony luksusowym samolotem. Dopiero po kilku dniach zamieniono mu status gościa na internowanego. Ta decyzja wcale nie była od początku taka oczywista. Paweł Zyzak w swej książce pisze o tym : „ Postanowił lub został przekonany, gdyż wahał się, że powinien zostać internowany razem z innymi działaczami. Oczywiście w przypadku Wałęsy „ razem z innymi działaczami ” oznaczało gościnę w należącym do partii luksusowym ośrodku wczasowym w Arłamowie. „ Okropne ” warunki w jakich się znalazł zapewniały wygodny pokój. Pozwalały na nieograniczone wizyty rodziny i znajomych. Zapewniały wyszukane wyżywienie i stałe dostawy alkoholu. Nie mówiąc już o rozrywkach wszelkiego typu.

Spotkałem się kiedyś z argumentem, że miejsce jego odosobnienia nie zależało od niego. Oczywiście nie jest to prawda, bo gdyby Wałęsa nie zdradził i nie stanął po stronie komunistycznych oprawców to takie traktowanie nie stało by się jego udziałem. Znalazł by się wówczas tam gdzie być powinien – pośród innych związkowych działaczy, a gdyby nie był tchórzem jakim był to znalazł by się w podziemiu, organizując właściwy społeczny opór, do czego był zobowiązany.

Rzecz w tym, że Wałęsa ani razu nie zażądał aby umieszczono go tam gdzie siedzieli inni członkowie związku, któremu miał przewodzić. Nigdy nie zamierzał dzielić ich losu. Nie zainteresował się ich bezpieczeństwem. Nie odmówił dawanych mu luksusów. No, ale w końcu jeśli świadomie i z premedytacją skazał swych związkowych przyjaciół na taki los, to troska o nich byłaby raczej działaniem dziwnym. Można założyć, ze planował za kilka lat „ walczyć ” o jakiś pomnik upamiętniający tych ludzi, których sprzedał. W końcu zrobił to w stosunku do swoich stoczniowych kolegów, których wydał w ręce bezpieki po grudniu 1970.

Nawet przy największych chęciach trudno znaleźć wytłumaczenie, które mogłoby złagodzić obrzydzenie postawą Wałęsy. Nawet gdyby założyć, że bodźcem jego działania był zawsze u niego obecny strach , którego świadkiem byłem jeszcze w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, to nie może to być wytłumaczeniem dla tak ohydnej zdrady. Zwyczajnie dlatego, że jeżeli nawet wódz postanowił czekać na decyzję o swoim własnym losie, chowając się pod pierzyną, to miał on obowiązek zadbać o to, aby inni mogli bronić siebie i związku. Nie tylko nie zrobił tego, ale wręcz postarał się o to aby uniemożliwić innym takie działanie.

Co było potem również nie jest tajemnicą. Najpierw złożył komunistycznym władzom obietnicę lojalności, a następnie rozgościł się w najlepsze w ośrodku wczasowym swych dzisiejszych sojuszników. Kiedy już stamtąd wychodził, w rozmowie z bezpieką, której wcale nie musiał prowadzić, przypominał z wielkim zadowoleniem o swoich zasługach w wyrzucaniu z Solidarności wszystkich tych, którzy się bezpiece nie podobali m. in B. Borusewicza i A. Walentynowicz. Zanim przewieziono go z powrotem do jego ukochanego domowego łóżka złożył bezpiece kolejną obietnicę, że nie tylko sam nie podejmie żadnej działalności przeciwko komunistycznej władzy, ale też że zrobi wszystko by powstrzymać działalność innych. I chociaż zapomniał o obietnicy złożonej związkowcom kiedy zaufali mu powierzając funkcję szefa Solidarności , to jednak obietnicy złożonej komunistom dotrzymał.

Niedawno trafiłem na artykuł, w którym zawarta jest następująca informacja z roku 2010 :

„Dziennikarz AFP dodzwonił się do niego do Arłamowa, gdzie Wałęsa przebywa na urlopie i gdzie był internowany w 1981 r. po ogłoszeniu stanu wojennego przez rząd gen. Wojciecha Jaruzelskiego. ”

Wyobraziłem sobie te wszystkie traumatyczne przeżycia, które musiały stać się udziałem naszego wodza w czasach jego „internowania”. Pomyślałem natychmiast o tysiącach internowanych w stanie wojennym, którzy po latach idąc wzorem Wałęsy, zabierają rodzinę i wyjeżdżają na wczasy w więzieniu, w którym spędzili niegdyś tak niezapomniany czas i kiedy oni sami rozbijają namiot na więziennym spacerniku, dzieci beztrosko hulają po celi.

Pytam więc:
Kiedy wreszcie zaczniemy nazywać poczynania tego człowieka po imieniu?
Kiedy obrzydliwa zdrada przestanie być wybawieniem nas od jarzma komunizmu?

Autor: Lech Zborowski

PS.
Szanowni Czytelnicy dajcie to czytać tym, których wtedy nie było jeszcze na świecie, na chleb mówili „beb”, lub chodzili w krótkich spodenkach, a dziś są na wysokich stanowiskach!!!

Franciszek Krzysiak represjonowany już od 1979 roku!