,,Za głośno? Co jest za głośne? Tylko cisza. Cisza, w której się człowiek rozpada jak w próżni’’. Osobiste, pisane dla samej siebie ,,do szuflady’’ skrawki myśli i przeżyć po… /opublikowane za zgodą ich Autorki Mecenas Moniki Strus-Wołos… by uczcić pamięć tych, którzy odeszli/.

Sobota, 10 kwietnia 2010, godz. 9.00. Powoli zbieramy się na dzień otwarty do wymarzonego przez moją córkę warszawskiego liceum. Z przyzwyczajenia włączam komputer, sprawdzam pocztę i wiadomości. Na portalu Onet na pierwszym miejscu wiadomość „Katastrofa samolotu prezydenckiego”, ale nie napisano, jakiego państwa. Próbuję przeczytać tę wiadomość, ale strona nie otwiera się, jest zbyt przeciążona. Przerzucam się na Interię, tam pełniejsza informacja. Tak, to samolot naszego Prezydenta. Szybko włączam telewizor, na pasku biegnie ta sama wiadomość.

Zaraz, zaraz! Przecież miał lecieć ks. prof. Ryszard Rumianek, rektor UKSW, a nasz Przyjaciel. Mówił mi o tym zaledwie 3 dni temu, gdy byliśmy na Jego imieninach. Szybki telefon do Jego rodziny. „Czy Ksiądz był na pokładzie?” „Niestety tak. Modlimy się o cud.” Jestem jak porażona. Za chwilę przychodzi sms od kolegi-adwokata: „Nie wiesz czy Mikke poleciał?” O Boże! Nie wiem, ale On i Joanna (Agacka-Indecka prezes Naczelnej Rady Adwokackiej – przyp. red.) przecież także mieli być w Katyniu. Nerwowe telefony i sms-y do znajomych, i nasłuchiwanie wiadomości radiowych w samochodzie.

Przed godziną 11 pojawia się nadzieja, że Joanna poleciała z dziennikarzami, bo miała kłopoty z otrzymaniem rosyjskiej wizy (na Jej nieszczęście Kancelaria Prezydenta interweniowała i Asia dostała wizę w piątek wieczorem, jako ostatnia). Ale kilkanaście minut później w PR 1 odczytano listę pasażerów. Są wszyscy. I Ksiądz, i Staś (Mikke redaktor naczelny miesięcznika Palestra, wiceprzewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – przyp. red.), i Joasia oraz Ks. Andrzej Kwaśnik, mój katecheta z liceum. Umysł wypiera to. Niemożliwe. To jakiś nierealny żart!!! W liceum co chwilę zaglądamy do biblioteki, gdzie włączony jest telewizor. Płyną łzy, gdy pojawiają się bliskie nazwiska. Komórka się grzeje, wielu dzwoni do mnie, ja dzwonię do wielu. Może jednak ktoś wie lepiej, może oni nie polecieli?

W końcu telefon się rozładowuje.

Potem jedziemy do domu najbliższej rodziny Księdza Ryszarda. Zbiera się grono przyjaciół. O 15.00 w godzinie Miłosierdzia Bożego odmawiamy koronkę. Słowa „wieczny odpoczynek…” nie chcą przejść przez gardło. Siostra Księdza zastanawia się, którą sutannę zabrać, aby ubrać Zwłoki. Przebiega mi myśl, oby było to możliwe – nie wiadomo, w jakim stanie są ciała. Ale milczę.

Do późnych godzin nocnych oglądamy wszystkie możliwe programy informacyjne, podświadomie czekamy na cud. Dostaję dziesiątki sms-ów i maili z całej Europy. Pavel z Czech pisze: „Katyń jest dla Polski przeklęty. Jestem z wami.” Niespełna rok temu, gdy spotkaliśmy się w Budapeszcie, wieczorem na Górze Gellerta rozmawiałam z Pavlem o Katyniu, o tym czym to miejsce jest dla Polski.

Niedziela, rano wstaję i przez chwilę zaspany umysł podpowiada, że chyba była jakaś katastrofa… pewnie koszmarny sen… Niestety, po chwili wiem, że to się zdarzyło naprawdę. Godzina 11.50. Dostaję telefon od kol. adw. Krzysztofa Boszko, żeby powiadomić rodzinę Księdza o samolocie specjalnym do Moskwy w celu identyfikacji ciał. Muszą się spieszyć, aby zdążyć na 14.30 na Okęcie. Przekazanie im tej wiadomości było możliwe dzięki fantastycznej, nadzwyczajnej pracy Biura Naczelnej Rady Adwokackiej i Krzysztofa. Podpowiadam, aby rodzina zabrała szczoteczkę do zębów i grzebień Księdza, mogą się przydać do identyfikacji. Ale oni sami już to wiedzą. Tym samym samolotem lecą też rodziny Joanny i Stasia. Wieczorem dostaję z Moskwy sms od Pana Sławka – szwagra Księdza, że identyfikacja jutro rano po Mszy św.

W poniedziałek wracam z sądu położonego na końcu Polski. Już rano przed wyjazdem z hotelu zobaczyłam wiadomość w TVP, że Joannę udało się zidentyfikować. W samochodzie pod Poznaniem odbieram telefon od mojej przyjaciółki, że właśnie minister Kopacz przeczytała listę osób zidentyfikowanych i jest wśród nich Ksiądz. To jakaś ulga w tym bezmiarze nieszczęścia. Niestety Stasia nie ma na liście… Nie wracam do domu, tylko jadę prosto do Naczelnej Rady Adwokackiej na spotkanie poświęcone Ofiarom. Im bliżej ulicy Świętojerskiej, tym mi trudniej, jadę coraz wolniej. Gdy parkuję samochód, dostaję od mojej przyjaciółki Edyty z Warki mms ze zdjęciem wystawy katyńskiej pod kościołem Świętej Anny, na której wiszą już portrety Joasi i Stasia oraz informacją, że przyjechała do Warszawy wraz z dziećmi, aby zapalić tam znicz dla moich Przyjaciół. Pęka tama i płaczę. Przed wejściem do NRA dużo kwiatów i świec. Kiedy w czasie spotkania mówię o Joannie i Stasiu znów płyną łzy, bo jakże uwierzyć, że Ich już nie ma, skoro z obojgiem jeszcze w czwartek rozmawiałam, a energiczny głos Joasi z Jej ostatnią wiadomością nadal mam nagrany w poczcie głosowej?

Środa. Dziś wracają do Polski Ksiądz Ryszard, Joanna oraz 28 innych Ofiar. Przyjeżdżam na chwilę do NRA, aby spotkać się z dwoma koleżankami, które chcą pomóc. Ustalamy, że Aldonka zajmie się sprawami organizacji pomocy finansowej dla rodzin obojga adwokatów, a Magda już pracuje nad skrzyknięciem ludzi w celu pełnienia wart honorowych, gdy wrócą trumny. Zabieram na Okęcie sztandar Adwokatury Polskiej i togę adwokacką wraz z Wielką Odznaką „Adwokatura-Zasłużonym” na trumnę Joasi. Po drodze jeszcze spotkanie w Urzędzie Rady Ministrów koordynatorów ceremonii pogrzebowych z instytucji, które reprezentowały Ofiary.

O 15.00 wjeżdżamy na lotnisko wojskowe. Spotykam obydwie rodziny, znów płyną łzy, twarze ściągnięte bólem. Oprócz rodzin, Księdza wita troje prorektorów UKSW, a Joannę delegacja Naczelnej Rady Adwokackiej, wśród nich ja. Przynoszę z samochodu togę. Przed godziną 16.00 jesteśmy proszeni o wyjście na płytę lotniska, gdzie czeka już dwuszereg katafalków. Z daleka dostrzegam w powietrzu samolot. Mimo iż spiker ogłosił, że samolot już wylądował, ja widzę, że jest to szary samolot wojskowy, inny niż pasażerskie i kształtem, i kolorem. Samolot ląduje, a po chwili powoli wyłania się zza budynku. Rozgrywają się dramatyczne, rozdzierające serce sceny, które są zbyt osobiste dla rodzin, aby je opisywać. Kilka osób klęka, ktoś mdleje. Samolot zatrzymuje się w oddali, aby wysiadła część obsługi. Potem potężna maszyna powoli kołuje i zatrzymuje się blisko nas. Na ogonie ma flagę węgierską. Przypominam sobie, że kilka godzin po katastrofie, w sobotę wieczorem, dostałam od mojego węgierskiego przyjaciela Sandora (który przyjaźnił się z synem Jozsefa Antalla, słynnego w czasie wojny „Ojczulka Polaków”) przejmujący list kondolencyjny, który choć napisany w języku angielskim, zaczynał się po polsku: „Kochane polskie Bratanki!”. W Budapeszcie jest jedyny na świecie Plac Katyński. Bracia Węgrzy, teraz też jesteście z nami.

Powoli otwiera się rampa samolotu. Siedmioosobowa załoga wychodzi i ustawia się w szeregu. Będzie salutować każdej wynoszonej trumnie. Ciała wynoszone są w kolejności alfabetycznej. Nasza Joasia jest pierwsza. Zawsze była pierwsza! Orkiestra gra marsz żałobny Chopina. Przekazuję mamie Joanny togę i podchodzimy do samolotu. Żołnierze powoli niosą trumnę i składają na katafalku. Mąż składa na trumnie bukiet kwiatów, a mama troskliwie kładzie togę gestem, który przywodzi na myśl otulanie dziecka przed snem. Ileż razy robiła to, gdy Joasia była dzieckiem? Teraz otula córkę ostatni raz. Wynoszone są kolejne trumny.

Szwagier Księdza podchodzi do mnie i prosi, abym poszła z nimi, gdy Jego ciało będzie wynoszone. To dla mnie ogromny zaszczyt. Gdy idziemy za trumną Księdza, jakiś duchowny z innej rodziny żegna ją znakiem krzyża. Jakże wzrusza i dodaje sił taki gest. Klękamy przed trumną i jeszcze raz przebiega myśl, że to niemożliwe, to się nie stało! Mam przez chwilę wrażenie, że tylko oglądam jakiś dziwny film, bo przecież widziałam Księdza zdrowego i wesołego zaledwie kilka dni temu. Ból rozdziera serce. Wszyscy są głęboko poruszeni. Widzę, jak po twarzy jednego z żołnierzy pełniących nieruchomo wartę przy trumnach płyną łzy.

Krótkie przemówienie premiera Tuska i modlitwa ekumeniczna. I podjeżdża 30 karawanów. Formujemy długi kondukt eskortowany przez policję, jedziemy na Torwar. Przejazd w kondukcie był dla mnie bardzo trudnym przeżyciem. Prowadzę samochód, choć łzy płyną strumieniem. Morze ludzi na całej trasie. Trzymają znicze i flagi, a ulica dosłownie zasłana jest kwiatami, które rzucano na karawany. Starsza kobieta żegna znakiem krzyża każdy samochód, nie tylko karawany, ale i samochody bliskich Ofiar. Nasze spojrzenia spotykają się, z jej napiętej twarzy widać, że ze wszystkich sił chciałaby ulżyć nam w bólu. Mijamy grupę zakonnic, które trzymają różańce. Mijamy kobietę, która klęczy i inną, która ma ręce złożone i widać, że się modli. Ruch zamiera także na pasach w przeciwnym kierunku. Na twarzach widać smutek i współczucie. Ludzie nie przyszli tam z ciekawości. Jadąc w tym kondukcie mam pewność, że uczestniczę w historycznym wydarzeniu, o którym będą pamiętały następne pokolenia. Zaprawdę, Naród polski potrafi być wspaniały!

Niestety, nieliczni uczestnicy konduktu zaczynają nerwowo wyprzedzać, zajeżdżać drogę. Dokąd się tak spieszycie, moi mili? Wszyscy zdążymy. Pod Torwarem spotykamy kilkoro adwokatów. Choć wstęp do hali jest tylko dla najbliższych, obsługa wpuszcza ich, bo będą pełnić warty honorowe przy Joannie. Zabieram z samochodu sztandar Adwokatury Polskiej i wchodzimy na Torwar. W środku panuje półmrok, hala wyłożona ciemną wykładziną, a przez środek aż do stóp ołtarza biegnie czerwony dywan. Trybuny przykryto siatką maskującą. Słychać cichą muzykę organową. Stają dwa rzędy trumien. Wstrząsający widok. Obsługa zachowuje się dyskretnie i bardzo starają się być pomocni. Ktoś zadbał nawet o taki szczegół, aby w holu ustawić napoje i kanapki dla wyczerpanych rodzin. Rozpoczyna się Msza św. koncelebrowana przez kilku kapłanów. Codziennie przy trumnach odprawiano kilka Mszy świętych.

Jest późny wieczór, gdy wychodzę z Torwaru. Jadę pod NRA, skąd zabieram moją córkę, która przyjechała do Warszawy pociągiem, aby zapalić znicze przed Pałacem Prezydenckim i przed Naczelną Radą Adwokacką. Jedziemy jeszcze na Okęcie, aby w kościele przy ul. Hynka pomodlić się przy trumnie Księdza Ryszarda, wraz z Jego rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. Obecni są też studenci, pełnią warty honorowe. Przy trumnie stoi portret Księdza – uśmiechnięty, jak zawsze! Wracam do domu po północy, a jednak do rana nie mogę zasnąć.

W sobotę Msza św. na Pl. Piłsudskiego. Mamy spotkać się ok. 9.30 w MSWiA na ul. Batorego, aby stamtąd wraz z najbliższymi pojechać na Plac autokarami. Pracownicy opiekują się rodzinami dyskretnie, ale z sercem. Spotykam rodziny Księdza Ryszarda i Joasi, później także Staszka. Przed Mszą podprowadzam mamę Joasi do sztandaru Adwokatury. Widzę wzruszenie na twarzach kolegów stojących w poczcie. Siostra Księdza, pani Basia otoczona jest wiernymi przyjaciółmi. Tak bardzo chcielibyśmy wszyscy ulżyć im w bólu. Przed Mszą św. wyczytano nazwiska wszystkich Ofiar. Ich zdjęcia wiszą nad ołtarzem. Poruszające, osobiste przemówienie wygłasza pracownik Kancelarii Prezydenta. Gdy w czasie Mszy śpiewane są pieśni wielkanocne o zwycięstwie nad śmiercią, słychać, że cały plac śpiewa te słowa najmocniej, jak potrafi. Ludzie niemal wykrzykują kolejne wersy, tak jakby chcieli krzyknąć śmierci w twarz, że Bóg jest mocniejszy od niej. Przed nami siedzi jakaś rodzina, ubrana bardzo, bardzo skromniutko. W głowie kiełkuje mi myśl, aby zorganizować akcję nieodpłatnej pomocy prawnej adwokatury dla rodzin Ofiar. Joanna na pewno chciałaby tego.

Po uroczystościach wracamy na Batorego, a potem jedziemy do Naczelnej Rady Adwokackiej. Rodzina Joasi wyraziła życzenie, aby obejrzeć Jej gabinet. To bardzo trudna dla wszystkich chwila. Przy Jej biurku stoją jeszcze zakupy – ubrania dla córki Kasi. Idą także obejrzeć salę obrad i Jej miejsce pod sztandarem. Znów płyną łzy. Jakże ciężko musi im być stamtąd wychodzić ze świadomością, że to ostatni raz…

Potem jedziemy na Torwar. Modlimy się przy trumnie Joasi i Staszka, które stoją obok siebie. Adwokaci i aplikanci pełnią bez przerwy warty honorowe. Kiedy patrzę na młode twarze, na adwokatów stojących w togach i aplikantów z opaskami ze znakiem „Adwokatura Polska”, to wiem, że Adwokatura może być spokojna o swoją przyszłość. Sama niekiedy zastanawiałam się, czy młode pokolenie, zwłaszcza z dużych izb, nie jest dla sprawy Adwokatury stracone. Myślałam – większość z nich pewnie uważa samorząd za relikt przeszłości, nie interesuje ich tradycja, chcą tylko zarabiać. Jakże się myliłam. Na Torwarze zobaczyłam ludzi dumnych z przynależności do samorządu, poświęcających swój czas i wygodę, aby pełnić warty przy adwokatach, których nawet nie zawsze osobiście mogli poznać. Doskonale się zorganizowali. Przepraszam Was, młodzi przyjaciele. Wśród osób czekających na pełnienie warty widzę mojego znajomego adwokata – rodowitego Niemca, który jako pierwszy cudzoziemiec wpisał się na listę polskich adwokatów. Wzruszam się głęboko, że on, nie będąc z urodzenia Polakiem, uznał pełnienie warty za swój obowiązek. Witamy się serdecznie. Harald opowiada mi, że czyta właśnie książkę Stasia „Śpij mężny w Katyniu, Charkowie, Miednoje”.

W poniedziałek w Łodzi pogrzeb Joanny, pierwszej z trojga moich Przyjaciół. Zamawiam białe róże dla członków NRA, ustalamy, że będziemy w togach. Przed Mszą wartę honorową pełnią Ministrowie Kwiatkowski i Grabarczyk oraz wszyscy dziekani izb. Z chóru płynie przepiękny sopran Elżbiety Towarnickiej, znany z filmów Kieślowskiego. Po Mszy przemówienia, niektóre bardzo osobiste. Jakże nie płakać, kiedy starsza adwokat z Łodzi mówi: „Joasiu, dziecko drogie!” Przejazd na cmentarz. Zamknięto główne ulice Łodzi. Kondukt staje przed siedzibą Okręgowej Rady Adwokackiej, a z balkonu trębacz odgrywa rzewną pieśń. Na cmentarzu morze ludzi tak wielkie, że nie wszyscy zdołali wejść za bramę. Ceremoniał wojskowy. I nadchodzi chwila pożegnania. Wraz z trójką adwokatów rzucam białe róże na trumnę w grobie. To już naprawdę koniec Twojej drogi ziemskiej, Joanno?!

Jestem nieludzko zmęczona, ale już we wtorek rano mam na UKSW zdać egzaminy doktorskie z trzech przedmiotów. Planowałam, że intensywnie pouczę się w tygodniu poprzedzającym egzaminy, jednak stało się inaczej. Na szczęście jestem zbyt zmęczona, aby się denerwować. To Ksiądz Rektor Ryszard Rumianek namówił mnie na doktorat na Jego uczelni. Jeszcze nie tak dawno ponaglał mnie, bo chciał podpisać mój dyplom jako Rektor, a trwała już Jego druga kadencja. Jadąc na Bielany poprosiłam w modlitwie Księdza, aby mi pomógł. Wysłuchał, bo pytania mi przypasowały i poszło bardzo dobrze, a i komisja była życzliwa. Wracając do domu wstąpiłam pomodlić się na Torwar, bo była tam jeszcze trumna Stasia. Rozmawiam z młodymi aplikantkami, które pełnią dyżur przy stoliku w holu i znów serce mi rośnie. To śliczne dziewczyny, piękne nie tylko nieprzeciętną urodą, ale przede wszystkim piękne sercem. Już w domu jestem zła na siebie, że nie wpadłam na pomysł, aby kupić im coś do jedzenia, bo siedziały tam przecież wiele godzin w chłodnym pomieszczeniu.

Marzę o tym, aby pójść spać, ale zaraz po powrocie do domu dostałam telefon z prośbą, by zorganizować oprawę Mszy św., zamówionej przez Naczelną Radę Adwokacką, która będzie nazajutrz, w środę, odprawiona w intencji czworga adwokatów w Katedrze Polowej. Układam Modlitwę Wiernych, a jednocześnie myślę, komu przydzielić te wezwania, a komu czytanie przed Ewangelią. Oczywiście koniecznie powinni być też aplikanci, oni szczególnie się zasłużyli. Dzwonię więc „na stolik” na Torwarze do dyżurujących aplikantów. Przygotowuję słowa podziękowania w imieniu całej polskiej Adwokatury dla Nuncjusza Apostolskiego abpa Józefa Kowalczyka, a także dla Ministra Sprawiedliwości, który zapowiedział swoją obecność. Trzeba przyznać, że Pan Minister okazał nam ogromne ciepło i wsparcie w tych dniach. Na Mszy był nasz poczet sztandarowy.

W internecie pod informacją o pomocy dla rodzin Ofiar widzę wpisy pełne jadu i zawiści. Fora zapełniły się – dziwnym trafem – samymi sierotami, którym ktoś zginął w wypadkach, państwo im nie pomogło, a teraz muszą się utrzymywać z groszowych rent. Czy to ten sam wspaniały Naród, który ze współczuciem towarzyszył przed tygodniem konduktowi z lotniska na Torwar? Czy to ci sami ludzie?

Czwartek. Trudny dzień. Pogrzeb Księdza Rektora Rumianka. Jego drugą kadencję przerwała śmierć, ale zdołał on uczynić z UKSW jeden z najbardziej liczących się ośrodków naukowych w Polsce, będący konkurencją dla mojej Alma Mater – UW. Również strona inwestycyjna, zwłaszcza na kampusie przy Wóycickiego, robiona była z właściwym Księdzu rozmachem. Niedługo potem dowiaduję się, że kampus ten będzie nazwany Jego Imieniem. Zasłużył na to z pewnością.

Odbieram z kwiaciarni wiązankę. Napis na szarfie mógł być tylko jeden: „Księdzu Profesorowi, niezastąpionemu Przyjacielowi”. Po drodze w samochodzie w PR 1 słyszę wypowiedź Metropolity poznańskiego abpa Stanisława Gądeckiego, który był bliskim i wiernym przyjacielem Księdza. Metropolita powiedział, że Ksiądz Rumianek zawsze brzydził się fałszem i kłamstwem. Chyba celniej nie można było scharakteryzować Księdza. Rano pierwsza część uroczystości na terenie UKSW, w kościele przy Dewajtis. Od ul. Marymonckiej do budynku rektoratu biegnie droga przez Lasek Bielański. To prawie tysiąc metrów. Po skręcie z Marymonckiej ukazuje się widok zapierający dech w piersi: obie krawędzie całej tej drogi były ozdobione ustawionymi co kilkadziesiąt centymetrów zniczami i goździkami. Po prawej stronie lampki i goździki białe, po lewej czerwone. Płyną łzy wzruszenia. Pytam Panią Prorektor, kto to zrobił. Studenci. Znów muszę zweryfikować swoje „poglądy starszej pani na dzisiejszą młodzież”.

Ksiądz był uwielbiany przez studentów. Bardzo bezpośredni, niezbyt surowy, z ogromnym poczuciem humoru, pomagał wielu wyjść z opresji naukowych. Wśród studentów krążyło nawet powiedzenie: „Jeśli nikt ci nie pomoże, to Rumianek ci pomoże”. Uczestniczyłam kilka razy w różnych świętach uczelni, zawsze tłumnie przychodziła młodzież. Kiedyś wręczał dyplomy najlepszym studentom. Gdy wszyscy wrócili już na miejsca, dodał, że dyplomy są ważne, ale „proszę się także zgłosić po załącznik do kasy”, a cała sala się roześmiała. Taki był, nawet podczas wielkich uroczystości nie opuszczał Go humor.

Zgodnie z życzeniem rodziny, wraz z grupką przyjaciół Księdza zajmuję miejsce tuż przy trumnie. Chór UKSW śpiewa przejmująco. Przepiękną i mocną homilię wygłasza abp Gądecki. To były słowa prawdziwego przyjaciela, który znał nie tylko radości, ale i troski Zmarłego. Po Mszy św. przemawia m.in. Minister Kudrycka. Piękne przemówienie. Mówiła ona, że „na wiosnę w Polsce rozkwita taki piękny biały kwiatek ze złotym sercem – rumianek”. Wiele osób miało wiązanki złożone z rumianków. Wszędzie morze kwiatów.

Dzień był o wyjątkowo zmiennej pogodzie. Niebo zapłakało trzykrotnie: gdy trumnę Księdza wynoszono z kościoła na Dewajtis, gdy wnoszono ją do kościoła na Hynka i gdy zamknięto grób na cmentarzu. Przypadek? Może. Gdy trumna została wyniesiona z kościoła, studenci obrzucili ją żółtymi żonkilami. Za bramą formujemy niewielki kondukt kilku samochodów, który policja będzie eskortowała na ul. Hynka, gdzie odbędzie się druga – nieoficjalna część uroczystości pogrzebowych. Myślę, ile razy Magnificencja przejeżdżał tą drogą przez Lasek Bielański. Teraz pojedzie ostatni raz… Gdy jedziemy ulicami Warszawy, widzę jak starsze małżeństwo siedzące na przystanku wstaje na widok karawanu z eskortą policji. Piękny gest. Policja sprawnie przeprowadza nas przez Warszawę, mimo że droga wiedzie Wisłostradą, Doliną Służewiecką i ulicą Rzymowskiego – a więc głównymi arteriami. Niestety, dwa lub trzy razy zdarza się, że kierowcy trąbią ze złością lub próbują zajechać drogę samochodom jadącym za karawanem. Czy to ten sam Naród, który tydzień temu stał milczeniu na trasie konduktu? Myślę wtedy, że u mnie w małym miasteczku jest większy szacunek dla powagi śmierci. Nadal większość kierowców zatrzymuje się, gdy pieszy kondukt mija ich w drodze na cmentarz. To przecież tylko minuta-dwie refleksji nad kruchością życia.

Jesteśmy na Hynka. Mimo fatalnej pogody zarówno główny kościół, jak i kościół dolny, w którym ustawiono telebim, nabite są do ostatniego miejsca. Mszy św. przewodniczą biskupi Hoser i Gądecki. Mój Ojciec w przemówieniu wspomniał, że na ostatnich imieninach Księdza życzyliśmy Mu kolejnych 60 lat, nie wiedząc, że zostało Mu już tylko 60 godzin życia…

Potem jedziemy na cmentarz w Pyrach. Ksiądz w testamencie wyraził życzenie, aby tam spocząć w grobie rodzinnym. Znów ceremoniał wojskowy i znów morze ludzi i kwiatów. Cmentarz – jakby symbolicznie – znajduje się na torze południowego podejścia do lądowania Okęcia. Każdego dnia niziutko lecą tu setki lądujących samolotów. Dlaczego ten jeden nie mógł także bezpiecznie wylądować?

Mam w oczach uśmiechniętą twarz Księdza. Takim Go zapamiętam. Zaledwie trzy dni przed śmiercią rozmawialiśmy. Po części oficjalnej imienin miał zwyczaj zapraszać grono swoich przyjaciół, do którego też miałam zaszczyt należeć, na chwilę pogawędki w swoim gabinecie rektorskim. Powiedział wtedy patrząc na nas z uśmiechem: „Robi się ciepło, trzeba pomyśleć o rozpaleniu grilla”. Organizował kilka razy w roku takie spotkania z pomocą swojej ukochanej siostry Basi. Tak się cieszę, że składając Mu życzenia imieninowe trzy dni przed katastrofą powiedziałam: „Dziękuję Księdzu za przyjaźń”. Był wierny w swojej przyjaźni, zawsze, w sprawach wielkich i drobnych. Kilka lat temu mnie i grupie rodziców bardzo pomagał w sprawie dotyczącej małej, prowincjonalnej szkoły podstawowej. On – rektor potężnej uczelni, profesor, wybitny naukowiec, nie żałował czasu i angażowania swego autorytetu, aby pomóc maluczkim. Takich ludzi bezinteresownie życzliwych jest dziś mało. Na Jego pogrzeb przyjechała dyrektorka i rodzice z tej nieistniejącej już szkoły, w ten sposób chcieli wyrazić swą wdzięczność.

I jeszcze jedna cecha wyróżniająca Księdza. Nigdy nie zapominał o podziękowaniu. W sprawach prawnych obdarzał mnie zaufaniem i kilka razy zwracał się do mnie o rady. Za każdą, nawet najdrobniejszą poradę wylewnie dziękował, w sposób niewspółmierny do mojego wysiłku. Kilka dni po katastrofie miałam sen, który nie od razu odczytałam. Wtedy siostra Księdza bardzo potrzebowała pomocy w pewnej sprawie, a w tym śnie była wyraźna wskazówka – jak się potem okazało – skuteczna, co należy zrobić. Odczytuję to jako Jego ostatni znak zaufania do mnie, przekazany już stamtąd.

W związku z moim zawodem siostra Księdza przekazała mi oryginał Jego testamentu. Wzruszam się czytając ten własnoręczny dokument. Pewne sformułowania nasuwają skojarzenie z testamentem Jana Pawła II. Tak pisać mogą tylko ludzie wielcy i święci.

W piątek wieczorem jadę do Łodzi na nadzwyczajne posiedzenie plenarne NRA. W sobotę spotykamy się sali ORA na ulicy Piotrkowskiej. Są obecne rodziny Joanny i Staszka, jest także Minister Sprawiedliwości. Widać, że oddaje on hołd naszym adwokatom nie z obowiązku lecz ze szczerego serca. Trudno nie czuć wdzięczności.

Kolejny poniedziałek. Pogrzeb Stanisława Mikke. Znów tłum w Katedrze Polowej. Znów stawiła się cała Naczelna Rada Adwokacka w togach i z białymi różami. Znów był obecny Minister Kwiatkowski, który w osobistym przemówieniu powiedział, że zawdzięcza Staszkowi swoją drogę zawodową, choć sam o tym nie wiedział. Otóż dopiero niedawno dowiedział się, że Mikke był konsultantem filmu Kieślowskiego „Krótki film o zabijaniu”. Minister oglądał ten film jako nastolatek i było to tak głębokie przeżycie, że pod jego wpływem zdecydował się na studia prawnicze. Ja z kolei pomyślałam o naszej rozmowie podczas konferencji w Jałcie w 2008 roku. Stanisław opowiadał mi wtedy o swojej misji katyńskiej (Jego stryj był wywieziony na Wschód), o książce „Śpij mężny” i o pracach ekshumacyjnych, podczas których własnymi rękami wydobywał z grobów katyńskich czaszki. Przejeżdżamy na Powązki Wojskowe do kwatery grobów Ofiar katastrofy. Wstrząsający był widok morza kwiatów, z których wystawały tylko krzyże z tabliczkami.

W tych dniach bólu i żałoby spotykało się różne postawy ludzkie. Dość wspomnieć, że do kanclerza UKSW zgłosił się mężczyzna podający się za rodzonego brata Rektora. Gdzie są granice podłości ludzkiej? Czy to ten sam Naród…? Było też jednak wiele postaw budujących. Na pewno zdała egzamin młodzież adwokacka, na pewno też studenci UKSW czy życzliwi pracownicy Torwaru i MSWiA. Niezapomniane było skupienie tłumu stojącego na trasie przejazdu konduktu z Okęcia na Torwar.

Odszedł kwiat Narodu. Miałam szczęście, że takich ludzi spotkałam na swojej drodze. Czy czas uleczy rany?
———–
Pół roku później. Nadal mam w telefonie numery tych Trojga. Nie potrafię wykasować.

Autor: dr Monika Strus-Wołos
Adwokat, w latach 2007-2013 członek Naczelnej Rady Aadwokackiej.