Nie wiem, czy Państwo zauważyliście pewną prawidłowość. Otóż ilekroć ktoś z dziennikarzy umownie nazywanymi prawicowymi odważy się przypomnieć powiązania rodzinne kogokolwiek z wykreowanego przez gazetę wyborczą „establiszmętu” spotyka się z gromkim głosem krytyki zespolonej lewicy od nowoczesnej po partię „razem”. Do niedawna ten chór wujów powiększony był o tzw. media publiczne. Natomiast grzebanie w życiorysach osób obecnie znajdujących się u władzy jest jak najbardziej taktowne i POdyktowane troską o POlskę.

 

ambasador Schnepf

 

Dzisiaj do walczących z „prawicowym hejtem” dołączył ambasador (dlaczego jeszcze nie były?) w USA, Ryszard Schnepf.

Na łamach Jewish.pl pisze:

 

SCHNEPF, TY ŻYDOWSKA MORDO, WYNOCHA Z POLSKI” – to tylko jeden z kilkuset hejtów wywołanych kampanią pomówień, oszczerstw i kłamstw uruchomioną przez skrajnie prawicowe media przeciwko mnie, mojej żonie, dzieciom i rodzicom.

Autorzy doniesień, Dorota Kania, Ryszard Makowski i Cezary Gmyz nie oszczędzili nikogo, sięgnęli po absurdalne argumenty, a nawet sugerując, że nie jestem tym, kim jestem. W całej tej hecy przypominającej najgorsze momenty w przedwojennej i powojennej historii Polski idzie o odwołanie mnie z funkcji ambasadora w USA. Autorom nie wystarczył jednak argument niekompetencji czy zwykłej nieprzydatności. Sięgnęli do nazistowskiej tradycji oczerniania rodziny, grzebania w korzeniach, snucia przypuszczeń, sugerowania spisku. Nie wystarczy krytyka.

Trzeba skopać, opluć, upokorzyć. Fala antysemickich hejtów dotarła za ocean budząc konsternację, a przede wszystkim skutecznie burząc z mozołem budowany przeze mnie wizerunek Polski tolerancyjnej, bez rasizmu i antysemityzmu. Moim prześladowcom powiem tylko tyle: aby odwołać ambasadora nie trzeba rujnować opinii o własnym kraju. Na swoim posterunku pozostanę jak długo będę potrzebny. I ani dnia dłużej. (…)

11 marca 1968 r. na Krakowskim Przedmieściu zatrzymał mnie milicyjny patrol. Zomowcy odebrali mi legitymację szkolną, a następnie, w zaułku Domu bez Kantów, dali lekcję historii, skutecznie przekonując, że teraz mogą wszystko. Wyrazili głęboki żal, że „Hitler nie dokończył swego dzieła przerabiając Żydki na mydło”, a następnie sięgnęli po argumenty w postaci gumowych pał. Przypadkowi ludzie dowlekli mnie skatowanego do domu. Wraz z maturą otrzymałem wilczy bilet w postaci opinii potwierdzającej, że jestem „czynnikiem aspołecznym”.

W marcu 1980 grupa milicjantów wtargnęła na salę w budynku Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Browarnej, przerwała mój wykład do studentów Iberystyki, zakuła w kajdanki i osadziła na komendzie przy Jezuickiej. Postawiono mi zarzut szerzenia antyrządowej i antysystemowej propagandy przed zbliżającymi się wyborami do Sejmu. Już na wstępie jednak, szczery do bólu dyżurny sierżant przypomniał mi, że moje miejsce od dawna jest w Izraelu. Wyraził to w słowach, których przytoczenie byłoby nie na miejscu.

Epilog

Dziś autorzy kampanii nawiązują do tamtych wzorców. Szczują, grożą, prowokują. Nie, nie boję się o siebie. Nauczyłem się żyć na krawędzi. Boję się jednak o swoje dzieci, którym ktoś zapewne też powie kiedyś „wynocha!”.

Boję się o Polskę.

http://jewish.pl/pl/2016/04/02/marzec-najwyrazniej-nie-jest-dla-mnie-dobrym-miesiacem/

Faktycznie, trauma towarzysząca ambasadorowi była wielka. Oto w wieku lat 17 został pobity przez zomowców, wytykających mu jego niearyjskie pochodzenie. Jednak chyba z tą Polską nie było aż tak źle, skoro już 5 lat później (a zatem w terminie), i to mimo „wilczego biletu”, skończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, by w 1979 roku obronić z wynikiem pozytywnym pracę doktorską w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk. Już rok wcześniej związał się z Instytutem Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie był m.in. zastępcą kierownika.

Dziwnie to jakoś współbrzmi z opowieściami o „wilczym bilecie”, prawda?

Czyżby pan ambasador sugerował, że do Instytutu Iberystyki UW trafił za karę w ramach resocjalizacji ‘elementu aspołecznego’? 

Na nieszczęście pana ambasadora żyją ludzie pamiętający tamte czasy. Do pracy ze studentami nie dopuszczano byle kogo – potrzebny był pewien kręgosłup moralno- ideologiczny. Poza tym pan Ryszard Schnepf aby zostać doktorem musiał zdać wcześniej egzamin z filozofii marksistowskiej. Jak każdy doktor, nawet specjalista z zakresu matematyki stosowanej, astronomii czy nawet biologii.

Ba, do końca istnienia PRL asesor, nim został sędzią, musiał zaliczyć z wynikiem pozytywnym WUML (wieczorowy uniwersytet marksizmu – leninizmu).

Pan ambasador jednak bawi nas opowieścią o swoim męczeństwie sprzed prawie pół wieku licząc, że pokolenie dzisiejszych 30-latków nie ma pojęcia o siermiężnej rzeczywistości PRL.

Jeszcze dziwniej brzmią jego słowa o skrajnie prawicowych mediach; ich przedstawicielami zapewne mają być wymienieni w tym kontekście Dorota Kania, Ryszard Makowski Cezary Gmyz.

Nic dziwnego, że spotkał się z ripostą wywołanej do tablicy red. Kani:

kania_18

Ambasador Polski w USA Ryszard Schnepf w odpowiedzi na mój tekst pt. „Resortowy ambasador w Waszyngtonie” zaatakował „Gazetę Polską”, „Gazetę Polską Codziennie” oraz mnie osobiście pisząc o „wzorcach z 1968”. Zagrał antysemicka nutą, chociaż w tekście nie ma ani słowa na temat Żydów. Są natomiast informacje, że jego rodzice byli aktywnymi uczestnikami aparatu stalinowskiej represji – ojciec Maksymilian Sznepf był najpierw żołnierzem Armii Czerwonej, a później służył w wojskowej bezpiece. Brał udział w walce z antykomunistycznym podziemiem, uczestniczył m.in. w słynnej „obławie augustowskiej”, w której dowodził pododdziałem 1 Praskiego Pułku – polscy żołnierze działali razem z NKWD i UB. Jego bezpośrednimi przełożonymi w Zarządzie II Sztabu Generalnego byli funkcjonariusze GRU, którzy sporządzali dla Maksymiliana pisemne wytyczne. Z kolei matka Ryszarda Schnepfa, Alicja pracowała najpierw w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, a później w Służbie Bezpieczeństwa.

W tekście jest także opis kariery Ryszarda Schnepfa z jego pracą dla rządu Kazimierza Marcinkiewicza, wówczas premiera z PiS. Nigdzie, w żadnym akapicie ani zdaniu nie ma nawet cienia antysemityzmu. Nie przeszkadza to ambasadorowi Schnepfowi rzucać bezpodstawnych oskarżeń, odwoływać się do 1968 r., uderzać w wysokie nuty pisząc o swojej rodzinie. Zaatakował też innych prawicowych publicystów: Ryszarda Makowskiego i Cezarego Gmyza, przedstawiając ich (a także mnie) jako „skrajnie prawicowych publicystów”, którzy rzekomo mieli uruchomić „falę antysemickiego hejtu”.

Nic takiego nie zaobserwowałam, a metody, którymi posługuje się pan Schnepf są mi znane – zawsze, gdy opisujemy niewygodne fakty i resortową przeszłość osoby publicznej, uruchamiana jest kampania nienawiści. (…)

Intencje pana ambasadora są bardzo czytelnie: chodzi o uruchomienie przeciw konserwatywnym mediom, a następnie Polsce nagonki, której efektem będzie przedstawienie naszego kraju jako antysemickiego państwa. Jego ewentualne odwołanie ma być odczytane: odwołali mnie, ponieważ jestem Żydem. Przy pomocy sprzyjających mu mediów ma się zrobić międzynarodowy hałas – Polska będzie przedstawiana jako ksenofobiczna, antysemicka, zaściankowa. Tymczasem jest to nieprawda. Ambasador Schnepf jest kiepskim ambasadorem i urzędnikiem MSZ, o czym świadczą fakty z jego przeszłości. Odwoływanie się do wydumanego antysemityzmu to nic innego jak paskudna gra w obronie własnej.

http://niezalezna.pl/78495-dorota-kania-odpowiada-schnepfowi-brzydka-gra-antysemityzmem

To wytłumaczenie postawy Schnepfa trafia do przekonania. Zamach na stan posiadania jednostki rodzi krzyk o odrodzeniu antysemityzmu w Polsce, co raczej śmiesznie brzmi w kontekście tego, jak antysemityzm naprawdę wygląda, np. we Francji, i jaka jest jego skala.

Schnepf jednak nie jest jedynym, który w obronie swojego stanu posiadania oczernia Polskę na arenie międzynarodowej…

5.04 2016

c.d.n.