Mój Tato lubił chodzić na pogrzeby. Ubierał wówczas koszulę z krawatem i marynarkę, często te akcesoria pożyczał ode mnie, bo na niego pasowały, a na mnie już nie. Tata każdego dnia śledził kronikę funeralną w postaci tablicy ogłoszeń zakładów pogrzebowych, umieszczonej vis-a-vis przystanka komunikacji miejskiej na ul. Garncarskiej w Cieszynie. Gdy przychodził do mnie na obiad, mówił kto umarł, na co i dlaczego. I jaki był z niego wielki człowiek. Tato potrafił w każdym znaleźć coś wielkiego. W sobie jednak nie potrafił, choć powinien. Zacnych ludzi zawsze widział obok siebie, hołd im oddawał, a o sobie zapominał, choć doskonale wiem, że wiele osób ma wobec Niego dług wdzięczności. Wiele osób mu coś zawdzięcza.
Ja nie lubię pogrzebów, i tym różnię się od Taty. Źle je znoszę, bo za bardzo przyklejam się do życiorysów zmarłych. Nie potrafię o nich później zapomnieć, a ich pamięć mnie dręczy. Lubię za to obserwować ludzi na pogrzebach, bo można wówczas oddzielić ziarna od plew. To zawsze jest widać.
Mój ojciec nigdy nie zbudował ze mną jakiejś mocnej więzi. Choć próbował. Przez długi czas byliśmy sobie w dużej mierze obojętni. Ale to, co dziś odkrywam w swojej świadomości, co było latami zapomniane, sprawia, że dopiero nieżyjący człowiek jest w stanie przewartościować życie, w tym przypadku, syna.
Gdy myślę sobie o moim synu, Marcelu Cyrylu, to wyobrażam sobie sytuację, w której Marcel jedzie kiedyś do Bitoli, w Macedonii, siada przy stoliku nieopodal dworca, zamawia posiłek i stara się zrozumieć, co ja sam czułem będąc w tym właśnie miejscu. I co czułem do niego, jego siostry i jego matki.
Prawdziwe życie odkrywamy tak naprawdę na pogrzebach. Bo tylko one uświadamiają nam, co jest ważne, a co jest zwykłym zawracaniem głowy.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz