Wyobraźcie sobie Państwo, że prowadzicie mały sklep.
Któregoś dnia przyjeżdża do Was znajomy dostawca i proponuje zainwestowanie zgromadzonych przez Was oszczędności w hurtowy handel kawą. On będzie tę kawę Wam dostarczał. Działa w branży już 20 lat i ma doświadczenie.
Nie jesteście pewni, co do tego pomysłu, ale kalkulacja finansowa jasno pokazuje, że może to być opłacalne, a Wy macie kredyt na dom.
– Ale, ale! – mówicie. Gdzie ja znajdę klientów?
– Klientów będziesz musiał poszukać w internecie i na giełdach towarowych, ale dopóki nie złapiesz swoich kontaktów, to ja Ciebie skontaktuję z kilkoma odbiorcami. Jak się dogadasz, to odpalisz mi procent z Twojego zysku.
W sumie propozycja wygląda logicznie. Coraz bardziej Wam się zaczyna ona podobać.
Jesteście jednak ostrożni i – pomimo wieloletniej znajomości z dostawcą – prosicie go o przedstawienie dowodów, że towar nie jest jakiś „lewy”.
Dostawca odpowiada: oczywiście! i … wyciąga świeżutki, raptem sprzed miesiąca, protokół odbytej u niego kontroli skarbowej, w której jak wół stoi, że towar jest legalny, a dostawca dokonuje prawidłowych rozliczeń.
Przystępujecie więc do handlu. Mijają dwa lata, handlujecie sobie hurtowo kawą, odprowadzacie podatki, a odbywane u Was kontrole skarbowe nie wykazują nieprawidłowości.
Nagle jedna z kontroli nie z tego ni z owego zarzuca Wam, że towar jest przedmiotem karuzeli podatkowej. Skarbówka wymierza Wam kilka milionów podatku do zapłacenia.
Idziecie oglądać akta zgromadzonej kontroli i rzeczywiście – towar był przedmiotem nielegalnego obrotu, a wszystko zorganizował Wasz dostawca.
No dobrze, mówicie, ale skąd mieliście o tym wiedzieć, skoro nawet organy skarbowe nie dopatrzyły się przestępstwa na etapie przystępowania przez Was do handlu, ani długo potem?
– Nie zachowaliście należytej ostrożności kupieckiej. Powinniście się domyślić – odpowiada urzędnik.
– Ale z czego, jak?
– To już jest nie moje zmartwienie.
Zapada decyzja, że jesteście winni udziału w karuzeli podatkowej z powodu tego, że nie zachowaliście należytej staranności, nie byliście dość ostrożni.
Zaraz potem o 6 rano wpada do Was Policja i w kajdankach wiozą Was do oddalonego o 300 km miasta, gdzie Wam się stawia zarzuty. Wypuszcza się Was z zakazem opuszczania kraju i dozorem.
Decyzja I instancji jest od razu wykonalna i, żeby nie zbankrutować, zawieracie układ z urzędnikiem, że będziecie przynosić co miesiąc kilkanaście tysięcy do urzędu w ramach ratalnej spłaty „zobowiązania podatkowego”.
Odwołujecie się do organu przełożonego nad urzędem skarbowym, który – jak się możecie zresztą domyślać – przyznaje rację „swoim”, a więc urzędowi skarbowemu.
Odwołujecie się do sądu. Po roku sąd przyznaje Wam rację i tłumaczy, że nawet święty by się w tym stanie faktycznym nie domyślił, że towar pochodzi z przestępstwa.
Uzasadnienie jest dosyć mocne i kiedy już myślicie, że organ skarbowy wykona ten wyrok, to dowiadujecie się, że jednak postanowił wnieść kasację.
Po trzech latach kasacja zostaje rozpoznana i korzystny dla Was wyrok jest prawomocny. Przez te trzy lata zanosiliście do urzędu skarbowego, w ramach układu, kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Żeby to zrobić pożyczaliscie pieniądze od znajomych i rodziny. Poza tym co tydzień lataliście na dozór i – oczywiście – nie wyjeżdżaliście z Polski.
Wydaje się więc Wam, że koszmar się kończy. Decyzja skarbówki jest uchylona i sąd nakazał jej wydać nową – korzystną dla Was – jeśli oczywiście nie ma innych dowodów Waszej winy.
Mija pół roku i nic się nie dzieje. Skarbówka ani nie gromadzi dowodów, ani nie wydaje decyzji. A Wy wciąż zanosicie te kilkanaście tysięcy do urzędu.
Tracicie cierpliwość i piszecie skargę na prokuraturę, że przez tyle lat od postawienia zarzutów nic w Waszej sprawie się nie dzieje.
Prokurator broni się, że on nic w sprawie zrobić nie może, bo nie ma prawomocnej decyzji organów skarbowych (bo sąd ją uchylił).
Sąd przyznaje rację prokuratorowi. Sprawę o przewlekłość postępowania „przegrywacie”.
Piszecie więc do szefa KAS, że podległy mu Dyrektor Izby Administracji Skarbowej, pomimo prawomocnego wyroku, już ponad pół roku nie wydaje decyzji w Waszej sprawie (a Wy tak nosicie te pieniądze do urzędu skarbowego co miesiąc, bo jakbyście przestali, to by Wam konta poblokowali i majątek zlicytowali).
Efekt jest piorunujący! Decyzja zapada w tydzień!! Z tym, że jest dla Was niekorzystna.
Skarbówka stwierdza, że co prawda sąd napisał, że nie mogliście się zorientować, że bierzecie udział w przestępstwie, ale za to nie napisał, że nie mogliście być świadomi tego udziału! Że nie dzialaliście z premedytacją!
A taki teraz zarzut stawiają Wam Rudenkowy (Roman Andrjejewicz Rudenko – oskarżyciel w pokazowym procesie polskiego podziemia, tzw. procesie szesnastu) z warszawskiej skarbówki.
Nie macie siły i pieniędzy. Jednak wspiera Was rodzina, wysupłujecie na skargę do sądu kilkadziesiąt tysięcy i zaskarżacie decyzję skarbówki.
W skardze wnosicie o to, żeby sąd wstrzymał wykonanie decyzji, bo już nie macie od kogo pożyczać. Wnosiliście o to za pierwszym razem, ale wtedy sąd się nie zgodził. Dzisiaj jednak dysponujecie dwoma wyrokami na Waszą korzyść. A do tego była jeszcze pandemia….
Sąd się ostatecznie zgadza i macie zawieszone wykonanie decyzji. Nie musicie więc nosić po te kilkanaście tysięcy do urzędu skarbowego.
Sprawa toczy się w sądzie. Znowu wygrywacie. Znowu skarbówka wnosi kasację. Po 9 latach od chwili rozpoczęcia sprawy macie kolejny prawomocny wyrok, korzystny dla Was. Sprawa znowu wraca do skarbówki, która ma wydać prawidłową decyzję.
I kiedy myślicie, że Wasz koszmar dobiega końca, to nagle, budzicie się rano i dowiadujecie się, że macie zajęte konta.
No, bo skoro to decyzja I instancji miała rygor natychmiastowej wykonalności, a zastąpiła ją decyzja II instancji, którą sąd uchylił, to w obiegu – jak Wam tłumaczą urzędnicy – jest znowu decyzja I instancji, która ma rygor wykonalności i w stosunku do której zawarliście układ. A że z układu się nie wywiązywaliście (to, że sąd wstrzymał wykonanie decyzji, to nie ma znaczenia) to on upadł i całe zobowiązanie podlega natychmiastowej wykonalności!
Xxxxxxxx
Ja wiem, że urzędnicy wykonują tylko swoje obowiązki. W prywatnych rozmowach tłumaczą się:
– ma Pan rację, człowiek jest niewinny, ale co mamy poradzić? Nam tak każą, a jak nie my, to przyjdą inni i to zrobią!
Wtedy sobie przypominam słowa pewnej piosenki, w której pada:
Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie, Panie, od pogardy
Od nienawiści strzeż mnie, Boże
Ejchman i ta cała rzesza wszelakiej maści zbrodniarzy też tylko wykonywała rozkazy. Jak nimi nie gardzić?
Wszystko dzieje się jak w filmie „Dogville” Larsa von Triera – dobro powoli zamienia się w zło, a my nawet nie jesteśmy w stanie uchwycić momentu zwrotnego, bo wszystko dzieje się powoli i jest kierowane pewną logiką, której prymat sami uznajemy.
Na koniec taka dygresja:
Nasza władza całą uwagę opinii publicznej skierowała na sądy. Stara się przekonać, że to one są przyczyną wszelkiego zła.
Tymczasem zadajmy sobie szczerze pytanie: jak często chodzimy do sądu? Ilu jest takich, co w sądzie nigdy nie byli?
I drugie: czy częściej bywamy w sądach, czy w urzędach? I co ma większy wpływ na nasze powszednie życie: sąd, czy urząd? Czy możemy szukać w urzędach sprawiedliwości, czy raczej mamy zakładać, że urzędnicy to bandyci i tylko w sądach nasza obrona?
Jeżeli to drugie, to niech politycy zabiorą swoje ręce od sądów. Postulat tym bardziej uzasadniony, że jak stwierdził premier, reforma wymiaru sprawiedliwości nie bardzo im się udała.
Fot. Pixabay.com
Zostaw komentarz