Wielu (moich koleżanek i kolegów profesorów) patrzy na mnie krzywo. Jakaś ich część nie powie publicznie, że to patologia, ale domyślam się, że tak myśli.
Ja się muszę zatem przed Państwem usprawiedliwić. W kwestii doktoratów u mnie bronionych :)
Po pierwsze, nikogo nigdy nie zmusiłem do zrobienia doktoratu. Po drugie, wszystkie osoby, które chciały mnie za promotora poddawałem rozlicznym wstępnym torturom i zniechęcaniem jeśli uznawałem, że dana osoba nie podoła temu wyzwaniu. Po trzecie, zawsze uczciwie mówiłem tym, którzy przedstawili mi owoce swojej pracy naukowej, że mam poważne wątpliwości. Po czwarte, zawsze zadawałewm sobie pytanie co przyszły doktor zrobi z tym doktoratem. Bo jeśli ma go schować do szuflady i tylko wydrukować sobie wizytówki z „dr” przed nazwiskiem, to słabo. Bo doktorat to dopiero początek ścieżki naukowej. Po piąte, obronione u mnie doktoraty są na różnym poziomie, śa te na dostateczną, dobrą ale i te na bardzo dobrą i wyróżniającą. Po stronie tych ostatnich jest przewaga. Ale ten jeden wyróżniający schowa go do szuflady i zapomni o mnie, ale drugi, może ten „trójkowy” zrobi z niego użytek w tym sensie, że jest np. lubianym i docenianym wykładowcą w jednej z pozawielkoaglomeracyjnych uczelni i faktycznie działa na rzecz dobra wspólnego lokalnej społeczności.
Mam już dwudziestu wypromowanych doktorów. Żadnego z nich nie wstydzę się, przeciwnie, każdego z nich uważam za doskonałą inwestycję. Są oni bardzo różni w sensie wykonywanej obecnie pracy zawodowej oraz tematyki rozpraw, które napisali i obronili. Mi jako promotorowi zależało zawsze na jednym, mianowicie, żeby być akuszerem kogoś, kto mnie kiedyś przerośnie intelektualnie lub … co też bardzo ważne – w dzieleniu się swoim dorobkiem z innymi ludźmi, często na poziomie lokalnym lub regionalnym.
Mam w życzliwej pamięci wszystkich moich doktorów i mam nadzieję, że za jakiś czas może uda nam się zorganizować jakiś zjazd, na którym będzieświnia z jabłkiem w ryju i pożywna miejscowa śliwowica :)
Zostaw komentarz