To już nawet nie przestaje być zabawne bo od kilku dekad takim nie było.

Po 1989 roku polska gospodarka ruszyła do przodu WBREW politykom i urzędnikom, którzy specjalizowali się w utrudnianiu życia przedsiębiorcom. Staliśmy się drugą po Chinach najprężniej rozijająca sie gospodarką. Wśród ludzi biznesu też jednak była „nadzwyczajna kasta” – ludzi powiązanych z dawnymi służbami, kosztących grubą kasę i ustawiających swoja progeniturę na kilka pokoleń do przodu. Ci nieustawieni, jak np. Roman Kluska musieli zwijać interes.

Nauczycieli od II wojny światowej traktowano jak szmaty do podłogi, którą trzeba umyć. Za komuny ideolodzy marksizmu-leninizmu tłumaczyli nauczycielom, że faktycznie są klasą próżniaczą, bo niczego materialnie nie produkują. Po 1989 roku kondycję tzw. nauczycielstwa najlepiej zdefiniował film „Dzień świra”.

W świecie prawniczym będącym de facto autonomiczną republiką z łaski znoszącą fakt, że podlega ona w jakimś stopniu wybieranym w wolnych wyborach decydentom politycznym, panowała i nadal panuje atmosfera samozadowolenia w sytuacji, w której to środowisko gnije. Sędziom i ich znajomym wolno wszystko, kraść, jeździć po pijaku, obrażać innych. Ale szaremu Kowalskiemu – no nie, bez przesady. Tego za kredzież bułki wsadzą do więzienia. Albo firmę doprowadzą do bankructwa.

Ostatni dziennikarze umarli jeszcze w latach 90. a wywodzili się z podziemia i byli przesiąknięci zapachem nielegalnych powielaczy. Potem przyszli dyspozycyjni politycznie gęgacze. Ludzie gardzący prawdą jeśli okazuje się ona sprzeczna z „obowiązującą narracją”, koniecznie „w przestrzeni publicznej”. Tzw. dziennikarze stali się medialnymi szczekaczkami na usługach jednej z tzw. baniek światopoglądowych.

Kardynałowie, arcybiskupi i biskupi, w przytłaczającej mierze ze sporą nadwagą, ale przede wszystkim z gnuśnością, zaprzestali jakichkolwiek apeli do wiernych, w których wyjaśnialiby im skomplikowany układ spraw krajowych i światowych, uwrażliwiając nas, prostych wiernych, na dylematy moralne i duchowe związane z takim a nie innym przebiegiem spraw. Gdzie są listy pasterskie w sprawach: pogłębiających sie podziałów plemiennych, wyzwań związanych z imigracją, zagubieniem duchowym młodzieży, masowym odchodzeniem od Kościoła. Gdzie one są? Zamiast tego budowane są pałace. I nowe kościoły, które za kilka lat będą puste. A ogrzać zimą trzeba, żeby sie nie zawaliły na głowy tych, którzy jeszcze na niedzielną mszę przyjdą.

Można by jeszcze kilka gorzkich słów napisać o służbie zdrowia, ale po co strzępić język. Każdy wie jak jest. Kto choć raz wylądował na SORze.

Polska tonie w anarchii. Politycy definitywnie utracili zdolność do kompromisu. Trwa licytowanie się o to, kto komu głębiej w plecy wepchnie zardzewiały nóż. Polska już się nie liczy, bo liczą się partyjne interesy, jakieś drobne geszefty, interesiki. Trwa walka o dostęp do prestiżu i oglądalności. Mnożą się wpisy na mediach społecznościowych. Trwa pogoń za byciem rozpoznawalnym.

A tymczasem Polska tonie w Morzu Anarchii. To morze zaraz stanie się oceanem, których pochłonie wszystkich niewprawnych żeglarzy. Czyli niemal całą polską klasę polityczną.

I żeby była jasność, ten proces jest ponadpartyjny. Wszystkie bez wyjątku partie sie do tego przyczyniły.

A może my, Polacy, po prostu nie zaslugujemy na niepodlegle, silne i cieszące się renomą międzynarodową państwo? Może konieczne są kolejne zabory, żeby wykrzesać z nas wolę przeżycia?