WSZAK I KLOC (z udziałem HRYCA I DUBA)
„Bytwa – kolejna opowieść Dziada Borowego”
Przy ognisku, w miejscu zwanym „Bytwa”, siedzą Wszak i Kloc oraz Hryc i Dub. Naprzeciw nich Dziad Borowy, zapatrzony w płomienie, snuje kolejną opowieść…
— Nazwa tego miejsca nie jest przypadkowa… — zaczął powoli. — Dawno temu dwa bratnie plemiona toczyły tu zacięte bitwy. Na czele jednego stali przodkowie Wszaka i Kloca — i, jakby tego było mało, nosili te same imiona co oni. Drugiemu plemieniu przewodzili przodkowie Hryca i Duba… również o tych samych imionach.
— Czyli oryginalność w genach się nie przyjęła — mruknął Kloc.
Dziad Borowy nie zareagował, jakby nie słyszał uwagi.
— Początkowo żyli w zgodzie. Lecz z czasem pojawiły się spory — drobne, błahe, lecz powtarzane wystarczająco długo, by urosły do rozmiaru gniewu. Spotykali się tu, by je „rozwiązywać”… najpierw pięściami, potem kijami…
— Klasyczny rozwój sytuacji — od dyskusji do argumentów drewnianych — dodał Dub.
— …a z czasem także ostrzem — kontynuował spokojnie Dziad Borowy, jakby każde słowo ważyło więcej niż poprzednie. — Noże, siekiery… i serca coraz twardsze niż stal.
— Eskalacja poziomu trudności — kiwnął głową Hryc.
— W końcu nadszedł dzień, w którym oba plemiona ruszyły tu z jednym zamiarem… zniszczyć się nawzajem — głos Dziada Borowego przycichł. — Nie tylko wojownicy mieli zginąć… lecz i ich domy, ich pamięć… wszystko.
— Brzmi jak finał sezonu — szepnął Wszak.
— Dla nich to nie była opowieść — odpowiedział cicho Dziad Borowy. — To była chwila, w której świat mógł się skończyć.
Na moment zapadła cisza.
— Przyszedłem tu wtedy — mówił dalej. — Błagałem ich przywódców, by się zatrzymali. By spojrzeli dalej niż na własny gniew. Lecz nie słuchali.
— Upór to też dziedziczne, jak widać — westchnął Hryc.
— Rodzinne tradycje trzeba pielęgnować — dodał Dub.
— Nienawiść potrafi zagłuszyć wszystko… nawet rozsądek — ciągnął Dziad Borowy. — Wtedy zrozumiałem, że ludzkie słowa już nie wystarczą.
— Czyli trzeba było użyć… efektów specjalnych? — wtrącił Kloc.
Dziad Borowy spojrzał w ogień.
— Padłem na kolana i zacząłem się modlić. Nie o zwycięstwo jednej strony… lecz o ocalenie obu.
— Ambitnie — mruknął Wszak.
— I wtedy… — głos starca stał się jeszcze cichszy — …Niebo odpowiedziało.
Nad polaną rozdarło się światło. Piorun uderzył w ziemię niedaleko zgromadzonych. Siła uderzenia była tak wielka, że wszyscy padli na ziemię.
— No i dyskusja została… zamknięta — zauważył Dub.
— Gdy się podnieśli… nie było już w nich gniewu — mówił Dziad Borowy. — Klęczeli. Prosili o wybaczenie. Nie siebie nawzajem… lecz coś większego niż oni sami.
— Czyli jednak da się bez kolejnej rundy — mruknął Kloc.
— A potem — dokończył Dziad Borowy — spojrzeli na siebie… i zobaczyli nie wrogów, lecz braci.
Zapadła cisza.
— I co… przytulili się? — zapytał ostrożnie Wszak.
— Tak — odpowiedział spokojnie Dziad Borowy. — Przytulili się. I przeprosili.
— No proszę… jednak happy end — uśmiechnął się Hryc.
Płomienie ogniska zatańczyły cicho, jakby same pamiętały tamten dzień…
Zostaw komentarz