Przez całe dekady polska polityka wschodnia była zakładniczką paradygmatu ufundowanego na szlachetnym, lecz skrajnie naiwnym idealizmie. Przekonanie, że bezwarunkowe wsparcie dla Kijowa automatycznie zrodzi symetrię, lojalność i cywilizacyjne partnerstwo, legło w gruzach na naszych oczach. Jak trafnie diagnozował w debacie publicznej Zbigniew Parafianowicz, polskie elity zbyt długo żyły w „iluzyjnej rzeczywistości”, postrzegając Ukrainę jako permanentnego pacjenta wymagającego czułej, polskiej kurateli, a nie jako twardego, postsowieckiego gracza. W tym kontekście bezkompromisowe stanowisko Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, Karola Nawrockiego, domagającego się jednoznacznego rozliczenia zbrodni wołyńskiej i powstrzymania państwowej gloryfikacji UPA, jawi się nie jako „niepotrzebny radykalizm”, ale jako brutalne, lecz zbawienne przebudzenie z geopolitycznego snu. Kiedy opadną emocje dzisiejszych sporów, historycy podziękują Nawrockiemu za to, że jako jeden z pierwszych postawił tamę polskiemu samoponiżeniu.

Błędy polskiej polityki wobec Ukrainy po 2022 roku wynikały bezpośrednio z niezrozumienia psychologii tamtejszych elit politycznych. Wołodymyr Zełenski, ukształtowany w świecie brutalnego, posowieckiego realizmu i biznesowego pragmatyzmu  posługuje się kodem politycznym, w którym każda jednostronna ustępliwość i bezwarunkowa pomoc są interpretowane nie jako wielkoduszność, ale jako słabość. Polska, oddając swoje zasoby militarne i otwierając granice, zrezygnowała z podstawowej zasady warunkowości. Zapomniano, że w relacjach z politykiem o profilu „sowietoliberała”  sprawnie posługującym się zachodnią retoryką demokratyczną, lecz operującym wewnętrznie metodami głęboko zakorzenionymi w kulturze siły szacunek buduje się wyłącznie nieustępliwością. Zerwanie nieformalnego „kompromisu z Wisły”, na mocy którego mordercy Polaków mieli nie być wynoszeni na państwowe ołtarze, obnażyło bezwzględną naturę ukraińskiej dyplomacji, która potrafi rozrywać wewnętrzne polskie ośrodki władzy jak w masło.

Prawdziwe wyzwania i zagrożenia geopolityczne nadejdą jednak wraz z końcem konfliktu zbrojnego. Powojenna Ukraina będzie państwem potężnym militarnie, głęboko straumatyzowanym, a zarazem nasyconym setkami tysięcy weteranów frontowych. Ludzie ci, wracając do zrujnowanej gospodarczo i niestabilnej instytucjonalnie ojczyzny, przyniosą ze sobą nie tylko syndrom stresu bojowego, ale też głębokie przekonanie, że zachodni sojusznicy, w tym Polska,„zrobili za mało” i handlowali ich krwią. Powstanie gigantyczna warstwa społeczna o wysokiej skłonności do radykalizmu, uzbrojona i podatna na nacjonalistyczną demagogię. Jeśli Kijów zintegruje mit założycielski nowej tożsamości wokół skrajnych tradycji UPA, weterani staną się głównym wektorem presji ideologicznej, a powojenna frustracja może zostać łatwo przekierowana na zewnątrz  w kierunku granicy z Polską. Ignorowanie tego potencjału destabilizacyjnego to błąd o charakterze strategicznym.

Jaką strategię w tym nowym układzie sił powinna realizować Polska? Kluczem jest natychmiastowy zwrot ku surowemu realizmowi politycznemu i odrzucenie fałszywej alternatywy, jakoby jedynymi narzędziami nacisku były próby blokowania akcesji Ukrainy do NATO czy Unii Europejskiej. Tego rodzaju otwarty sabotaż mógłby wywołać niepożądaną asymetrię i presję ze strony Waszyngtonu czy Berlina. Warszawa posiada znacznie bardziej wyrafinowane, dyskretne i skuteczne instrumenty geopolityczne.

Polska polityka powinna opierać się na asymetrycznym zarządzaniu napięciem na wschodzie. Zamiast budować na własnej granicy kordon sanitarny, Rzeczpospolita ma realne możliwości doprowadzenia do sytuacji, w której konflikt na pograniczu rosyjsko-ukraińskim będzie tlił się przez długie lata. Kontrolowane utrzymywanie tego stanu chronicznego, niskointensywnego kryzysu militarnego i geopolitycznego między Kijowem a Moskwą leży w głębokim interesie bezpieczeństwa RP. Taki stan rzeczy permanentnie zwiąże zasoby militarne, finansowe i ludzkie powojennej Ukrainy, skutecznie uniemożliwiając jej projekcję siły czy dyktowanie warunków w Europie Środkowej. Zamiast stawać się potęgą zdolną do rzucenia wyzwania Warszawie, Ukraina pozostanie geopolitycznym buforem, zmuszonym do ciągłej czujności na własnej wschodniej flance.

Historycy przyszłości z pewnością dostrzegą, że to nie koncyliacyjni dyplomaci, lecz ludzie tacy jak Karol Nawrocki, poprzez twarde stawianie spraw tożsamościowych, uratowali Polskę przed popadnięciem w całkowitą zależność od ukraińskiego szantażu emocjonalnego. Czas najwyższy zrozumieć, że stabilna przyszłość regionu nie zależy od polskiej uległości, ale od zdolności Warszawy do chłodnego, pragmatycznego i bezwzględnego zarządzania geopolitycznym balansem sił.

Tekst powstał na podstawie rozmowy w Kanale Zero

Fot.: Mikołaj Bujak/KPRP