No więc to był silny cios i aż mi się w głowie zakręciło. Cofnąłem się dwa kroki w tył i próbowałem postawić gardę, ale wyszło mi z tego tylko jakieś żałosne biadolenie. A myślałeś, że to będzie takie łatwe.

Bo napisałem, że uważam dzisiejszą Polskę za najgorszą w naszej historii, i tu mnie dopadli. Myślałem, że wszyscy tak na to patrzą, a tymczasem są tacy (Papa Malar), którzy uważają współczesną Polskę za jedno z najbogatszych, najczystszych i kipiących energią państw świata. Skąd im ta czystość przyszła do głowy?

Polska ma służbę zdrowia bardziej dostępną niż USA, edukację lepszą niż połowa starej Europy, work-life balance lepszy niż w Korei. Nie napisali tylko, której. Najniższe bezrobocie w Europie, mieszkania jeszcze zdobywalne, szanse dla młodych lepsze niż w Hiszpanii, Włoszech i Francji, a drogi lepsze niż w Czechach.

W pierwszej chwili chciałem tylko odpowiedzieć, że jeżeli u nas jest tak dobrze, to dlaczego my ich wciąż gonimy? Jakbyśmy chcieli mieć tak, jak mają ci, którzy mają gorzej od nas. Ale to byłoby tylko takie odbicie piłeczki. Więc dobrze, wyjaśnię wszystko powoli, dlaczego uważam tę naszą Polskę za najgorszą w historii.

Nie będę przy tym wymieniał tej całej centralizacji, biurokratyzacji, regulacji, negatywnej selekcji czy tego, że z chama zrobiono pana – to jest oczywiste. Od razu przejdźmy do sedna problemu. Zacznę więc od przypomnienia, że cywilizację buduje się przez pokolenia. Każde kolejne pokolenie dokłada nowy kawałek. To prawda, że powstaje w ten sposób twór chimeryczny, koślawy i pokrzywiony jak kręte uliczki starej Barcelony, ale na tym właśnie polega cywilizacja.

Aż tu przyszła dzika horda, która uznała, że wszystko, co polskie, jest złe. Bo oni zobaczyli jakiś film amerykański, gdzie wszystko było inaczej, i zyskali pewność, że naszą cywilizację trzeba zbudować od nowa. Bo nasza tradycja, nasz patriotyzm, polska szkoła, polskie drogi i drewniane krzyże przy drogach – to wszystko do kosza. Trzeba Polskę zaorać i zbudować od nowa według amerykańskiego wzorca.

Nie wiem, skąd się w Polsce wzięła ta kacapska swołocz. Być może rzeczywiście importowano nam ją po wojnie ze Wschodu lub może po prostu skacapiono nam młodzież. I nie mam tu na myśli Rosjan, ale tępy i zacietrzewiony prymitywizm, który z fanatycznym uporem niszczy język polski, wprowadzając feminatywy i „w Ukrainie”. A do tego pokrętnie tłumaczy, że język żywy stale się zmienia. To prawda, ale w naturalnym procesie trwającym dziesiątki lat, a nie dlatego, że jakaś fanatyczna dzicz z organizacji pozarządowej tak sobie wymyśli.

Więc zniszczyli nam w ten sposób szkołę, odarli nas z wiedzy historycznej, zdeptali polską tradycję i wmówili młodym Polakom, że największą wartością cywilizacyjną jest naśladownictwo. W konsekwencji palimy nasze świątynie, bezcześcimy najświętsze dla nas miejsca i oblewamy farbą pomniki naszych bohaterów. Robimy to samo, co robią w podbitym kraju najeźdźcy, ale żaden najazd barbarzyńców nie wyrządził nam do tej pory takiej krzywdy. Byłoby dużo lepiej, gdyby to zrobili okupanci. Przynajmniej byłoby jasne, że zrobili to nam obcy.

A na zgliszczach polskiej cywilizacji próbują zaszczepić jakąś nową tradycję amerykańską, przemieloną przez Hollywood i Netflixa. W rzeczywistości to nawet nie jest amerykańska cywilizacja, ale jakiś medialny produkt cywilizacyjno-podobny. Dlatego mnie przeraża, gdy tak zwani patrioci z entuzjazmem otwierają wrota do Polski przed Ameryką. Być może w sensie strategicznym ma to jakiś sens, ale czego tu będą bronić wojska amerykańskie, jeżeli nas już tu nie będzie? Bo otwarcie się na amerykanizację – to tak, jakby wpuścić do oblężonego miasta zarazę.

W konsekwencji powstaje u nas dziwaczny twór ze strzępów anglosaskiej cywilizacji, całkowicie oderwanej od korzeni, rozwieszony na naiwnej wierze w postęp poprzez naśladownictwo. Ale to jest taki postęp, jakby zburzyć w Barcelonie stare miasto i wybudować na jego miejscu szklane domy dla turystów.

I nie da się tego cofnąć.