Minister klimatu Paulina Hennig-Kloska powiedziała: „Problem z odniesieniem butelki do sklepu to jak problem z odniesieniem talerza do zmywarki. Naprawdę nie urąga męskości”.

Piękna analogia. Tyle że kuchnia to nie Polska.

Do zmywarki mam dwa kroki. Odkładam talerz i sprawa jest załatwiona. Butelkę muszę najpierw gdzieś przechować, bo przecież nie będę codziennie jeździł do sklepu z jedną sztuką. Potem trzeba ją zapakować do samochodu, uruchomić silnik i przejechać kilkanaście kilometrów do punktu, w którym system łaskawie pozwoli mi odzyskać pieniądze, które wcześniej sam mu powierzyłem.

I właśnie tutaj kończy się ministerialna analogia. Bo talerz nie wymaga samochodu. Nie trzeba go tankować, wozić, przechowywać przez kilka dni ani organizować specjalnej wyprawy do zmywarki. Zwyczajnie odkłada się go na miejsce.

Problem nie polega więc na tym, czy komuś „urąga męskości” odniesienie butelki. Problem polega na tym, że ktoś, kto projektuje system z perspektywy ministerialnego gabinetu, najwyraźniej nie zadał sobie pytania, jak będzie on wyglądał poza dużym miastem.

Polska nie kończy się na kilku ulicach wokół ministerstwa.
Są miejscowości, wsie i domy położone wiele kilometrów od sklepu objętego systemem. Są ludzie, którzy nie mają pod ręką punktów zwrotu, do których można podejść spacerem. Dla nich „oddanie butelki” nie jest czynnością porównywalną z włożeniem talerza do zmywarki. Jest kolejnym obowiązkiem, który wymaga czasu, organizacji i często samochodu. A samochód spala paliwo. Paliwo kosztuje

Trudno więc oprzeć całą konstrukcję na przekonaniu, że obywatel powinien po prostu bardziej się postarać.

Jeszcze ciekawsza jest kwestia samorządów.

Butelki i puszki, które wcześniej trafiały do gminnego systemu gospodarki odpadami, były częścią strumienia surowców wtórnych. Można je było odzyskać, posegregować i sprzedać.

Wprowadzenie systemu kaucyjnego przejmuje część tego strumienia poza samorządowy system. Surowiec znika. Koszty jego odbioru i zagospodarowania niekoniecznie. I opłaty za wywóz śmieci wzrosną.To prosta matematyka.

Jeżeli z systemu znikają wartościowe odpady, a koszty jego funkcjonowania pozostają, ktoś musi tę różnicę pokryć. Nie ministerstwo. Nie ustawodawca. I nie urzędnik, który zaprojektował ten głupi system.Zapłaci mieszkaniec.

Może więc powstać dość osobliwa sytuacja. Najpierw płacimy kaucję za butelkę. Później jedziemy samochodem, żeby ją odzyskać. A jednocześnie samorząd traci część wpływów związanych z odzyskiem surowców i musi szukać pieniędzy w naszej kieszeni.

W efekcie zapłacimy trzy razy: przy zakupie, za dojazd po zwrot kaucji i ostatecznie w rachunku za gospodarowanie odpadami.
A wszystko to ma być ekologiczne.Ale dobry cel nie gwarantuje dobrego systemu.
Zwłaszcza gdy jego twórcy zaczynają obywatelowi tłumaczyć, że problemem nie jest źle zaprojektowana infrastruktura, lecz jego podejście do obowiązków i jeszcze, dla dodania pikanterii, jego męskość.

Problem z tą reformą nie polega na tym, że Polacy nie chcą oddawać butelek. Problem polega na tym, że dobry pomysł można zepsuć sposobem jego wykonania.

Pani minister, zostawmy więc męskość w spokoju. Zanim zaczniecie urządzać Polakom życie, wyjdźcie czasem z ministerialnej kuchni. Za jej drzwiami jest prawdziwa Polska. I tam do zmywarki nie zawsze są dwa kroki.